Polski łącznik – część 4 (maj 2012)

Dla przypomnienia gdzie jesteśmy

Podobno 8 lub 9 maja zakończyła się II Wojna Światowa. Być może. Ale przypominam że dla Polski zakończyła się ona w czerwcu 1989 roku a więc ta data nie jest dla nas powodem do świętowania -ani 8 maja ani 9 maja to nie powód by defilować i wywieszać flagi narodowe.

Są powody by przypuszczać, że ta wojna pod inną postacią wciąż trwa na terytorium naszego kraju.  Więc niech ten odcinek “Polskiego łącznika”  będzie dla wszystkich sarkastycznym  czyli – by nie było kontrowersji z tym słowem  – IRONICZNYM, komentarzem do obecnego, bez wątpienia “kolonialnego” lub co najwyżej “postkolonialnego”  położenia III RP

Wydawnictwo Kraina Księżyca

Czesław Białczyński

Polski łącznik

Copyright © by Czesław Białczyński

Kraków 1991

Część 4

(poświęcam ten odcinek pamięci Macieja Szumowskiego i Doroty Terakowskiej-Szumowskiej)

4 *

Przed główny gmach wzdłuż piętrowego skrzydła fortu za­jechała przetoczywszy się przez pancerną bramę limuzyna ził z generałem Kriuczkowem. W tym samym czasie, gdy kie­rowca naciskał hamulec, od tyłu w pobliże tego samego bu­dynku kołował z pasa lotniska na Chodynce rządowy odrzu­towiec TU 154M należący do specjalnego pułku lotnictwa transportowego. Ta fantastyczna maszyna wyposażona w trzy silniki gwarantujące najwyższe bezpieczeństwo, automat do lądowania i amerykański komputer pokładowy mogła zabrać jednorazowo od osiemdziesięciu do stu pięćdziesięciu osób, za­leżnie od układu wewnętrznego. Samoloty tego typu przezna­czone były wyłącznie do obsługi głowy państwa, dygnitarzy rządowych i najwyższych dostojników Politbiura.

Tym razem w salonkach na pokładzie odrzutowca znalazło się jedynie dziesięciu ludzi. Uważny obserwator — gdyby by­ło możliwe przedostać się na hermetyczny teren Akwarium, stanowiącego centrum dowodzenia GRU, połączone z Kremlem tajną podziemną koleją rządową na wypadek koniecznoś­ci nagłej ewakuacji — spostrzegłby ze zdziwieniem, że prócz najwyższych oficerów armii sowieckiej i ważnych generałów z KGB wśród gości znajduje się czterech cywilów. Zdumiałby się także identyfikując niektóre twarze i sylwetki. Oprócz generałów będących osobistymi doradcami marszałka Jazowa, oprócz samego Gromowa we własnej osobie, był na przykład generał Wiktor Pugo, a także rezydujący dotychczas za gra­nicą generał KGB Titow. Obok Titowa szedł spoglądając w kierunku płaskiego budynku Instytutu Badań Kosmicznych cywil, jeden z najważniejszych i najbardziej, jak to określano, reformatorskich doradców prezydenta Gorbaczowa Georgij Szachnazarow. Pogrążony w dyskusji ze sztabowcem Jazowa zbliżał się także do drzwi Akwarium urzędujący aktualnie szef kontrwywiadu Wiktor Gruszko. Było to zaiste dziwne zgromadzenie. Na przykład doradcy prezydenta nie spodziewałby się w tym gronie nawet najbardziej wtajemniczony w personalne układy kremlowskie znawca problemu. Równie dziwna była obecność osób tak pozornie mało ważnych jak Pugo czy Titow, przy jednoczesnej nieobecności choćby Bob­kowa czy Pirożkowa z KGB. Przeszli niedaleko niskiego komina krematorium, gdzie palono wszelkie ściśle tajne doku­menty (i nie tylko). Dziś komin wyjątkowo nie dymił. Prze­szklone drzwi z tyłu budynku otwarły się przed nimi dokład­nie w tej samej chwili, gdy generał Kriuczkow z asystentem pułkownikiem Artensem wkraczał do przestronnego holu od frontu. Marmurowe posadzki i ściany nie ustępowały w niczym tym z holu budynku CIA w Langley, tyle że tutaj z powodu byle trupa, co poległ w służbie dla sprawy komunizmu, nie wmurowywano od razu czerwonej gwiazdy ku pamięci. Praw­dopodobnie, gdyby te wszystkie trupy zliczyć, wielopiętrowy gmach GRU musiałby się składać wyłącznie z czerwonych gwiazd. Generał Jakowlew, gospodarz, otoczony świtą naj­bliższych oficerów sztabowych czekał uśmiechnięty u progu okazałych schodów, pod daktylową palmą naturalnych roz­miarów, rosnącą w okrągłym, drewnianym pojemniku, zdobio­nym żelaznymi okuciami.

Po krótkim powitaniu adiutant generała poprowadził goś­ci na piętro do niewielkiej sali konferencyjnej, podczas gdy Jakowlew zbliżył się do pułkownika Artensa.

—  Musisz natychmiast wstrzymać wysyłkę — powiedział cichym, pozbawionym emocji głosem Artens. — Wydatki się zwiększą. Są też inne ważne powody.

—  Rozumiem. Do kiedy?

—  Dziesięć, dwanaście dni. Dodatkowy transport — dwa kilogramy. Dokładny termin podamy za kilka dni.

Wysocy dostojnicy wchodzili do sali zaopatrzonej w kom­putery operacyjne i połączenia z centrami wszystkich waż­nych służb Akwarium oraz w ekran projekcyjny olbrzymich rozmiarów. Jakowlew tymczasem skierował się do swego gabi­netu. W pomieszczeniu poprzedzającym jego miejsce pracy siedział sekretarz.

—  Zadzwoń pod ten numer — powiedział generał do wy­prężonego służbiście pułkownika i położył przed nim kartecz­kę z telefonem Leonida Pużki, zwanego też Wielkim Lonią. — Powiedz mu, że ma wstrzymać transport. Hasło „Róża”.

—  Tak jest — wyskandował sekretarz do pustych drzwi, bowiem generała już nie było.

Wkroczył do sali konferencyjnej, gdy wszyscy siedzieli już na swoich miejscach, a adiutanci opuszczali to szczelnie ekra­nowane pomieszczenie zaopatrzone w fabrycznie deformowa­ne szyby okienne i dźwiękochłonne ściany uniemożliwiające jakikolwiek zewnętrzny podsłuch. Dzisiaj rano na osobiste po­lecenie generała przeszukano dokładnie salę. Była czysta jak łza.

Spotkanie miało wyjątkowo tajny charakter i wieść o nim nie śmiała się przedostać poza mury tej instytucji. Kiedy obi­te jasnoczerwoną skórą drzwi zamknęły się już szczelnie, ge­nerał Jakowlew podniósł się ze swojego miejsca.

—  Wiecie towarzysze — zaczął swym nieco schrypniętym głosem — że misja generała Kriuczkowa nie powiodła się. Tym samym sytuacja wewnętrzna wkracza w nową fazę. Nie wolno nam dopuścić do takiego stopnia  rozprzężenia, że sy­tuacja całkowicie wymknie się spod kontroli. Partia w żad­nym wypadku nie może zaryzykować takiego obrotu spraw. Tym samym nadszedł czas, by wstępnie zaakceptowaną przez nas na poprzednim posiedzeniu inicjatywę, która wyszła ze Sztabu  Generalnego Armii,  podjąć dziś w sposób wiążący i skierować na tory realizacyjne. Powołanie Wszechzwiązkowego Komitetu Ocalenia Narodowego, w którym reprezento­wane byłyby wszystkie najważniejsze postępowe siły, staje się jedynym wyjściem gwarantującym spełnienie naszych celów. Przyszła chwila decydująca o losach kraju! Od nas i tylko od nas  zależy teraz czy państwo jako całość przetrwa, czy też z powodu naszych wahań bądź konformizmu rozpadnie się na szereg słabych, skłóconych ze sobą republik  z którymi nikt na świecie nie będzie się poważnie liczył. Tyle tytułem wstę­pu. Rozpoczynamy dyskusję nad pierwszym punktem.

—  Stopniowanie — rzekł szef Sztabu Generalnego Armii — to zasada, jakiej należy się bezwzględnie trzymać, organi­zując strategię przejęcia władzy. Ubezwłasnowolnienie grupy skupionej wokół sekretarza generalnego i struktur oficjalnie ją reprezentujących jest celem delikatnym.  Otwarte wypo­wiedzenie posłuszeństwa nie wchodzi w grę. Plan przedsta­wiony  przez generała Jakowlewa i pułkownika  Artensa, o kryptonimie „G-N 90/91″ wydaje się spełniać to założenie, choć naszym zdaniem w niedostatecznym stopniu uwzględnia konieczne zabezpieczenia na wypadek, gdyby się nie powiódł. Moim zdaniem konfrontacja jest nieunikniona, a nasze zwy­cięstwo przesądzone, ale możliwe, że nie nastąpi to szybko. Być może chwilowo będziemy się musieli okopać. Co wtedy? Przecież tłumaczenie, że zachodnie wywiady   przygotowały spisek mający gospodarczo obalić Gorbaczowa przez wypu­szczenie na radziecki rynek miliardów fałszywych rubli jest rodem z innej epoki, z arsenału, który się zdezaktualizował.

— Nie zgadzam się z wami, towarzyszu — przerwał mu ostro przewodniczący Kolegium KGB. — To proste tłumacze­nie uważam za jeden z lepszych środków na przedstawioną okoliczność wstrzymania ofensywy. Musimy rozumować w tym wypadku kategoriami prostego człowieka pracy w na­szym kraju, a nie opinii zagranicznej. Przesuwanie odpowiedzialności na zewnętrznego wroga i podkreślanie jego realne­go istnienia zawsze jest skuteczne, a w tym wypadku będzie doskonałą odskocznią do utrzymania rygorów stanu wyjątkowego i ubezwłasnowolnienia Rady Prezydenckiej, zamknięcia jej ust, uniemożliwienia kontrakcji.

—  Wciąż nie jestem przekonany — włączył się milczący dotychczas doradca prezydenta bawiąc się długopisem — czy wyczerpaliśmy wszystkie środki nacisku i możliwości perswazji. Oczywiście prezydent opowie się w decydującej chwi­li po naszej stronie, jeżeli rzecz jasna nie będzie miał innego wyjścia. Rozumiem, że chodzi o stworzenie sytuacji „być albo nie być” dla niego i jego planu ratowania ZSRR. Pozycja mię­dzynarodowa Gorbaczowa zmusza nas do szukania porozu­mienia z obozem jego doradców, do których i ja się zaliczam. Nie akceptuję większości ich dotychczasowych posunięć, ale linia generalna wydaje mi się słuszna. Nie chodzi więc o to, by zniszczyć prezydenta, lecz stworzyć wrażenie, że jest otoczony przez niewłaściwych ludzi i zamienić ich na innych, że podlega wpływom takich makiawelicznych  postaci jak Ta­rasow, przedsiębiorca obracający milionami rubli o niewiadomym pochodzeniu, właściwie już fabrykant w najgorszym, burżuazyjnym stylu. On   nadaje się idealnie na postać agen­ta, który podstępnie wbije nóż w plecy tych, którzy pozwolili mu się karmić u swego boku. Tych ludzi eliminujmy, nie sa­mego Gorbaczowa.   A z kim można, szukajmy porozumienia.

—  Sugerujecie towarzyszu, że byliby skłonni do takich ustępstw, które pozwolą nam zrealizować zamierzony cel? Na kogo, waszym zdaniem, moglibyśmy liczyć, na Szewardnadze, Ryżkowa, Bakatina?! — spytał z wyraźną ironią na pograni­czu irytacji    generał Ryjew, zastępca    głównodowodzącego Wojsk Lotniczych ZSRR.

—  Konieczny byłby kompromis… — zaczął doradca pre­zydenta, ale nie dokończył, bo generał   Kripacki, dowódca OMON, czyli Północnej Grupy Czarnych  Beretów, zerwał się ze swojego miejsca tłukąc pięścią w stół.

—  Dosyć kompromisów! Jak długo półśrodki mogą być je­szcze skuteczne, miesiąc, dwa?! Do czego prowadzą? Do tego samego za pół roku?! Czas się wyprostować z tego przyklęku towarzysze!

— Będziemy działać mimo prezydenta — powiedział Artens — Jeśli zaś nie będzie skłonny z nami współpracować, to zmu­simy go stopniowo do złożenia rezygnacji.

—  Podważenie jego międzynarodowej pozycji  to szereg kroków — powiedział stosunkowo młody wiekiem, ubrany po cywilnemu inżynier-pułkownik, specjalista techniki jądrowej z Semipałatyńska- Towarzysze mają rozeznanie, że już od roku nie detonujemy żadnych próbnych ładunków. Naukowcy z Instytutu Energii Atomowej czynią nieustanne naciski, żeby wreszcie dokonać próbnej eksplozji, bo nie posuwają się z eksperymentami. Miejsce rezerwowych prób to Nowa Ziemia. Komisja ekspercka przy prezydencie zabroniła korzystania z poligonu na Nowej Ziemi z obawy przed reakcją Zachodu. Skandynawowie na pewno nie będą zadowoleni, że blisko ich granic otwiera się taki poligon. A czy prezydent będzie mógł bez podważania swojego autorytetu przyznać, że wybuch miał miejsce bez jego wiedzy?…

Na moment zapadła cisza. Słychać było jedynie cichy szmer złotej stalówki Parkera. To Kriuczkow błyskawicznie notował uwagę ormiańskiego inżyniera.

_ Dobra myśl, ciekawa – wycedził stawiając ostatnią kropkę – Cały czas brakowało mi pierwszego szczebla w tej drabinie. Dziękuję wam towarzysze. Może chcielibyście zmienić specjalność? – uśmiechnął się jak dobry wujaszek na chwilę pozbywając się ponurego wyrazu twarzy jaki go dzisiaj nie opuszczał.  Rozprężyło t o atmosferę ale Kriuczkow zaraz spoważniał.

— Towarzysze — zawiesił głos tocząc po zebranych wo­kół stołu surowych obliczach najzatwardzialszych ideowców, kwiatu armii i Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. — Sytuacja jest nadal skomplikowana, ale na szczęście parę spraw już się wyjaśniło. Wiadomo na przykład, że bez za­stosowania siły, brutalnej przemocy mówiąc wprost, nie oca­limy jedności kraju. Gorbaczow i jego doradcy przecenili swoje możliwości, nie docenili jednocześnie głębokiego kry­zysu. Dalsze postępowanie drogą zaproponowaną przez nich nieuchronnie prowadzi do rozpadu. Mam przed sobą wyniki prac Sekcji Analiz, które potwierdzają tę hipotezę w całej rozciągłości. Nie wolno nam do tego dopuścić i nie dopuś­cimy. Mam tu drogą teczkę z tej samej sekcji, w której czarno na białym napisano, że Gorbaczowa nie uda się od­sunąć od władzy oficjalnie nie powodując przy tym poważ­nych reperkusji międzynarodowych.

Nasze  zadanie sprowadza się więc w kolejności: do sparaliżowania ruchów    przeciwnika,  następnie zablokowa­nia wszelkich inicjatyw radykalnego skrzydła,  odsunię­cia   doradców  i  ich zaplecza,  ukonstytuowanie nowej Rady  Prezydenckiej  i  wreszcie   ubezwłasnowolnienia pre­zydenta do  czasu,  kiedy będzie go można bezpiecznie zdjąć. Każdy z   nas ma  na razie zabałaganione własne podwórko i to musimy zmienić. Taka była ich taktyka, wprowadzenie  dwuwładzy. Weźmy  Kolegium  KGB.  Teore­tycznie decyduje o wszystkim, a praktycznie? Generał Ozierow za naszymi plecami jako tajny doradca prezydenta rea­lizuje plan „W”, którego szczegółów nawet nam się nie uja­wnia. Ustalając strategię, nie zapominajmy o taktyce. Pierw­sze uderzenie będzie miało działanie psychologiczne. Pierw­sze uderzenie musimy skierować do wewnątrz naszych orga­nów! Utrącić dysydenckie zalążki w KGB, GRU, armii, mi­licji. Oczyścić ministerstwa kompleksu militarnego i finan­sów, a także zrobić porządki w   prokuraturze. Poparcie KC i Politbiura pozwoli nam tego dokonać. Zaczniemy od zablo­kowania planu „W”. To będzie pierwsze działanie, jeszcze pod powierzchnią, ale w samym sercu tego państwa. W Pol­sce prawica szykuje się do objęcia władzy. Ozierow z Pierw­szej Dyrekcji Generalnej  opracował kontrplan zwany pla­nem „W”. Nie znamy szczegółów, lecz poznamy niebawem, to tylko kwestia czasu. Jest to podobno wyjątkowo dyskret­na prowokacja. Na co nam ona? Wręcz odwrotnie. Niech wybierają prawicę! Każdy obywatel w tym kraju i każdy na świecie wkrótce dowie się, że Polska bez naszej opieki natychmiast staje się krajem wrogim, zaczepnym, agresyw­nym, destabilizującym sytuację. Zakręcimy im kurek z ro­pą i kurek z gazem tłumacząc się brakami wewnętrznymi. Wstrzymamy wycofywanie naszych wojsk z Polski. Nasza armia musi tam pozostać! To jedyny prawdziwy gwarant odpowiednich rządów w tym kraju. Po tym wstępie prze­prowadzimy próbną eksplozję na Nowej Ziemi, okrzyknie­my Tarasowa prowokatorem oskarżającym prezydenta o chęć przehandlowania Wysp Kurylskich, przeprowadzimy wymia­nę pieniędzy, uderzymy na Litwę, zdobędziemy całą Pribałtykę zmuszając do firmowania każdego naszego kroku Gor­baczowa — zaczerpnął tchu i wypił łyk wody, podczas gdy w sali było tak cicho, że słyszało się doskonale bzyczenie za­błąkanej muchy. — Uformujemy republikańskie Komitety Ocalenia Narodowego i Rosyjski Komitet Ocalenia. Wtedy będziemy mogli swobodnie wypuścić żołnierzy na ulice i prze­jąć władzę wprowadzając na terenie kraju stan wyjątkowy. Zlikwidujemy problem Jelcyna, Demokratycznej Rosji. Rozwiążemy Radę Prezydencką przywracając właściwe miejsce Biuru Politycznemu i Komitetowi Centralnemu. Cały świat zobaczy, że Gorbaczow rządzi, ale albo rządzi źle, nie po ich myśli, albo nie panuje nad sytuacją. Wydział Dezinformacji zajmie się tym, by nikt nie miał wątpliwości, że Gorbaczow we wszystkich tych sprawach maczał palce. Zrobimy porzą­dek z tym całym namnożonym jak wirusy HIV opozycyj­nym, nacjonalistycznym elementem!

—   Stany Zjednoczone podniosą wrzask —  zaoponował słabo Titow.

—   Stany  Zjednoczone — powiedział z namaszczeniem Kriuczkow przedłużając sylaby dla zwiększenia efektu swych słów — będą nas niedługo bardzo potrzebować. Inwazja Ira­ku na Kuwejt zmienia sytuację. Amerykanie, jeśli nie chcą się ośmieszyć, będą musieli interweniować w Kuwejcie, bę­dą chcieli zdruzgotać militarnie Husajna. Bez rezolucji Ra­dy Bezpieczeństwa ONZ nie odważą się. A bez nas takiej re­zolucji nie da się uchwalić. Kiedy tam wybuchnie wojna, towarzysze, świat nie będzie patrzył, co dzieje się u nas.

*

Generał Iwan Ozierow z niedowierzaniem wczytywał się w notatkę w „Litieraturnoj Gazietie” na temat zamordowa­nia popa, ojca Aleksandra Szretyńskiego w Archangielskoje. Nie mógł uwierzyć, że znowu zdarzył się parszywy przeciek, a na dodatek nie zadziałała komórka cenzorska ani w re­dakcji, ani na wyższych szczeblach! Przed nim stał Kopysznikow, a obok kulił się pełen najgorszych przeczuć porucznik Rudin. Mieli się teraz rozliczyć z niewiarygodnych wyda­rzeń w Archangielskoje. Śmierć popa zwłaszcza na Rudinie kładła się straszliwym cieniem. Był osobiście odpowiedzial­ny za akcję w Archangielskoje. Jego ludzie przesiedzieli przy popie prawie do pierwszej w nocy. Nie zauważono mo­mentu przekazania przesyłki, a więc nie została odebrana. A jednak musiała być przecież przekazana tego wieczora. Czyżby duchowny został zabity przez swojego łącznika?

— Jak to się stało! — ryknął Ozierow wstając i spod groźnie zmarszczonych brwi posłał tym obu dyletantom spoj­rzenie jak cięcie bagnetem, jak seria z karabinu maszyno­wego prosto w serce. — Jak coś takiego mogło się zdarzyć?! Zlekceważyłeś go! — popatrzył w tym momencie na Rudina i Rudin miał świadomość, że gdyby wzrok zabijał, to już  by nie żył, i że nie wiadomo czy przeżyje do jutra, a nawet przez najbliższe trzy godziny, jeżeli nie powie czegoś sensownego co choćby w minimalnym stopniu go usprawiedliwi.

— Ani na chwilę, towarzyszu generale — wybąkał Rudin — Był sam tylko piętnaście minut. Wyszedł do toale­ty. Tam jest jedno wyjście, ale coś mnie tknęło, chociaż nie wyglądał na takiego, co mógłby na przykład przez okno, był przecież za stary…

—  A jednak wyszedł przez okno z tego sracza! — wrzas­nął generał. — A gdzie była reszta?! Spaliście gnojki w sa­mochodzie!!!

—  Zaraz dałem im radiem znać — powiedział Rudin. — A sam zająłem się przeszukaniem toalety. Zajęło mi to tro­chę czasu. Chciałem być dokładny…

—  Poszliśmy za popem — przejął tok relacji Kopysznikow. — Ale go wcięło…

W tym momencie rozległo się ciche pukanie do drzwi.

—  Wejść! — ryknął Ozierow jak grom i zatopił piorunu­jące spojrzenie tym razem w stojącej w drzwiach sekretar­ce. Nie zwlekała z odpowiedzią na to groźne, nieme pyta­nie.

—  To dla was towarzyszu generale. Bardzo pilne — wy­ciągnęła przed siebie w drżącej dłoni szarą kopertę formatu A-4 — z pracowni fotograficznej.

Wyszarpnął materiał i nie patrząc na nią nerwowo grze­bał w kopercie. Sekretarka czmychnęła jak najszybciej się dało, a Kopysznikow pomyślał, że zrobiłby wiele, żeby móc teraz pójść w jej ślady. Generał tymczasem obrócił kopertę do góry nogami i wytrzepał jej zawartość na blat biurka. Plik zdjęć rozsypał się, a jedno spłynęło na podłogę. Rudin padł na kolana i podniósł je niczym relikwię.

—  Partacze — sapał Ozierow. — Partacze, Odpowiecie głową, jeżeli cały ten plan, robota wielu ludzi, na samym po­czątku pójdzie przez was na marne. Moja w tym głowa, że­byście wy stracili swoje! — wrzasnął znów niespodziewanie. — Kiedy go zobaczyłeś?!

—  Najwyżej pięć minut od meldunku Rudina — powie­dział Kopysznikow. — Podbiegłem pod bramę. Posuwał się jakieś dwieście metrów dalej, wzdłuż ogrodzenia    pałacu. Nie wszedł na teren, tylko lazł jakby ku rzece, a tam prze­cież zarośla… i faktycznie w tych zaroślach się zaraz zanu­rzył. Pobiegłem i dałem znać reszcie, żeby obstawili teren. Zaniknął. Przeczesaliśmy zarośla błyskawicznie, aż do same­go brzegu. To trwało jakieś pół godziny.    Postanowiłem sprawdzić ogród pałacu, chociaż sam nie mógłby przeleźć przez tak wysokie ogrodzenie… Był tam. Na końcu alei Imperatorskiej pod jednym z posągów. Leżał na wznak. Był je­szcze ciepły, ale pulsu już nie czułem. Wtedy zrobiłem alarm. Ekipa grzebała się do rana. Przeszukaliśmy wszystko. Zgnie­ciona trawa w tych zaroślach, niedopałki. Ktoś na niego cze­kał. Koperty ani śladu — kapitan rozłożył bezradnie ręce.

— A psy? Co z psami?!

— Straciły trop na brzegu.

—  Niech to!!! — zaklął pod nosem generał wpatrując się w fotografię. — Co to jest?! — zapytał nagle obu śmiertel­nie przerażonych podwładnych wskazując jakiś szczegół na jednym ze zdjęć. — Co to za człowiek? Wzruszyli ramiona­mi. Nagle Kopysznikow sobie przypomniał.

—  Był tam taki. Chwilę się kręcił i wsiadł do taksówki. Ale minęli się z popem w drzwiach. Pop wchodził, on wy­chodził. Nie zatrzymywał się.

—  Spójrzcie no tu! — Generał wskazał palcem na połę rozchylonej marynarki mężczyzny odchodzącego od popa. — Co to jest?

—   Biała plamka — powiedział ostrożnie Rudin. — Za­nieczyszczenie na kliszy?…

—  Nie — rzekł zdecydowanie Kopysznikow. — To ma trójkątny kształt.

— Róg naszej koperty? — zapytał z przebłyskiem nadziei Rudin.

—  Ten drań ma już kopertę w kieszeni    —    stwierdził spokojnie generał. — Thhhaaak!

Ozierow opadł na skórzany fotel z westchnieniem. Czuł się, jakby ktoś go nagle przekłuł i upuścił zeń całą energię. Przyłożył dłoń do czoła. Musiał się uspokoić. Kamień spadł mu z serca. Nie wszystko było stracone. Przez sekundę myślał, że koniec, dosłownie zawisł w czarnej jak kosmos próż­ni. Teraz się uspokoił, chociaż miał świadomość, że to nie łącznik wykończył Szretyńskiego i na pewno nie zrobili te­go Ukraińcy. Nie wiadomo skąd, w ich kierunku toczyła się pchnięta niewidzialną ręką lawina. Jakiś głaz z niej odsko­czył i spadł prosto na ich ścieżkę. Nie był to kamyk przy­padkowy. To czoło lawiny, jej pierwszy znak. GRU? Specnaz? Sami, czy za najwyższym przyzwoleniem? Kto pierw­szy ten lepszy? Iwan Władimirowicz Ozierow przeznaczony na odstrzał jako nieprzydatny? W końcu Gorbaczow mógł puścić w ruch obie machiny i przekonać się, która jest lep­sza. Kto nie potrafi sobie poradzić z wewnętrzną konkuren­cją, ten nie ma szans poza granicami. Kto pokona wewnętrz­nego przeciwnika, który wszak zna na wylot wszystkie sła­be punkty drugiej strony, ten z obcymi wrogami poradzi sobie łatwo. Jeżeli Gorbaczow popiera jednocześnie plan Jakowlewa i Artensa, to Ozierow i tak się o tym od niego nie dowie. A jeśli nie? Jeśli Michaił Siergiejewicz nic nie wie? Spisek?!

— Zrobić natychmiast powiększenia. I znaleźć tego face­ta. Iść za nim krok w krok. Pewnie już jest w Kijowie. I że­by się wam więcej nie wymknął! Chcę mieć zaraz jego da­ne personalne. To niezły ptaszek! I żeby, do stu piorunów, nikt wam go nie wykończył, zanim nie poda tego dalej, bo inaczej ja was wykończę!!! Macie cztery godziny czasu.

Wpośpiechu opuścili gabinet generała odetchnąwszy z ulgą dopiero za obitymi czerwoną skórą drzwiami sekre­tariatu.

„Bobków, Kriuczkow, Pugo, Pirożkow, Jakowlew?”, my­ślał. „Kto za tym stoi? Któryś z nich, paru, czy może wszy­scy razem?! A Gorbaczow jest z nimi?”. W to ostatnie nie bardzo mu się chciało wierzyć. „Poczekajcie, kochani towa­rzysze, ja jeszcze nie jestem gotów na śmietnik! Poczekaj­cie, przecież mam na was haka! Myślicie, że nie?! A wasze tajne fundusze dla „Pamiati”, dla bojówek, dla terrorystów prowokujących narodowe starcia i pogromy mniejszości?! Coś wiemy o waszym diamentowym szlaku towarzysze z Ko­legium i Armii! Sobacze syny! Nie tak łatwo postawić krzy­żyk na Ozierowie… A jeśli Gorbaczow odwrócił się od nie­go albo zrobi to lada chwila?… Cóż, pomyślał z dreszczem obrzydzenia, wtedy zostanie mi tylko Jelcyn”…

Wyciągnął hawańskie cygaro z przepastnej szuflady biur­ka i nerwowo obgniatał jego koniec, zanim je odgryzł mocnymi jak stal zębami. „Tylko Jelcyn”, wyszeptał do nieme­go portretu twórcy Czeka patrzącego nań z dezaprobatą z przeciwległej ściany.

*

Inspektor Walczyk stał w oknie mieszkania Zuzanny Grabież i usiłował sobie odpowiedzieć na setkę pytań, od których rozwiązania zależało czy się w ogóle posunie naprzód albo w jakimkolwiek sensownym kierunku. Zapadał zmrok. Ze­garek pokazywał dwudziestą pierwszą dziesięć. Był pewien, że Rzeźnik musi wiedzieć więcej na temat zabójstwa, ale na razie zwlekał z przyciśnięciem tamtego. Żeby go zmusić do mówienia, potrzebny był silniejszy argument niż ten, że Adamczyk jako policjant aktywnie współpracował z „trój­ką”, pionem SB zajmującym się działaczami opozycji.

Na razie Walczyk wyeliminował zdecydowanie programistę. Przeciek brał się skądinąd. Przeprowadził też rozmowy ze współpracownikami Grabież w „Dzienniku Konserwatyw­nym” i jej bliskimi przyjaciółmi. Była ostrożna. Nie zwie­rzała się z konkretów. Pracowała jednak nad czymś dziwnym. Z każdą minutą analizy stawało się też dla niego co­raz bardziej niejasne, dlaczego przeprowadzono podwójny zamach — na niego i Kasię Okińczyc. Czy próbowano upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu? „Yamaha” rozpłynęła się jak kamfora. Wywiadowcy poszukiwali bezskutecznie motocyklisty, choć maszyn tej marki na terytorium całego kraju nie było przecież tak wiele. Ani Szwedzi, ani Kasia nie potrafili podać szczegółów rysopisu napastnika, poza je­dnym — niski wzrost. W przypadku dziewczyny była to ra­czej intuicja niż faktyczne spostrzeżenie.

Podczas gdy potrafiłby sobie wytłumaczyć każdy z czło­nów owej historii zakładając ich oddzielność, to zestawione razem wydawały się absurdalne. Jeżeli chcieli zlikwidować świadka i nastąpiła pomyłka, to po cóż organizowali zamach na niego? Taka pomyłka wskazywałaby raczej na amatorów, impulsywnych amatorów, a nie fachowców. Rzeźnik nie do­wiedział się niczego od Okińczycowej, a jedyne podejrzenia, jakie mógł wysnuć wynikały z faktu, że Walczyk złożył tam więcej niż jedną wizytę. Mógł mieć rysopis kobiety z kościo­ła Pijarów z pierwszej ręki, z ust zabójcy. Wtedy próbowa­liby zabić Okińczycową, a nie jej wnuczkę. Portrety pamię­ciowe. Niepotrzebnie rozmawiał z urzędem z prywatnego telefonu Okińczycowej. To jakiś nowy trop. Ale czy ten portret był aż tak niebezpieczny, że warto było zli­kwidować i świadka, i inspektora? Mogli myśleć, że świadkiem jest młodsza z lokatorek domu przy świętego Jana 13, ale fachowcy nie powinni byli uderzać na ślepo. Mogło też cho­dzić o zastraszenie świadków. Znów powracała koncepcja dwóch pieczeni. W wypadku Kasi Okińczyc zastraszenie, a przy okazji próba pozbycia się niewygodnego śledczego, który za dużo wie. Za dużo wie? Do diabła, jeżeli wiedział, to nie miał o tym najmniejszego pojęcia! Przygotowanie za­bójstwa Grabież świadczyło o wyjątkowej perfidii i dokład­ności mordercy. Podwójny zamach zaś zdawał się kierować podejrzenia ku grupie półamatorskich szaleńców. Półamator i kałasznikow to jednak dwie różne bajki.

Z kolei kiedy przyjmował, że celem głównym było wy­ciągnięcie go nocą na ulicę i zabicie, a napad na dziewczy­nę wyłącznie temu miał posłużyć, nasuwało się pytanie: po cóż takie komplikacje? Można było wszak strzelić kiedykol­wiek i gdziekolwiek. Nie spodziewał się ataku. Może i jego zamierzają tylko przestraszyć stosując adekwatniejsze środ­ki? Karabin maszynowy świadczył zdecydowanie, że ma do czynienia z grupą zorganizowanych gangsterów, a nie z po­jedynczym fanatykiem. Podwójny zamach w jednym cza­sie także to sugerował, choć nie dało się wykluczyć całko­wicie, że dokonał go ten sam człowiek posługujący się szyb­kim motocyklem. Chcieli, by dokładnie wiedział, że są do­brze zorganizowani, że nie cofną się przed niczym, a jedno­cześnie, że są zdesperowani, gotowi zaryzykować. To prowa­dziłoby rozumowanie ku dodatkowemu wątkowi anarchis­tów, terrorystów raczkujących w polskich warunkach, któ­rym Grabież nadepnęła na odcisk. Jakkolwiek by było, odpadł motyw zazdrosnego kochanka, na jakim zależało Rzeźnikowi. Zupełnie jakby działały dwie siły zwalczające się za jego plecami! A może chodzi wyłącznie o takie naplątanie wąt­ków, żeby się wzajemnie wykluczały, żeby nie dało się ich połączyć w jedną logiczną całość? To niezła metoda zaciera­nia śladów, jeżeli się dysponuje odpowiednimi środkami technicznymi.

Gwałtowna reakcja ukrytego wroga świadczyła, że Walczyk znalazł się o krok od czegoś bardzo ważnego, co najprawdo­podobniej Grabież miała w ręku. Zamach musiał zwrócić na sprawę uwagę UOP i to w taki sposób, że eliminował wszelkie wątpliwości co do jej politycznego podłoża. A jed­nak zamach nastąpił! Widać przeciwnik nie miał żadnych złudzeń co do interpretacji zabójstwa Grabież. „Co takiego mam?”, głowił się Walczyk rozglądając się po pokoju zamordo­wanej dziennikarki. Zapalił górne światło i rozpoczął kolejne przetrząsanie biblioteki. Włączył radio. Popłynęła muzy­ka z radiostacji Fun przerywana idiotycznymi reklamami.

Widać Zuzanna Grabież lubiła komercyjne stacje, z ich muzyczną sieczką. Grzebał po półkach na chybił trafił. Nic.

Usiadł za biurkiem, które było teraz idealnie puste, wy­bebeszone. Wszystkie papiery przeniósł do swojego gabine­tu. Całe trzy dni stracił na przetrząśnięcie książek w jej bi­bliotece w poszukiwaniu jakiegoś znaku, zakładki, notki na obwolucie, odręcznej uwagi na marginesie przypadkowej lek­tury, ukrytej wszywki w grzbietach… Nic. Notatnik! Notat­nik był jedynym co posiadał. Czy chodzi o notatnik? Rzeźnik miał go w ręku. Walczyk mu go właściwie wyrwał. Czy o to chodzi? Do notatnika brak było jednak jakiegokolwiek klu­cza. Część inicjałów była wprost czytelna. Reszta wyglądała bezsensownie. Cyfry, litery, ale nie szyfr, po prostu bezład. Nawet jeżeli to szyfr bez klucza nie odczyta go żaden kom­puter. Chyba, że Walczyk jest blisko klucza? Zagryzł wargi i opadł bezsilnie na oparcie krzesła. Myśli kotłowały mu się w głowie, ale fakty nie dały się wciąż jednoznacznie zinter­pretować. Niewiadomych, zamiast ubywać, przybywało. Nurtowała go ostatnia praca zamordowanej. Notatki znalezione w mieszkaniu pochodziły z kwietnia i maja. Niemożliwe, że­by nic nie robiła przez dwa miesiące. Przeczyły temu zezna­nia redaktorów z „Dziennika Konserwatywnego”. Gdzieś to ukryła. Tak się zawsze postępuje z niebezpiecznym mate­riałem. Gdzie?! Gdyby zabójca zabrał to ze sobą, nie miałby powodów do obaw. Coraz bardziej skłaniał się do przekona­nia, że nie zemsta była motywem zabójstwa, nie lęk przed wyjawieniem jakiejś przeszłej tajemnicy, a w każdym razie nie tylko to. Być może przypadkiem natknęła się na coś aktualnego, bieżącego, co było tak niebezpieczne, że jedy­nym wyjściem stała się jej natychmiastowa likwidacja. Walczy­kowi głowa dosłownie pękała od domysłów, a jego podejrze­nia zataczały coraz dziwniejsze kręgi przekształcając się w spirale przypominające wstęgę Mobiusa. Kolejne kruche hi­potezy rozsypywały się w pył. Dreptał w miejscu. Niewy­starczająca liczba danych — stwierdziłby komputer.

Nagle usłyszał jakieś dziwne szmery na korytarzu. Zamarł. Ktoś kręcił się pod drzwiami. Spojrzał w tamtą stronę znad biurka zaskoczony. Serce przyspieszyło rytm pod wpływem adrenaliny wyzwolonej z gruczołów dokrewnych. Ostrożnie wstał i na palcach podszedł do kontaktu. Zgasił światło. Zmierzając do drzwi wyciągnął spod lewej pachy p-83, naj­nowszy typ doskonałej polskiej broni, na której mógł pole­gać. Odbezpieczył. Drzwi nie miały wizjera. „Lekkomyślnie” pomyślał o denatce. „Tylko łańcuch”. Napięty przygo­towywał się do skoku. Miał tylko jedną szansę. Przekręcić zamek i odczekać sekundę. Każdy spodziewa się, że zaraz po przekręceniu zamka drzwi się otworzą. Sekunda zwłoki stwa­rza element zaskoczenia, wtedy właśnie w tych dodatkowych ułamkach czasu, gdy umysł przeciwnika musi podjąć nową decyzję, należy wkroczyć do akcji. Przekręcił. Odczekał. Zgięty w kolanach, z palcem prawej dłoni na cyngu pistole­tu gotowego do strzału, szarpnął lewą ręką klamkę i gdy tyl­ko drzwi się uchyliły, runął z impetem do przodu. Skoczył jak tygrys rozpaczliwie poszukując dłoni wroga, by mu wy­trącić broń! Z całą siłą zderzył się z drugim ciałem, czarnym cieniem czającym się w mrocznym świetle korytarza za drzwiami. Już w locie, nie rozpoznawszy z kim ma do czynienia skonstatował, że to kobieta! Nie zdążył wyhamo­wać impetu i ściął ją z nóg przygniatając do betonu włas­nym ciałem. Zdołał tylko lekko zamortyzować upadek pod­kładając ramię pod jej łopatki i kiść ręki pod kark, żeby nie uderzyła potylicą. Była tak zaskoczona, że zdążyła jedynie wydać przeraźliwy, krótki wrzask. Potem był głuchy łomot i jęk. Być przygniecioną przez dziewięćdziesiąt kilogramów żywej wagi, to nic przyjemnego nawet na miękkim tapcza­nie. Przyciśnięty do piersi pistolet przesunął w górę tak, że wylot lufy znalazł się pod jej brodą… Teraz dopiero ją roz­poznał. Natychmiast się podniósł i odsunął. Patrzył na nią poirytowany, skonfundowany, zły, w idiotycznej półkucznej pozycji, podczas gdy dziewczyna sycząc z bólu usiłowała wstać. Kasia Okińczyc masowała obolałą klatkę piersiową i lewe biodro, na które poszedł cały impet zderzenia z beto­nem. Wstał. Podał jej rękę, ale odtrąciła ją gniewnie z tru­dem łykając łzy bólu.

—  Pięknie — wysapała po chwili rozmasowując stłuczenia. — Chyba pan się naoglądał za dużo amerykańskich kry­minałów?!

— Przepraszam, ale nie powinna się pani czaić za drzwia­mi.

Schował pistolet do kabury. Kucnęła próbując sprawności lewej nogi. Między udami pod króciuteńką sukienką mignął mu trójkąt białych majteczek. Szybko obciągnęła sukienkę łapiąc jego spojrzenie i stanęła na nogach.

—  O mało mnie pan nie zabił, prawda?! — rzuciła zja­dliwie.

—  Co pani tu robi, można wiedzieć? Seans spirytystycz­ny, godzina duchów, prywatne śledztwo?

—  Nie zgadł pan, ale mnie to nie dziwi… Wizyta towarzyska. Chyba już na wstępie zakończona przykrym starciem z niemiłym gospodarzem. — Odwróciła się zamierzając odejść.

—  Chwileczkę! — Złapał ją za łokieć. Spojrzała na jego dłoń z oburzeniem. Cofnął rękę. — Z panią można się tylko kłócić, nie da się rozmawiać? Jest ktoś, do kogo przema­wia pani ludzkim głosem?

— A pan jeszcze w ogóle widzi w ludziach ludzi, czy też na wszystkich rzuca się z zębami jak tygrys ludojad? — po­wiedziała z autentyczną złością. Popatrzyła mu w oczy, a wi­dząc w nich rozbawienie niespodziewanie uśmiechnęła się. Potrafił się śmiać z samego siebie i to był dobry znak. Złość nagle jej przeszła. Zauważyła, że jego oczy patrzą bardzo inteligentnie, uważnie, a uśmiech jest czarujący.

Odsunął się na bok i wskazał jej przejście do mieszka­nia.

— Była tu pani kiedyś?

— Nie.

—  Proszę. — Weszła. Zamknął drzwi na zatrzask. Poka­zał jej dalszą drogę przez ciemny korytarzyk. Zapalił świa­tło. — Skąd pani wiedziała, że mnie tu zastanie?

—  Jak na inspektora nie grzeszy pan zdolnością dedukcji. Zobaczyłam  światło,    wzięłam  lornetkę,  no i  już  wiedzia­łam.

— To pani ma lornetkę?

—  To część przesłuchania czy takie sobie pytanie?

—  Przepraszam. Tu może pani usiąść. — Pokazał jej fo­tel koło biurka, gdzie parę tygodni temu sam siedział z tru­dem powstrzymując mdłości. Dziewczyna stała na środku pokoju i rozglądała się niepewnie. Usiadła obciągając spód­nicę na ściśniętych kształtnych kolanach. Walczyk umieścił się za  biurkiem  z profesjonalnego przyzwyczajenia. Zoriento­wał się, że stwarza okazję do kolejnego ciętego komentarza, w chwili gdy już otworzyła usta.

—  Możemy zaczynać. Tylko ta lampka, powinien mi ją pan skierować prosto w oczy.

—  Właśnie się zastanawiałem, kiedy to pani powie. Po­myśleć, że omal mnie nie zabili, kiedy pędziłem ratować ży­cie takiemu złośliwcowi. — Zaśmiał się  pokazując szereg równiutkich, białych zębów, które sprawiły, że pokój na mo­ment niemal namacalnie się rozjaśnił. Uśmiechnęła się, a za­raz potem posmutniała.

— Muszę się przyznać — powiedziała nie podnosząc oczu. — Że przyszłam pana przeprosić. Naprawdę!… Za to wszystko, co powiedziałam za pierwszym razem. Jest mi strasznie głupio…

Teraz on spoważniał, spuścił powieki i zauważyła, że ma długie, czarne rzęsy i rumieni się jak panienka. Poczuła, że mięknie w środku, jakieś ciepło rozlewa się jej od żołądka do serca. Musiał  i on dostrzec w niej zmianę, bo spojrzał te­raz inaczej, dziwnie niepokojąco. Odwróciła wzrok. Wstała z fotela i podeszła do okna. Wolała się znaleźć za jego ple­cami. Poczuła się tak speszona i nagle wewnętrznie roztrzę­siona, że najchętniej by stąd uciekła. Nie pozwalał jej jed­nak uciec, kręcąc się powoli na obrotowym krześle wzdłuż linii jej kroków, trzymając ją spojrzeniem na niewidzialnej uwięzi. Ignorowała go udając, że obserwuje ciemność za oknem. Nie spuszczał z niej wzroku.

— Niech pan przestanie. Proszę?! — powiedziała nie patrząc w jego kierunku. Kątem oka spostrzegła, że Walczyk wstaje, że zmierza ku niej i serce zatrzepotało nagle gwał­townie jak zniewolony ptak.

Jego miękkie, suche, gorące usta spoczęły na jej szyi. Przebiegł ją dreszcz rozkoszy. Dłoń mężczyzny okazała się równie delikatna, gdy ujął jej twarz i obrócił ku swojej. Zamknęła oczy. Zdążył zanotować, że ma piękne oczy, piękne niebieskie oczy i cudownie łagodną twarz. Ich usta zetknę­ły się wpierw ostrożnie, potem gwałtownie, namiętnie, a ję­zyki splotły się w chwilowych zapasach. Nie przepadała za tego rodzaju pocałunkiem, ale tym razem czuła, że podnieca ją walka, wyzwanie rzucone przez jego męską siłę. Przegra­ła. Zabrakło jej tchu. Na moment uchyliła powieki i znów je szybko zamknęła, bo on wciąż patrzył, patrzył i patrzył, pa­trzył nieskończenie przenikliwymi, szmaragdowymi jak ocean oczami, w których była śmiertelnie zakochana, choć tego je­szcze nie odkryła. Wypuścił ją tak samo nagle, jak porwał, ale nie odsunął się. Jego tors dotykał czubków piersi Kasi, falujących oszalałym, płytkim oddechem.

— Trochę niesamowite miejsce jak na pierwszy miłosny pocałunek wyszeptał: — Chodźmy stąd. Zabieram cię na kola­cję. Lubisz chińską kuchnię?

Skinęła głową. Odwrócił się do okna i spojrzał odruchowo na podwórko. Niemal całe tonęło w granacie. Tylko furtka na stronę PAU przepuszczała przez rzadkie metalowe pręty pęk blasku. Skierował tam wzrok. W pomieszczeniu na par­terze ktoś wciąż jeszcze ślęczał nad biurkiem, Biedny fa­cet”, pomyślał. „Nie ma nikogo, z kim mógłby spędzić wie­czór?”… Wtedy nagle olśniło go! Oczywiście, że tamten uciekł przez podwórko PAU. Mógł wtedy bez ryzyka wyjść na Sławkowską. A ten człowiek? Czy przypadkiem 26 lipca nie ślę­czał do późna tak jak dziś? Może coś widział?

—  Ale to za chwilę — powiedział. — Widzisz tego męż­czyznę za biurkiem? — Pokazał jej palcem rozświetlone po­mieszczenie. — Muszę z nim zaraz koniecznie porozmawiać.

—  Mogę pójść z panem… z tobą? — zapytała. — Chciała­bym zobaczyć, jak się prowadzi przesłuchanie… To może mi się przydać… Powiedzmy w małżeństwie?… — Zawiesiła głos błagalnie, a w jej spojrzeniu aż iskrzyło się tak czarujące diabelstwo, że musiał ją pocałować w czubek zadartego no­sa.

– Nie – powiedział – To by było nieprofesjonalne. Przypudruj nosek u cioci, zaraz tam wpadnę po ciebie.

Zamykając drzwi na klucz sprawdził czy ma magneto­fon. Wolał zawsze notować każde zdanie zeznań na taśmie. Na szczęście miał.

*

Przywódcy ukraińskiego Ruchu Ludowego spotkali się w Starych Petrowcach, kilkanaście kilometrów na północ od Kijowa. Tu, w letnim domku Borysa Czupaja, sześćdziesię­cioletniego literaturoznawcy pretendującego, na razie niefor­malnie, do roli przywódcy organizacji, miały w ciągu weeken­du zapaść najważniejsze dla Ruchu strategiczne decyzje. Profesor Czupaj nie był typem trybuna. Stary człowiek, przygarbiony, z siwą bródką w szpic i żywym spojrzeniem zza grubosoczewkowych okularów przeciwdziałających zaa­wansowanej wadzie wzroku — minus dziewięć dioptrii — wyglądał jak schorowany Dziadek Mróz, który swoją czer­woną czapkę z futrzanym otokiem i worek pełen gwiazdko­wych prezentów przehandlował na książki, bo mu nie star­czało na nie z emerytury, mól książkowy, naukowiec. A jed­nak kiedy przemawiał, zmieniał się nie do poznania, a jeszcze lepiej pisał. Oficjalnie profesor literatury rosyjskiej na uniwersytecie kijowskim, zupełnie nieoficjalnie (pod pseudoni­mem) pisywał w radykalnym „Robotniku Wolnej Ukrainy”, gdzie prezentował poglądy nacjonalistyczno-liberalne tak skrajne, że od dawna jako ich autor figurował na czarnej liś­cie KGB w Kijowie. Jako „jawny” przedstawiciel Ruchu wy­powiadał się znacznie bardziej umiarkowanie. Gdyby odkryto jego rzeczywiste personalia, a niewyraźna sytuacja politycz­na przechyliła się na korzyść konserwatywnego skrzydła Ko­munistycznej Partii Ukrainy, byłby najprawdopodobniej pierwszym kandydatem do aresztowania i zsyłki, jeśli, rzecz ja­sna, szczęśliwie uniknąłby kuli w łeb od razu, na miejscu.

Jednocześnie jako członek władz uczelni, typowy przed­stawiciel nomenklatury od trzydziestu lat, korzystał z wszel­kich dobrodziejstw związanych z uprzywilejowaną pozycją społeczną. Stąd się wzięła jego dacza za Wyszgorodem, nad Zalewem Kijowskim, w starej części Petrowców, z dużą działką i sadem, od zachodu uroczo wkomponowana w las zaś frontem obrócona ku rzece rozlanej tu malowniczo w jezio­ro.

Prosto ze skarpy schodziło się na kamienisty, dnieprzański brzeg, a przy drewnianym (jak najbardziej „prywatnym”) pomoście cumowała zarówno mała żaglówka, dwie osobiste łodzie wiosłowe, jak i motorówka z potężnym silnikiem „Wir-3″. Profesor nie korzystał z łodzi, ale dla kolegów jego dwu wnuczek, ściągających tu całymi tabunami w weekendy, była to nie lada atrakcja.

Dzisiejsze spotkanie miało wreszcie przesądzić o taktyce Ruchu w najbliższych tygodniach, a zwłaszcza o sprawie pro­jektowanego strajku generalnego dla poparcia niepodległoś­ciowych dążeń narodu i rozstrzygnąć kilka pomniejszych, lecz nie mniej ważnych, kwestii szczegółowych. Na przykład sprawę Ukrainy Zakarpackiej, stanowiącej część terytorium Mołdawii a zamierzającej ogłosić swą mniejszościową auto­nomię. Na porządku dnia stawała również kwestia zorganizo­wania własnego pionu wywiadowczego i ewentualnej współ­pracy tego pionu z agentami KGB, o których wiedziano, że są rodowitymi Ukraińcami i sympatykami Ruchu.

Bohdan Hunza znajdował się w posiadłości profesora już od trzech godzin. Spotkania w tak wąskim gronie nie odby­wały się często. Zawsze też organizowano je w rygorach kon­spiracji, jako że grupa zebranych tu osób stanowiła główny trzon operacyjny Ruchu. Niektórzy z obecnych nie zajmowali żadnych eksponowanych stanowisk ani w Radzie Najwyższej Republiki, ani w zgromadzeniu deputowanych ZSRR, ani na­wet w organach wykonawczych Ruchu. Aleksy Panfił, sie­dzący ze szklanką wina na przysadzistej kanapie w rogu po­koju, do dziś nie ujawnił się nawet jako sympatyk, a tym bardziej członek jakiejkolwiek organizacji o tendencjach de­mokratycznych, za to przez cały czas był aktywnym człon­kiem KPZR. W organizacji kierował jednym z najważniej­szych elementów technicznego zaplecza — drukarniami samizdatów i ulotek, dzięki niemu właśnie tak powszechnie do­stępnych w trakcie manifestacji czy wieców. Bohdan Hunza znajdował się w podłym stanie ducha. Atmosfera towarzys­kiego koktajlu zakrapianego skromnie niskoprocentowym alkoholem — to znaczy białym, wytrawnym winem gruziń­skim tak kwaśnym, że wykręcało twarz — i kanapkami mę­skiej roboty przygotowanymi drżącą ręką profesora Czupaja, mierziła go dzisiaj jak rzadko. Niestety ten podły nastrój nie był wynikiem kaprysu, chwiejności emocjonalnej Hunzy zwykle twardego jak stal, czy jego kłopotów osobistych. Jego wi­sielcza mina miała związek z rewelacjami pułkownika Iwaszki. Nieświadomi tych rewelacji pozostali uczestnicy zebrania baraszkowali radośnie w rejonach intelektualnych marzeń, spekulując na temat świetlanej przyszłości hipotetycznego państwa ukraińskiego, a on zastanawiał się tymczasem czy przetrwają najbliższe tygodnie bez aresztowań.

Od paru dni Hunza uważnie obserwował zwłaszcza profesora Borysa Czu­paja. Miał do tego okazję, bowiem znaleźli się w grupie depu­towanych zajmujących się reformami prawa w RN Ukrainy i spędzali razem wiele czasu. Gdy uświadamiał sobie, że naz­wisko profesora jest jednym z czterech figurujących na tajnej liście informatorów KGB dostarczonej przez Iwaszkę z Mos­kwy, popadał w stan krańcowego zdumienia graniczący z nie­dowierzaniem. Zdumienie rychło przerodziło się w przeraże­nie. Fakt ten był tak niewiarygodny, że aż się prosiło, by zakwestionować autentyzm listy i tym samym wiarygodność agenta, który ją przekazał. Ale Hunza miał pewność, że po­zostałe trzy nazwiska to strzały w dziesiątkę — dwóch podej­rzewali już od roku a i zidentyfikowani na podstawie pier­wszej wiadomości od Iwaszki prowokatorzy zakonspirowani w zakładowych komórkach Ruchu i wolnych związków zawo­dowych zaraz po ujawnieniu zniknęli. Było oczywiste, że mo­codawcy z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przenie­śli ich w inne miejsca bezkresnego imperium sowieckiego, gdzie pod nowymi nazwiskami, z nowymi legendami konty­nuowali swoje służbowe zajęcia szpicli i donosicieli. Hunza nie miał wyboru: musiał uwierzyć, choć wierzyć nie chciał. Chcia­ło mu się wyć, kiedy pomyślał, że Czupaj, wielki ideolog na­cjonalizmu, przed czterema laty jeszcze jedną nogą w KPZR, drugą już twardo ustawiony w Ruchu, miał cały czas jeszcze trzecią nogę tkwiącą po pachwinę w grzęzawisku KGB. Wyć mu się chciało, kiedy konstatował, co wynika z faktu, że czło­wiek pisujący pod pseudonimem w najbardziej zakonspirowa­nym czasopiśmie nacjonalistycznym, wokół którego formo­wała się skrajna partia narodowa, sam głosząc w absolutnym poczuciu bezpieczeństwa buńczuczne, skrajne hasła, skupia przy sobie i wyławia z ciemnej czeluści podziemia dziesiątki najwartościowszych ludzi, jakimi Ruch dysponuje, kładąc ich głowy prosto na policyjne biurka wroga! „Czy rzeczywiście Czupaj jest zdrajcą?”, zadawał sobie pytanie. „Czy ten Czu­paj, który zza grubych szkieł z dobrotliwym uśmiechem przej­muje się teraz kokluszem córki Panfiła, jutro odbierze dziew­czynce ojca czyniąc ją sierotą? Czy tenże siwowłosy profesorek od Dostojewskiego i Puszkina, który wyjaśnia cierpliwie Kołowinowi, że nie powinien się rozwodzić z Leną dla jakiejś zwariowanej sekretarki z Rajkomu, która na pewno jest wtyczką i szpiclem, w decydującej chwili zabierze Kołowina jego żonie i zakochanej śmiertelnie sekretarce, sam będąc owym szpiclem?!!! – „Tak, to możliwe”, odpowiadał sobie z drżeniem „To możliwe. Niestety, to pewne!”. Zdobycz Iwaszki, choć początkowo wydawała się marna — ledwie cztery nazwiska — okazywała się bezcenna. Ten człowiek znajdują­cy się na szczycie piramidy Ruchu, mógł od środka rozwalić w drzazgi jego strukturę i to nie tylko w sytuacji nagłego nawrotu moskiewskiego zamordyzmu. Mógł manipulować organizacją opóźniając podjęcie niezbędnych inicjatyw i de­cyzji, mógł sterować nią, stając się liderem tak, że w końcu działałaby pod dyktando jego mocodawców, jako jeszcze je­dna sprężynka w zegarowym mechanizmie KGB!!!

Hunza postanowił trzy rzeczy. Po pierwsze zrobić po tej akcji Grynia szefem operacyjnym powierzając mu kontakty z agentami. Po drugie, przy okazji zbliżającego się za trzy dni wyjazdu do Warszawy, nawiązać kontakt z kimś pewnym, kto mógłby pośredniczyć między Ruchem a rządem polskim i UOP. Znał kogoś takiego — Marcin Korcz — natychmiast wyśle wiadomość do niego. Po trzecie, skontaktować się z Kaukajtisem, który powinien sprawdzić Iwaszkę. Może był prze­czulony, ale wolał mieć pewność, że akcja przebiega normal­nie.

—  Coś taki markotny? — zapytał go profesor Czupaj pod­chodząc ze szklaneczką wina. — Nie jesteś zadowolony z zie­lonego światła dla wywiadu?

—  Ależ jestem profesorze, jestem. Tak się tylko zamyśli­łem — powiedział i pociągnął łyk kwaśnego gruzińskiego sikacza zastanawiając się, ile ironii tkwiło w pytaniu naukow­ca.

*

Przy ogłuszającym huku z wysokości sześćdziesięciu me­trów perląc się i rozpryskując w czerwonym zachodzie słoń­ca spadała w dół kamiennej otchłani taka masa wody, że czło­wiek, który nigdy tego z bliska nie widział, nie jest w stanie sobie tego naprawdę wyobrazić. Tysiące ton krystalicznego płynu wypływając z jeziora Erie w Kanadzie podążało pięćdziesięciokilometrowym korytem skalnym do położonego wie­le niżej jeziora Ontario po drugiej stronie granicy. W połowie mniej więcej drogę tę przecinał gigantyczny uskok zapew­niający swym istnieniem żywot kilku elektrowni wodnych oraz byt niezliczonych pensjonatów, kempingów, moteli i ho­telików w promieniu stu kilometrów na północ jak i połud­nie. Niagara! NIAGARA! N I A G A R A! Największe wod­ne widowisko świata! No, może wyłączając niesamowite spek­takle pękania i opadania w ocean kruszących się lodowców Ziemi Ognistej na południowym cyplu Argentyny. Z obra­mowanej metalowymi prętami galeryjki, ubrany w nieprze­makalny płaszcz z kapturem JG 235 patrzył jak urzeczony na hekatombę walącą się w topiel, iskrzącą się jak rozpylone w powietrzu diamenty zmieszane z krwistymi rubinami malowanymi promieniem zachodu. Tak mocno uchwycił się ba­riery, że aż zbielały mu kostki. Zdjął okulary i wczepiony w pręt wychylił się, jak mógł najdalej, by spojrzeć w kipiel buzującą pod swymi stopami. Jakby stał na chmurze zawie­szonej w białej pianie. Jakby zanurzył się w niebiańskim ete­rze a bogowie wlali w jego żyły ognisty ichor! Tak, tak! Za­iste był wybrańcem bogów. Przecież zaledwie dwa miesiące temu wydawało się, że nic już nie odmieni jego losu, nie wy­rwie go z szarej egzystencji zakamuflowanego emigranta — agenta, który, by wtopić się w otoczenie, musi bardziej uda­wać różne rzeczy niż każdy zwykły emigrant. Musi udawać, że wcale nie czuje się emigrantem, musi wciąż robić dobrą minę i uśmiechać się, łasić, przekonywać otoczenie, że jest bardziej amerykański niż cała Ameryka razem wzięta, że nie myśli o kraju, z którego przybył, inaczej jak tylko o przypad­kowym miejscu swego urodzenia, że jego ojczyzna jest tam, gdzie jego pieniądze, że nie wyznaje religii, którą wyznaje, albo że wyznaje ją, choć go w istocie nie obchodzi, że nie sza­nuje narodu nędzarzy, którzy zamiast pracować spychają swe niepowodzenia wynikłe z lenistwa na historyczne powikłania, albo że podziwia ten naród, co ważył się stawić czoła sowiec­kiemu smokowi pragnącemu pożreć alabastrową Europę. Mu­si tysiące razy opowiadać nieprawdziwą historię o tym, jak wsiadł na ponton i pożeglował do Szwecji, jak dobił do jej miododajnego brzegu i dorobił się pierwszych dziesięciu ty­sięcy dolarów, jak dosiadł srebrnoskrzydłowego rumaka Boeing 737, który go uwiózł prosto do raju, Klondike, edenu współ­czesności, do nieba zwanego Ameryką. Musi, musi, musi… Ileż razy modlił się w ciemnościach nocy, by wydarzyło się coś, co odmieni jego smutną egzystencję pariasa, choć dość bogatego, to jednak zawsze pariasa wśród wyniosłych kra­jowców nie mających za sobą przecież nawet 300 lat history­cznego bytu, w istocie niechętnych nowym przybyszom mimo pozorów otwartości, zamkniętych przed nimi, spychają­cych swoją obojętnością obcego przybysza na dno izolacji. Ileż poniżenia przeszedł! A teraz, teraz nagle wszystko się odmieniło. On, niepozorny, zakompleksiony i słaby, życiowy rozbitek z tamtej strony oceanu, Jan Kowalski — jeden z ty­sięcy Kowalskich jacy tam pozostali, Polaczek, o którym nie chcieli słyszeć zasłużeni politycznie rodacy-emigranci, ani miejscowe wyższe sfery biznesu, on lekceważony w swych rewolucyjnych koncepcjach społecznych, on zaledwie przy­padkowy agent SB czy KGB (sam już nie wiedział), agent, którym stał się, by móc uciec od nędzy polskiej — on, właś­nie On — ten pyłek na kosmicznym śmietniku zwanym Zie­mią miał dzisiaj do spełnienia najważniejszą rolę, jaką może sobie wyobrazić człowiek. Oto mógł zostać prezydentem w najbardziej obecnie centralnym, newralgicznym, po prostu najważniejszym (choć rozmiarami niewielkim) kraju tego świata, w samym pępku rozpalonej do białości Europy, tam gdzie ścierały się ze sobą w gigantycznym zmaganiu dwa młyńskie koła cywilizacji: Ameryka i ZSRR! I niech ktoś po­wie, że w tym nie ma boskiej interwencji, że to nie misja, że to nie posłanie naznaczone palcem Boga! To jest misja! I on, On został do niej boskim zrządzeniem wybrany, choć tak się od Boga dotychczas odżegnywał. On, Jan Kowalski, jedyny Kowalski z tak wielu.

Wzrok mu zapłonął, skronie pulsowały, a oczy zaszły mgłą. Drżał wpatrzony w mglisty wodny przestwór, w zapo­rę pyłu wzniesionego odbiciem z dna kipieli na wysokość kilkudziesięciu metrów, i byłby, być może, całkowicie zatopił się w swej wizji, w wewnętrznej ekstazie, która wessała go w niebotyczne rejony wyobraźni, gdyby nie cichy, spokojny głos usłyszany zza pleców:

— Może mnie pan poczęstować „camelem”?

Drgnął, przygasł, skurczył się i pochylił, jakby nagle ca­ła moc z niego wyparowała.

— Palę tylko „marlboro” — rzekł nie oglądając się za sie­bie.

—  Piętnastego września masz spotkanie w Moskwie, Roz­mowę. Dostaniesz fundusze.

—  W Moskwie?! Jak?… Przecież interesy… Tutaj, w Bo­liwii, Ekwadorze!…

—  Właśnie. Interesy. Za tydzień zgłosi się do ciebie czło­wiek z radzieckiej firmy handlowej, Metalchemexport. Pole­cisz z nim do Centrali i zawrzecie umowę   na   dostarczenie półfabrykatów do ZSRR. Elektronika to przyszłość. Po dwóch dniach znajdziesz się w Polsce. Już czas. Trzeba przeprowa­dzić rozmowy w sprawach organizacyjnych. Zrozumiałeś?

—  Tak — wyszeptał JG 235.

A więc zaczynało się! Jego godzina wybiła! Mylą się ci, którzy myślą, że można nim kręcić, jak się zechce i deptać jego osobowość! Wcieli w życie cały swój program, wszystkie koncepcje polityczne, które już dawno przemyślał. Nieważne jak się dochodzi do władzy, ważne by do niej dojść, a wte­dy…

*

Walczyk siedział z Kasią Okińczyc w dosyć pustawej sali re­stauracyjnej „Holidaya”, gdzie podano im całkiem niezłą ko­lację według oryginalnej północnochińskiej receptury. Była osławiona zupa z bambusa, hasu na przystawkę oraz kong tsao jang dzou — mięso jagnięcia duszone na czerwono w so­sie winnym. Sączył w zamyśleniu białe wino zastanawiając się nad zeznaniem Pikulskiego, pracownika DHN, Nie mógł zrozumieć, jak to się stało, że wcześniej nie przyszła mu do głowy droga ucieczki morderców poprzez podwórka i poses­ję Akademii Umiejętności.

Ten Pikulski, inżynierek elektronik, programista komputero­wy, samotnik i fanatyk gier matematycznych miał wiele szczęścia, że tamci go nie zauważyli. W zasadzie zawdzięczał życie krótkiemu momentowi niezdecydowania. Według jego relacji, dokładnie trzy minuty po dwudziestej, 26 lipca, z są­siedniego podwórka przez zamkniętą na kłódkę furtkę prze­szło na stronę PAU dwóch mężczyzn, którzy otwarli ją wytry­chem i tak samo zamknęli. Potrafił ich opisać dosyć szczegó­łowo jako że na zewnątrz było jeszcze jasno i dobrze ich za­pamiętał.

Wychodził do domu, kiedy przypomniał sobie o pli­kach wydruków i zeszycie, w którym przeprowadzał skompli­kowane analizy i rozwiązywał równania kolejnej wymyślonej przez siebie gry matematycznej. Pomyślał, że jeszcze raz do poduszki przejrzy te równania, bo nie chciały mu się zgo­dzić, mimo że ślęczał nad nimi całe popołudnie. Wewnątrz pomieszczeń DHN panował półmrok i obrócony plecami do okna zamierzał właśnie nacisnąć kontakt, kiedy usłyszał zgrzyt nieużywanej, zardzewiałej furtki. Zaraz potem zobaczył dwóch ludzi opuszczających sąsiednią posesję. Trudno mu było od­powiedzieć na pytanie, dlaczego powstrzymał się od zapale­nia światła. Najpierw ten dźwięk, potem zdziwienie, że tam­tędy można przejść. Mieszkał w Wieliczce, skąd przyjeżdżał do pracy codziennie pociągiem podmiejskim o 8.30 na Dwo­rzec Główny. Musiał okrążyć cały kwartał kamienic, by do­trzeć z Pijarskiej przez Świętego Jana i Świętego Marka do Sławkowskiej i stąd przez hall Muzeum Przyrodniczego do biura. Tą furtką byłoby znacznie bliżej. Potem uświadomił sobie, że próbował drogi tamtędy, ale furtka była zamknięta na kłódkę. Wydało mu się podejrzane, że tamci mają klucz i chyba dlatego zrezygnował z zapalenia światła w pomiesz­czeniu. Moment wahania ocalił mu życie. Walczyk nie wątpił, że gdyby tamci się zorientowali, zabiliby go z zimną krwią. Za­stanawiał się nad rysopisami otrzymanymi od Pikulskiego. Po pierwsze okazywało się, że zabójców było dwóch. Po dru­gie opis pierwszego zgadzał się z przedstawionym przez sta­rą Okińczycową. Różnice dotyczyły drobiazgów, lecz nie fio­letowego podkoszulka, wieku, wzrostu itp. Drugi zabójca, według Pikulskiego, miał drobną figurę, jasne włosy, a przy tym węźlastą budowę judoki, albo nawet kulomiota, jak się wyra­ził. Ubrany był na sportowo, lecz charakterystyczny szczegół stanowiły buty. Były to adidasy, lecz nie z tych przeciętnych, tanich, które można kupić wszędzie. To były buty ze specjal­ną pochłaniającą podeszwą, takie, za jakimi tęsknią amery­kańskie nastolatki i dla których gotowe są nawet popełnić ciężkie przestępstwo. Buty te kosztują 80—100 dolarów, na­wet więcej. Walk pomyślał, że taki świadek jak Pikulski to prawdziwy skarb, tyle że najczęściej ów skarb znika w taje­mniczych okolicznościach w przeddzień procesu. Kaseta z nagranym zeznaniem Pikulskiego spoczywała teraz w kieszeni inspektora i postanowił na razie nie dzielić się wiedzą o tym świadku z nikim. Umieści go w raporcie we właściwym czasie. Wtedy obejmą go ochroną aż do procesu. Czy to nie ten sam człowiek, drobny, wysportowany, piekiel­nie silny, karateka rozprawił się z dwoma Szwedami? Czy nie on przypadkiem strzelał do Walczyka z kałasznikowa? Zbliżał się czas przyciśnięcia Rzeźnika i Walczyk musiał czym prędzej znaleźć na tamtego haka. Obiecał sobie, że jutro nakręci kil­ku informatorów tutaj i w Warszawie. Może coś znajdą, albo już mają?

—  O czym myślisz? — zapytała nagle dziewczyna. W jej oczach było rozmarzenie, a w uśmiechu wiele obietnic i ocze­kiwań. Przez moment zapomniał o jej istnieniu.

—  Przepraszam — powiedział i uśmiechnął się najcieplej, jak potrafił. Kiedyś pewna dziewczyna prorokowała mu, że z takim uśmiechem daleko zajdzie, bo złamie nim każde nie­wieście serce. Na razie jej wróżba raczej się nie spełniła.

—  Czy te myśli mnie też dotyczą? — zapytała zalotnie.

— W pewnym stopniu.

Czekała, że może rozwinie swą myśl,  ale nie zamierzał najwyraźniej nic więcej dodawać do tej lakonicznej wypo­wiedzi. Milczeli.

—  Wypij — powiedział po chwili dopijając swój kieliszek i wstał. — Pójdę zapłacić. Zabieram cię do siebie. — Przez moment sondował jej twarz, ale, nim zdążyła zaprzeczyć, odwrócił się i odszedł.

Czuła się przy nim trochę jak uczennica na egzaminie, onieśmielona a zarazem pełna chęci, by jak najlepiej wypaść we wszystkim, w każdym drobiazgu, wypowiedzi, geście, spojrzeniu… Zupełnie przeciwnie niż przedtem, kiedy chciała go urazić. Nie pojmowała, co się z nią dzieje. Drażnił ją. Takich, którzy próbowali narzucać, co ma robić, gdzie teraz pójdzie, albo co zje, do tej pory spławiała błyskawicznie. A z nim? Czuła, że nie potrafi powiedzieć „nie”, chociaż wciąż jej roz­kazywał, a to czego żądał, tak jak przed chwilą, było wbrew jej wszelkim zasadom. Trudno tę kolację nazwać randką, a tamten pocałunek miłością! A jednak czuła, że drży, kiedy brał ją pod ramię wyprowadzając z restauracji, i z trudem panowała nad podnieceniem, kiedy jechali przez rozświetlone nocne miasto białym „polonezem” wypożyczonym przez Walczyka od komisarza Sędzikowicza — jego wóz po ostrzelaniu nie nada­wał się do użytku. Chciało jej się bez przerwy śmiać, coś ła­skotało ją w piersiach i żołądku i tylko siłą powstrzymywa­ła się od tego, lękając się, żeby jej nie wziął za idiotkę. Pro­wadził pewnie, od czasu do czasu rzucając na nią długie spoj­rzenie w bok, od kierownicy, i wtedy robiło jej się gorąco. „Mój Boże, to szaleństwo! Mamo ratuj! Chyba jestem zako­chana? I to bez pamięci! Do tego w glinie! Wariactwo!!!”, krzyczało coś w niej, a tymczasem na zewnątrz szczebiotała jak licealistka i wierciła się na siedzeniu.

„Nie! Dosyć! Spokój!”, skarciła się w duchu i wyprostowała, żeby łatwiej zapanować nad wewnętrznym chichotem i roze­drganiem nerwów.

—  Co się stało? — zapytał. — Wyglądasz, jakbyś kij poł­knęła, a to był tylko korzeń lotosu w occie. Cha, cha, cha! — Miał na myśli hasu podane na przystawkę.

Tylko sekundę trzymała się dzielnie po tej jego uwadze, ale gdy w pełni wybrzmiało w ciszy owo „cha, cha, cha” przypominające kaszel śmiertelnie chorej papugi kakadu, parsknęła tak nieopanowanym śmiechem, że popluła przy tym boczną szybę, a po chwili wiła się na siedzeniu i podło­dze, jakby ją ktoś kopał prądem.

—  No, no, ładnie się śmiejesz, ale zaraz wylądujemy na latarni, jak nie przestaniesz — zażartował.

—  Przepraszam — wykrztusiła trzymając się oburącz za brzuch. — Chyba musiałeś czegoś dosypać do wina. Ja na­prawdę zwykle się tak nie zachowuję. Wierzysz mi?

Powaga pytania podziałała z kolei na Walka jak szampan i zaczął chichotać swoim śmiechem kakadu, co wywołało tyl­ko sprzężenie zwrotne i w końcu oboje wijąc się jak węgo­rze wyrzucone na brzeg pokładali się ze śmiechu. Musiał za­hamować i trwało kawałek czasu, zanim się uspokoili.

—  Myślisz, że jestem szurnięta, prawda? — zapytała. Roz­capierzony orzeł z pomnika poległych lotników,  naprzeciw którego stali, rzucał w świetle księżyca potężny cień na jezd­nię i tory tramwaju.

—  Nie — rzekł całkiem poważnie. — Myślę, że jesteś bar­dzo piękna… — Patrząc głęboko w jej oczy wyciągnął dłoń do smukłej szyi i pogładził policzek dziewczyny. Spoważnia­ła i nagle ucichła. Przeszedł ją dreszcz. Przytuliła się do je­go mocnej dłoni i przymknęła oczy myśląc: „Boże, żeby on mnie nie skrzywdził, żeby nie rzucił po dzisiejszej nocy, że­by już został na zawsze…    albo choćby na chwilę,   miesiąc, dwa, pięć, kilka dni nawet…”.

Ruszył, a po chwili, kiedy parkował przed jednym z szere­gowych domów w alei Lenina przemianowanej na aleję So­lidarności, usłyszała:

— Tu mieszkam. Jesteśmy.

Od przekroczenia progu jego mieszkania była jak sparali­żowana i zahipnotyzowana. Ulegała, lecz coś się w niej jed­nocześnie buntowało. Była na siebie zła. Nie cierpiała słod­kich idiotek, które z cielęcym spojrzeniem, bezwolne, rozspazmowane pozwalają wyczyniać ze sobą facetom takie rze­czy, których się potem tylko wstydzą. Z drugiej strony wciąż powtarzała sobie, że to nie wstyd iść po pierwszej randce do łóżka, jeżeli się czuje coś takiego jak ona w tej chwili, że to zwyczajne zostać rozebraną, wykąpaną i wytartą, przeniesio­ną na rękach do pościeli, nasmarowaną olejkiem sandałowym, położoną w końcu na plecach, wycałowaną między nogami, wykochaną, zaspokojoną, obróconą brutalnie na brzuch, znów wykochaną ponad miarę. To zwyczajne, mówiła sobie, jeżeli się kocha brać męskość ukochanego do ust, pozwalać sobie ją wpychać w gardło niemal do zadławienia, i tolerować je­go wzmagający rozkosz palec tam, gdzie sama wstydziłaby się tego nazwać. Była niemal nieprzytomna ze zmęczenia, z wrażenia i czuła się upokorzona, a z drugiej strony odprę­żona jak nigdy dotąd i zwyczajnie szczęśliwa. To, co się sta­ło w mieszkaniu Walczyka, tak zdecydowanie odbiegało od jej wyobrażeń o subtelnej miłości, od schematu seksu między początkującymi kochankami, a przy tym było tak ekscytu­jące i rozkoszne, że poczuła się zupełnie wytrącona z równo­wagi i niezdolna do oceny. Chwilami była chińską cesarzową obsługiwaną przez uległego wasala, chwilami tatarską bran­ką gwałconą przez bezwzględnego esauła. Najbardziej wsty­dziła się przed sobą rozkoszy, jaką ten gwałt jej dawał, uczu­cia podległości, podporządkowania i uwielbienia dla dawcy owych skrajnych emocji, paskudnie dominującego samca, mę­skiego szowinisty, jakby go określiły jej wyzwolone koleżan­ki. Do dzisiejszej nocy miała się za taką samą jak one. Dziś z przerażeniem odkryła ,w sobie bierną niewolnicę i rozpust­ną dziwkę. Patrzyła na jego twarz w rozsłonecznionym po­ranku, oddychał spokojnie, głęboko, na ramiona, w które ją wczoraj brał, na usta, które nie wydawały się w swym rysun­ku wcale zawierać zwierzęcej żądzy doświadczonej nocą przez każdy jej nerw. Bunt w niej narastał. Nigdy nie czuła się tak pozbawiona woli i niezdolna do oporu. Nikt nie zapanował nad nią do tego stopnia. Przymknęła oczy wspomi­nając jego zniewalające dotknięcia.

Nagle zadzwonił tele­fon.

Ocknął się po trzecim dzwonku. Jego dłoń machinalnie namacała słuchawkę. Nie otwierając oczu powiedział:

— Walczyk. Słucham.

—  Podkomisarz Sędzikowicz. Przyszedł z Warszawy teleks w twojej sprawie. Odwołują cię. O ósmej masz być u szefa.

— Która jest teraz? — zapytał ziewając.

— Siódma.

—  Co powiedziałeś? Odwołują mnie?!

—   Mam przejąć twoje śledztwo.

Walk rozbudził się na dobre i aż usiadł z wrażenia.

— Odbierają mi śledztwo?!

— Minister spraw wewnętrznych cię potrzebuje. Jest tu podpis samego szefa UOP.

— Dziękuję — powiedział bezbarwnie Walk.

Tamten odłożył słuchawkę, a inspektor przez dłuższą chwilę myślał nad sensem usłyszanych słów.

—   Coś  się   stało?  —   wyszeptała. Dopiero teraz przypomniał sobie o niej.

—  Chyba tak. Tylko nie jestem pewien co — powiedział do siebie.

Potem uśmiechnął się obrzucając jej ciało wyciągnięte pod cienkim prześcieradłem łakomym spojrzeniem. Nagle otoczył ją ramieniem, przyciągnął do siebie, zaczął całować w usta, oczy, szyję, włosy, piersi, ramiona, łopatki, palce… Obracał ją na wszystkie strony jak kurczaka na rożnie. Wpełzał języ­kiem w każdy zakamarek. Czuła jak przyspiesza jej tętno i znów zapragnęła, by ją wypełnił. Wbrew temu co przed chwilą postanowiła, pozwoliła znowu się posiąść. Zdobywa­na krótkimi, gwałtownymi pchnięciami błyskawicznie stra­ciła kontrolę nad sobą i już po krótkim momencie wili się w szczytowej ekstazie rujnując prześcieradła i poduszki. Kie­dy skończył, wyrwał się z niej równie gwałtownie, jak wszedł powodując niemiły skurcz w dole brzucha. Zwinęła się w kłę­bek z dłonią między udami. Powoli wracała do przytomnoś­ci po tym szaleńczym wydarzeniu poranka, podczas gdy on rześki, jakby się nic nie stało, zerwał się z łóżka i pogwizdu­jąc odkręcił prysznic w łazience.

—  Zrób mi kawę! — rzucił wesoło   wychyliwszy   głowę przez otwarte drzwi.   —   Puszka jest w szafce nad gazem, a szklanki obok!

Nie poruszyła się. Otarła łzę z policzka. Postanowiła się nie ruszać. Nie będzie niczyją niewolnicą!

Po chwali był już umyty, ogolony i ubrany w białą ko­szulę i granatowe dżinsy. Rzucił okiem na nią i na kuchnię. Ich spojrzenia skrzyżowały się na ułamek, ale się nie odez­wał, tylko zapalił gaz, nalał wody do saganka, wyjął chleb, z lodówki masło, dżem aroniowy, umył dwa pomidory, po­krajał żółty ser w plasterki. Śledziła sprawność jego rąk i po­myślała, że musi być chyba lepszym kucharzem niż ona, kie­dy turkoczące ostrze noża krajało błyskawicznie cebulę do sałatki w drobną kosteczkę.

Dwie kawy, chleb z masłem ułożony w piramidę, sałatka z pomidorów i miseczka z dżemem wylądowały na tacy. Je­szcze cukiernica, łyżeczki, noże i już postawił to na stoliku obok łóżka, przyciągnął sobie fotel, włączył radio, był przy niej, nakładał plasterki sera na kromki i podawał jej do ręki.

— Chcesz śmietanki do kawy?

Patrzyła, jak pochłania wielkimi kęsami śniadanie, sama jedząc niewiele. Wreszcie odezwała się.

—  Dużo ich było przede mną? — Starała się spojrzeć mu w oczy, ale nie potrafiła tego nakazać powiekom spuszczonym płochliwie w dół.

—  Popełniłem błąd mówić ci wczoraj o tym Pikulskim. Zapomnij o nim i o wszystkim, co powiedziałem. To nie­bezpieczne, a mnie odbierają dochodzenie…  Wiesz…  Jesteś fantastyczna. — Ostatnie słowa powiedział zupełnie inaczej, miękko.

—  Każdej mówisz rano to samo?

—  Kasia Jeż dokądś zmierza — zaśmiał się. — Tylko do­kąd z tymi ostrymi różkami?

—  Bądź poważny. Czuję się okropnie — nagle łzy pocie­kły jej po policzkach. — Jak dziwka. Bezwolna, głupia dziw­ka,  która myśli tym,  co ma między nogami, a nie rozu­mem…

—  Kochana — rozczulił się nagle. Całował łzy  toczące się ku kącikom ust. — Wierz mi, że żadna nie może się z to­bą równać. Było mi z tobą bardzo dobrze. Rzadko tak bywa za pierwszym razem. Muszę już iść. — Sięgnął do kieszeni. — Tutaj są klucze. Wykąp się, prześpij, jeżeli chcesz. Porozma­wiamy po południu, dobrze? Zadzwonię do ciebie. Naprawdę nie mam już teraz czasu.

Pocałował ją i wyszedł nim kolejna fala buntu zdążyła w niej się na do dobre rozpalić. „Oto ten obcy przecież męż­czyzna arbitralnie ustalił jej porządek dnia! Ma po prostu czatować przy telefonie czekając, kiedy łaskawie zdecyduje się do niej odezwać, tak jakby nie mogła już mieć własnych planów na popołudnie czy wieczór”.

Wypiła łyk kawy i poszła do łazienki.

*

Bogdan Hunza odprężył się. Oparł głowę na rękach. Do­chodziła druga w nocy, a w jego mieszkaniu przy ulicy Piw­nicznej wciąż świeciło się światło. Normalnie z okna rozciągał się widok na jezioro Łukowo, linię kolejową i wylot ulicy Bohatyrksoj prowadzącej na Wyszgorod i Stare Petrowce, nad Jezioro Kijowskie, ale teraz w granat nocy wkradła się per­łowa szarość mgły podnoszącej się z Dniepru. Otulała okoli­cę niczym nieprzenikniony szal. Dał się słyszeć stłumiony zew jakiejś barki żeglującej rzeką przez niepewność nocy, a za­raz potem całkiem bliski, rytmiczny stukot wagonów towa­rowych i szczekanie psa. Hunza zaczerpnął haust powietrza i przymknął okno. Zrobiło się chłodno. Jeszcze raz pochylił się z soczewką powiększającą nad kliszą. Mikrofilm był po prostu rewelacyjny! Dżiryt dotarł z nim wczoraj rano. Dziś koło południa nadeszła wiadomość, że Iwaszko jest na swoim miejscu i zachowuje się normalnie. Co rano bywa na space­rze, potem na Łubiance, a stamtąd udaje się na Pionierską, gdzie w piętnastopiętrowym kolosie mieścił się Zarząd Admi­nistracyjny, Zarząd Personalny, Departament Finansowy, De­partament Zabezpieczenia zatrudniający strażników patrolu­jących biura KGB dniem i nocą, oraz najważniejszy, wypeł­niający swymi zasobami siedem podziemnych pięter Depar­tament Zapisów Operacyjnych i Archiwów. Jest to największa składnica wiedzy o KGB, najtajniejszej organizacji policyjno-wywiadowczej świata. Dysponuje centralnym spisem, w którym uwzględniono każdą teczkę operacyjną, wyszcze­gólniono punkt po punkcie całą jej zawartość, zapis dochodzeń i operacji, miejsce przechowywania oryginału i kopii, dane o każdym agencie i informatorze, znanych dysydentach i oso­bach podejrzanych, więźniach, byłych więźniach i zesłanych, obywatelach mających krewnych za granicą, lub takich co kiedyś tam byli, cudzoziemcach odwiedzających ZSRR, o każ­dym członku nomenklatury pełniącym odpowiedzialne funk­cje, lub pozbawionym już funkcji, a także akta więzienne i  procesowe od czasów Czeka aż po ostatni tydzień bieżącego roku. W tym to gmachu, w tej jakże pionierskiej instytucji umieszczonej chyba na zasadzie ironii przy ulicy Pionierskiej był zatrudniony  Mychajło Iwaszko i zjawiał się regularnie jak w zegarku także przez ostatnie dni. Kaukajtis nie stwier­dził w jego zachowaniu żadnych odchyleń, które mogłyby stanowić znak, że oto stał się już tylko bezwolną  przynętą ciągniętą na lince przez wszechpotężnego a niewidzialnego wędkarza. Hunza, który przez wiele dni przeżywał katusze niepewności, teraz zebrał się w sobie uspokojony.

Fragment aktywizowanej siatki KGB w Polsce obejmował dziesięć nazwisk. W większości nic mu one nie mówiły, ale kilka znał ze słyszenia. Był pewien, że jeden z tych ludzi to poseł na Sejm albo senator. Nie wątpił, że nazwiska z mikro­filmu więcej powiedzą ludziom z Solidarności. Za trzy dni wyjeżdżał do Warszawy na rewanżowe spotkanie z polskimi parlamentarzystami. Będzie to doskonała okazja, żeby poroz­mawiać, z kim trzeba i przedstawić im propozycję.

Nie zamierzał sam zabierać mikrofilmu, byłoby to zbyt ryzykowne, wpierw należało przygotować grunt. Sytuacja w Polsce była nie mniej skomplikowana niż tutaj, tylko z po­zoru wydawała się bardziej klarowna. Gdyby nie znał dobrze Marcina Korcza, to miałby nie lada problem, z kim się doga­dywać w tak delikatnej sprawie. Korcz był człowiekiem stu­procentowym i dobrze zorientowanym w podskórnych ukła­dach. Przy tym uchodził za zapiekłego antykomunistę, był czołowym działaczem jednego z pozaparlamentarnych odła­mów dawnego związku Solidarność obecnie oscylującego ku zwartej strukturze nieformalnej partii politycznej. W donieckim okresie działalności Hunzy spotykali się dwukrotnie we Lwowie, a ostatnio pół roku temu Korcz gościł w Kijowie jako zwyczajny turysta. Wypili przy tej okazji morze alko­holu wspominając z rozrzewnieniem dawne, o ileż prostsze czasy. Tak. Najlepiej byłoby powierzyć mikrofilm Korczowi i jego organizacji, tyle że Ukraina potrzebowała wsparcia ze strony rządu, a nie jakiejś pojedynczej partii. Zatem Korcz mógł być użyty wyłącznie jako pośrednik i Hunza miał na­dzieję, że się na to zgodzi. Nie był wplątany w żadne układy personalne w Sejmie, Senacie czy rządzie, nie miał też nic wspólnego z „okrągłym stołem”, który jego ugrupowanie od razu obwołało największym błędem politycznym ostatniego stulecia wychodząc z założenia, że nie pertraktuje się z kimś, kto już leży na łopatkach, i nie podnosi się go tym samym tylko po to, żeby stał, skoro o własnych siłach i tak stać nie może.

„Podpieranie trupa i tak go nie ożywi, mówił zwykle Korcz, tylko podzieli ludzi na tych, co próbują reanimacji, tych, co chcieliby dobić, i tych, którym los trupa jest obojęt­ny”. Korcz był także poza wszelkim podejrzeniem, jeśli chodzi o  powiązania z byłą SB, obecnym,  wciąż pełnym esbeków UOP czy KGB. Hunza bał się rozmawiać bezpośrednio z sze­fami UOP czy z ministrami rządu także dlatego, że jeśli oni, z jakichś powodów koniunkturalnych czy też ze względu na podpisane tajne porozumienia albo zobowiązania, nie wykażą zainteresowania mikrofilmem lub spróbują przekazaną infor­mację zablokować, nie będzie miał już odwrotu.

Korcz najlepiej się zorientuje, jak to z nimi jest, poza tym znajdzie takich ludzi w UOP i rządzie, którzy zrobią wszyst­ko, by nadać sprawie bieg, a nie blokować jej, i w końcu, gdyby przypadkiem stwierdził, że nie można liczyć na układ z aktualnymi władzami, ujawni treść mikrofilmu w prasie zbijając na tym swój własny kapitał, albo wykorzysta w inny sensowny sposób, dzięki któremu wysiłek i ryzyko włożone przez ludzi Ruchu w uzyskanie tajnej listy nie pójdą na mar­ne.

Bohdan Hunza zwinął mikrofilm, zapakował go w folię i  wstał. Odwrócił do góry nogami krzesło, na którym przed chwilą siedział i w wydrążenie schował zdobycz, po czym po­stawił krzesło przy stole. Przebrawszy się szybko w pidżamę wpełzł do łóżka.

Po chwili światło w jego oknie zgasło.

*

Walczyk wyłamywał nerwowo palce śledząc z napięciem przemieszczającego się po gabinecie szefa krakowskiej Dele­gatury UOP. Nie miał on wesołej miny i z regularnością wahadła krążył między biurkiem a drzwiami, jakby mu to mia­ło pomóc wyjść z sytuacji bez wyjścia.

— Nic nie poradzę. — Wzruszył jeszcze raz ramionami. —  Ma pan dodatkowe dwadzieścia cztery godziny na przekaza­nie sprawy i napisanie podsumowującego raportu. Próbowa­łem przekonać Ministra, ale stwierdził, że jest pan niezbędny w chwili obecnej w ich Wydziale Śledczym.

—  Cholera — zaklął Walczyk.   — Dwadzieścia cztery godziny to za mało. Jestem o krok od czegoś… — nie dokończył zda­nia, miał świadomość, że wykonanie owego kroku może rów­nie dobrze zająć jeden dzień jak i trzy miesiące. Nie było nad czym dyskutować.

—  Nikt poza nami dwoma nie był wtajemniczony we wszystkie szczegóły — powiedział szef zatrzymując wzrok na małym spiżowym popiersiu Józefa Piłsudskiego ustawionym na półce jednej z szaf. Parę miesięcy temu samo posiadanie takiego gadżetu przez urzędnika państwowego w jego biurze byłoby wystarczającym powodem do zwolnienia z wilczym biletem w kieszeni. — Co pan myśli o podkomisarzu Sędzikowiczu?

—  Ze starej gwardii. Nie dawałbym tego nikomu ze sta­rych. To ich bezpośrednio dotyczy. Jestem przekonany, że w zabójstwo są zamieszani ludzie z dawnego pionu „W”, „trój­ki” i „czwórki”. Ich nazwisk nie znajdziemy w archiwum, za to mają powiązania z kimś, kto nadal tutaj pracuje.

—  Sędzikowicz był użyteczny dla nas jeszcze przed osiemdzie­siątym ósmym. Komuś muszę zaufać.

Walczyk wstał.

—  Mam jedną prośbę, panie pułkowniku — powiedział do­bierając starannie słowa. — Chciałbym się nadal zajmować notatnikiem Grabież i być na bieżąco informowanym o po­stępach śledztwa. Spróbuję wrzucić szyfr na komputer. Bez­pieczniej zrobić to w Warszawie niż tutaj. Nie wiem czy coś wskóramy bez klucza, ale trzeba spróbować.

— Nic pan nie znalazł?

—  Niestety. Przetrząsnąłem dokładnie cały dom. Rozma­wiałem  z jej  najbliższymi  znajomymi i współpracownikami. Przez ostatnie tygodnie pracowała nad czymś, o czym nie chciała z nikim mówić. W rozmowie z jednym z redaktorów „.Dziennika Konserwatywnego” stwierdziła tylko, że to „bom­ba”. Jakoś musiała przecież zabezpieczyć te materiały. Gdzieś one są. Niech Sędzikowicz sprawdzi poste restante.  Skrytki  nie miała. To sposób stary jak świat, wysłać coś do samego sie­bie. Nie mamy do czynienia z zemstą. W każdym razie nie tylko. Intuicja mówi mi, że zabójstwo  ma związek raczej z jej nową, tajemniczą akcją. W notesie są zapisy świeższe niż pozostałe i one właśnie wyglądają najbardziej podejrza­nie. Gdyby choć część zapisów udało się rozszyfrować, mielibyśmy chyba większość nici. Chciałbym przycisnąć Adamczyka. W stanie wojennym jako milicjant ostro współpraco­wał z „trójką”. Zna wielu tajniaków i jakoś dziwnie depcze mi po piętach.

—  Dobrze Walczyk, ale bez nieformalnych metod. Stosunki z policją są napięte. Tylko czekają, żebyśmy pokazali, że je­steśmy tymi samymi wilkami o żelaznych kłach, tyle że te­raz w owczych skórach. Niech pan zrobi kopię notatnika i do­łączy do akt, tutaj u mnie.

—  Oczywiście — powiedział Walczyk kładąc rękę na klam­ce.

—  Ma pan moją zgodę   na tego Adamczyka, ale jak się zrobi szum, powiem, że o niczym    nie wiedziałem… — szef zawiesił głos i uśmiechnął się przepraszająco, po czym wy­ciągnął dłoń na pożegnanie. Walczyk uścisnął ją mocno.

—  Postaram się być delikatny — rzekł patrząc ze zrozu­mieniem w oczy swego zwierzchnika.

*

Roman Stawro w dobrej kondycji, naładowany energią po wyjściu z sauny wsiadł w swoją corollę i pojechał do cen­trum. Zaraz za zielonym gmachem Intraco dostał się w ko­rek. Sznur aut ciągnął nieprzerwanie, przetykany od czasu do czasu czerwonym koralem autobusu w chmurze czarnego dy­mu spalin. Na całej długości ulicy Nowotki światła były ze­psute. Mógł się tego spodziewać. Czy nie ma takiej godziny, psia krew, żeby nie cisnęli się jeden za drugim?! Wszędzie ich pełno, w sklepach, na przystankach, w kinach, poczekal­niach, na stacjach benzynowych, w bankach i parkach. Cho­lera! Wcisnął się na siłę między zderzak jakiegoś forda i nad­jeżdżającą gablotę. Taksiarz puścił mu wiązankę przez zam­knięte szyby pokazując na migi, co myśli o nim i jego corolli.

Kiedy dojechał do Domów Centrum skręcił do tunelu na Kniewskiego. Miał szczęście, tylko dwa razy objechał dooko­ła wyjazd z tunelu i za trzecim razem udało mu się zaparko­wać, chociaż o mały włos nie rozbił przy tym srebrzystego BMW, które w ostatniej chwili chciało zajechać mu drogę.

W stoisku z zabawkami na piętrze kupił model lamborghini do sklejenia, po chwili namysłu dorzucił jeszcze czekoladę płacąc za wszystko niewiele ponad sto tysięcy. W dużym lu­strze przy schodach skontrolował swoje odbicie. Zupełnie nieźle. Złapał się na tym, że zawsze, kiedy idzie do Haliny, zależy mu, żeby dobrze wypaść. „Zupełnie jakbym szedł na pierwszą randkę”, pomyślał. A przecież nie byli już ze sobą od ładnych paru lat. Co to może być? Boi się jej czy co?

W Orbisie na MDM jak zwykle kłębił się tłum, od które­go buchało spoconym gorącem. Na bilety lotnicze i miejsca w międzynarodowych pociągach od lat sezon trwał okrągły rok. Najprzebieglejsi kupcy nowożytnej Europy szykowali się do kolejnych podbojów. „Harcownicy”, myślał o nich cza­sem Lewatywa; prawdziwie cwani kupcy wiedzieli, że na­prawdę wielkie interesy robi się tu, na miejscu. Harcownicy i zające, jak on. Tyle że tym razem był wart tyle złota, ile sam ważył. Ostatni skok! Zaczerpnął powietrza i wszedł do środka.

Wspiął się na palce i poszukał wzrokiem ponad głowami tłumu znajomej czarnej czupryny. W końcu dostrzegł Hali­nę w jednej z kas. Dopchał się tam i zastukał kluczykami od samochodu w granitowy parapet oddzielający skłębioną czerń interesantów od kasjerki — jego byłej żony. Skinęła głową na znak, że go zauważyła. Skończyła wypisywanie biletu spo­conemu grubasowi w skórzanej kurtce, po czym zamknęła okienko i zniknęła. Pojawiła się za moment w drzwiach pro­wadzących na zaplecze. Roman cmoknął ją na przywitanie w policzek. Poczuł zapach tanich perfum.

—  Czołem kochanie, jak leci?

Podała kopertę w odpowiedzi.

—  Tu jest wszystko, o co ci chodziło   —    powiedziała chłodno.

—  Jesteś  niezawodna   —    zaszczebiotał i po raz drugi cmoknął ją w policzek. Czyżby zużyła już perfumy, które jej przywiózł z Rotterdamu?  „Równie dobrze, pomyślał, mogła je wylać do zlewu, z nią nigdy nie wiadomo”.

—  W przeciwieństwie do ciebie — powiedziała bez uśmie­chu. — Myślałam, że przyjdziesz dzisiaj. Maciek bardzo na to liczył.

Roman sięgnął do kieszeni i wyciągnął paczuszkę.

—  Nie zapomniałem. To dla niego. Ucałuj go i powiedz mu, że wpadnę zaraz, jak wrócę — powiedział starając się utrzymać pogodny ton.

—  Słuchaj, Roman, dobrze wiesz, że się nie wtrącam do twoich spraw, ale czy musisz…

—  …Muszę — przerwał jej ostro. — To bardzo ważne.

Schwyciła go za rękaw.

—  Do cholery, co może być tak ważnego, żeby nie mogło poczekać jeden dzień? — powiedziała gniewnie.

Rozumiał dobrze, o co jej chodzi, podejrzewała w wyjeździe kobietę. Znał Halinę nie od dziś. Delikatnie wziął ją za rękę i uwolnił kurtkę. Postanowił być zasadniczy.

—  Wiesz, że co roku jestem, ale tym razem nie mogę.

—  Ja mam to gdzieś, ale Maciek, Dla niego jest tylko je­den taki dzień w roku.

—  Zrozumie.

Kiedy wychodził, czuł na sobie jej spojrzenie. Po raz pier­wszy, odkąd się rozeszli, przyszło mu do głowy, że ona mi­mo wszystko wciąż go może kochać. Co się raz stało, to się podobno nigdy całkiem nie kończy. Ta myśl tak go zbulwer­sowała, że z trudem przypomniał sobie, gdzie zostawił samo­chód.

Obiad zjadł sam w restauracji Intraco; smacznie, wygo­dnie i niedaleko. Znajomy kelner obsługiwał go sprawnie.

—  Coś mocniejszego? — zapytał stawiając przed Roma­nem sznycel po wiedeńsku.

Roman pokręcił przecząco głową. Nie, nie, dziś tylko her­bata. Już dawno przekonał się, że największym wrogiem in­teresów jest nie w porę wypity alkohol.

Po obiedzie wrócił do mieszkania na Belgijską, rozebrał się i położył na chwilę. Wyłączył telefon i nastawił budzik na siedemnastą.

Przymknął oczy. Starał się rozproszyć wszystkie zbyt kon­kretne myśli na jakikolwiek temat, a już w żadnym razie nie myśleć na temat najbliższych kilkudziesięciu godzin. Tak postępował zawsze kiedy zbliżała się pora działania. Przez następne trzy dni i trzy noce nie spodziewał się spać zbyt wiele. Zanim usnął, pomyślał o Dance. Nagle zatęsknił do jej ciała, mlecznych piersi i białych jak śnieg ud, do zapachu włosów i pieprzyka pod łopatką, do jej pełnego podziwu spojrzenia i ciepłego uśmiechu zakłopotanej nastolatki. Cza­sami miał jej ochotę wszystko powiedzieć, ale droga, jaką wybrał, skazywała go na wieczną samotność. Milczenie. Cisza aż dzwoniła w uszach. Ujrzał ją w wyobraźni tak, jak zapa­miętał, kiedy ostatnio wychodził: leżącą w zmierzwionej po­ścieli jak kremowa róża na błękitnej tacy. „Zasługuje na coś lepszego niż ta klitka na Marszałkowskiej, wieczne ciułactwo i niedostatki”.

—  I ja też! — powiedział na głos. — Ja też, do cholery! wymamrotał.

Wyszarpnął spod poduszki wełnianą czapkę, nałożył ją na głowę, otwarł szeroko okno, ułożył się płasko i wywróciwszy gałki oczne do góry pod zaciśniętymi powiekami rozluźnił

wszystkie mięśnie. To był doskonały sposób. Zasnął nie wie­dząc kiedy kamiennym snem bez majaków.

Punktualnie o osiemnastej zatrzymał swoją corollę przy ulicy Zielonej na Sadybie, Przed białym piętrowym domem dyskretnie przysłoniętym żywopłotem ciągnącym się wzdłuż wysokiej siatki ogrodzenia. Niebo od strony Wisły pociem­niało zwiastując burzę. Lubił takie światło. Działało na jego wyobraźnię: tajemniczość, groza, niesamowitość nadciągającej ulewy.

Przeskoczył dziurę ziejącą w chodniku i nacisnął dzwo­nek. Gdzieś wewnątrz rozległ się niegłośny brzęczyk i furt­ka odskoczyła zapraszając do wejścia. Solidne, zdobne w dę­bowe kasetony drzwi otworzyły się i stanął w nich dyrek­tor Ryczyński. W świetle lampy nad drzwiami jego pucułowata twarz wydawała się lekko spocona, a rzadkie wło­sy przylizane bardziej niż zwykle. „Dobrze odżywiony świniak w srebrzystoszarym garniturze”, pomyślał o nim Ro­man.

— Lewatywa — przedstawił się lakonicznie.

Roman nigdy jeszcze nie był w tym domu. Z Drygałą spotykali się na mieście albo na Próżnej. Teraz wchodząc za gospodarzem do obszernego salonu rozejrzał się swoim zwy­czajem po ścianach. Kilka grafik nie najwyższego lotu, to wszystko co zobaczył. Natomiast na jednym z trzech skórza­nych foteli otaczających solidny dębowy stolik ujrzał siedzą­cego obok Drygały faceta w granatowej marynarce, który podniósł się na jego widok.

—  Poznajcie się panowie — powiedział    Drygała. — To Karat, pojedziecie razem — wyjaśnił, kiedy podali sobie rę­ce. — Można na niego liczyć  w każdej sytuacji.

Rusinek uśmiechnął się pokazując nienagannie białe zę­by. Nieco otyły olbrzym, lecz niewątpliwie wysportowany —  ocenił go Roman.  — Może trochę zniszczona alkoholem twarz, trochę zbyt martwe spojrzenie człowieka znużonego wykonywaną profesją. Glina?

— Ma pan broń? — zapytał.

Karat znowu pokazał zęby w uśmiechu i poklepał się wy­mownie po lewej stronie marynarki.

— Karat ma za sobą dwudziestoletnie doświadczenie w za­wodzie. Brał udział w najtrudniejszych robotach. Od trzech lat w spółkach detektywistycznych — pospieszył z wyjaśnie­niem Drygała. — Nie pierwszy raz pracuje z nami.

—  Ale ze mną pierwszy. Nie jest za stary? — zapytał zaczepnie Roman. Lubił sprawdzać innych na ostro, wzbudza­jąc agresję.

Karat zrobił ruch, jakby zamierzał wstać i przetrącić kark bezczelnemu gówniarzowi, który go lekceważył. Drygała po­wstrzymał go jednak.

— Nie tak ostro panowie — zwrócił się do Stawry. — Bez przepychanek. Macie ze sobą pracować.

Rozluźnili się.

—  Jesteśmy wszyscy gotowi? — zapytał Drygała.

—  Ja tak — wyrwał się Ryczyński. Od pierwszej chwili Romanowi nie podobał się ten facet. Był jakiś nerwowy, roz­biegany, jakby podszyty tchórzem. Udział takich ludzi w ryzykownych operacjach powinno się wykluczać. Dziwił  się Drygale, że bierze się za interesy z moskiewską mafią razem z takim dupkiem, podczas gdy już dawno temu, kiedy jesz­cze zwano go w cinkciarskich kręgach Barabaszem, uchodził za jednego z najtwardszych i najostrożniejszych. Widać miał jakieś powody. Pytające spojrzenie Barabasza zawisło na Le­watywie, a z nim wzrok pozostałych dwóch. Roman wyciąg­nął z kieszeni kopertę, którą dostał od Haliny i drugą z le­wymi papierami załatwionymi w Gdańsku i bez słowa poło­żył na stoliku. Karat uśmiechnął się i odsłonił spluwę pod lewą pachą. Było to olbrzymie magnum, z długą lufą, nie ża­dna atrapa i Roman miał pewność, że pociski w bębenku nie są zwyczajne. Nie wątpił, że Karat jednym strzałem mógłby z tego rozwalić słonia. Teraz z kolei wszystkie spojrzenia za­wisły na Ryczyńskim. Tamten nieco nerwowo otarł dłonie o spodnie i wstał. Pocił się.

—  Proszę za mną panowie — powiedział.

Przeszli do czegoś w rodzaju gabinetu. Roman zauważył kraty w oknach. Ryczyński otworzył szafę i wyciągnął z niej średnich rozmiarów szarą walizkę, sztywną, spłaszczoną i zaokrągloną na brzegach. Przypominała raczej kosmiczny bolid niż podróżny sakwojaż. Podniósł ją i położył na biurku pod oknem. Włożył kluczyk i przekręcił w zamku. Wieko odsko­czyło. Ich oczom ukazały się poukładane w równe rzędy pacz­ki studolarówek porządnie oklejone banderolami. Mimowol­nie umilkli wpatrzeni w tę niewiarygodną kupę forsy. Na­wet Drygała przełknął głośno ślinę na widok masy pienię­dzy, którymi obracał, i które zaryzykował w imieniu kilku osób chętnych do pomnożenia swoich zasobów niezbyt legal­ną drogą, jaką im zaproponował.

Ryczyński zatrzasnął wieko i przekręcił kluczyk po czym schował go do kieszonki na piersi. Roman pomyślał, że wypchany bolid to zegarowa bomba, której mechanizm już pu­szczono w ruch.

( … cdn)

Podziel się!