Nowoczesna „demokracja” – Artykuł cytowany z filmu na Youtube z komentarzami Rafała Kopko – Orlickiego

źródło: https://youtu.be/uONbFDWYvS

Tytuł z nagrania: „Efekt stada: Wielkie oszustwo demokracji w nowoczesnym społeczeństwie”

Inne źródło: https://www.youtube.com/watch?v=uONbFDWYvSY

[By ORLICKI:

Ten świetny tekstowo film, wart jest tak szerokiego upublicznienia, że postanowiłem przesłać go na najpopularniejszą witrynę narodowo-słowiańsko-wolnościową, za jaką uważam blog bialczynski.pl

Materiał ten, wymaga jednak licznych uwag, bo pewne rzeczy podaje nieprecyzyjnie oraz wytwarza poczucie beznadziejności. Jakby nic nie można było zrobić dla poprawy tej sytuacji. Lub też milcząco sugeruje, że ustroje niedemokratyczne, mogą być lepsze, bo rzekomo bardziej sprawne, merytoryczne, autorytatywne. A tak moim zdaniem nie jest, co właśnie wymaga takich uwag jakie w tym wstępie przedstawiam.

Moją główną, uwagą krytyczną do przedstawianego materiału, w morzu wartościowych tez z jakimi się zgadzam, jest nazywanie funkcjonujących obecnie na zachodzie ustrojów politycznych, demokracjami. W precyzyjnym nazewnictwie tych modeli ustrojowych, demokracjami przedstawicielskimi lub też parlamentarnymi, czy też parlamentarno – prezydenckimi lub monarchiami konstytucyjno-parlamentarnymi. To wszystko są jedynie triki medialne, mamienie społeczeństw, wielopokoleniowa operacja socjotechniczna państw zachodnich. Państw, które po wybuchu Rewolucji Francuskiej a następnie bolszewickiej, postanowiły ocalić elity zachodnie i ich dorobek materialny oraz jakieś resztki kultury lecz przede wszystkim kastową pozycję tych elit. Elity te, przejęły struktury rewolucyjne bez większych problemów, bo nie były one zbyt zgrane i jednolite w działaniu. W dużej mierze same kreowały rewolucje, dla uzyskania pozycji u władzy. Z tym, że na zachodzie Europy, uczyniły to częściowo dawne elity kulturowe, związane z dworem królewskim, monarchami, dobrze wykształcone. Na wschodzie, w Rosji, struktury robotniczo-żydowskie i wojskowe, jakie zainicjowały rewolucję, przejęte zostały głównie przez ludzi bardzo nisko wykształconych, pozbawionych wszelkiej etyki, niechętnych wobec przyrodzonych praw nacji rdzennych, brutalnych z natury ale sprytnych, znających naród rosyjski i obszary wpływu propagandowego z edukacji komunistycznej i francuskiej. Początkowo, bolszewickie elity rewolucyjne również posługiwały się jednostkami wybitnie inteligentnymi, wykształconymi, aby wkrótce je unicestwić po wyciśnięciu jak cytryny dla dobra rewolucji.

Warto też zauważyć, że parlamentaryzm demokratyczny był niezwykle silny w niektórych krajach europejskich, jeszcze przed objawieniem się krwawych rewolucji pseudo demokratycznych, na zachodzie i wschodzie Europy. Taki pokojowy parlamentaryzm, funkcjonował w największym państwie Europy, I-szej Rzeczypospolitej, już od 1505 roku, czyli od uchwalenia w Polsce koronnej, w Radomiu,  pierwszej ustawy ogólno-konstytucyjnej, a więc zespołu praw zasadniczych zwanych potocznie „Nihil Novi”, w jakiej zastrzeżono „nie uchwalanie niczego, na co przedstawiciele szlachty nie wyrażą zgody”. A przedstawiciele ci, byli zobowiązani jako posłowie, do reprezentowania woli sejmów ziemskich, czyli większości szlacheckich domów. Bo liberum veto jeszcze nie obowiązywało, aby jakaś mniejszość decydowała.

Odwrotnie niż dzisiaj, gdy są oni konstytucyjnie zwolnieni z takiego obowiązku i nie reprezentują woli swoich lokalnych wyborców, aby rzekomo móc reprezentować tylko wolę zbiorczą Narodu. O jakiej nieraz nie mają pojęcia, siedząc w tych swoich wyalienowanych z niej partiach na kolanach ich liderów.

Taki parlamentaryzm, obowiązywał również w Anglii, acz w zamordystycznym, dyktatorsko – królewskim wydaniu, rzekomo z woli Narodu, jako spadek po Cromwellu. Czy na Korsyce, jakiej stara demokracja mogła mieć wpływ na ukształtowanie poglądów pochodzącego z tej wyspy Napoleona.

Ta może nie pierwsza (bo była też demokracja plemienna, wiecowa, słowiańska, wcześniej podobna scytyjska, słabo opisane w przekazach historycznych, głównie pisarzy rzymskich i greckich), ale najlepiej znana demokracja starożytna, czyli helleńska (grecka),  tłumaczona jest dzisiaj jako termin pochodzący od „demo-kratos”, czyli rzekomo; „rządy ludu”. A nie jest to prawdą! Termin „kratos”, wywodzi się z Krety, która była potężnym, samodzielnym państwem. Jej nazwa Kreta/Kreteos, Kretia, Krateia i podobne, możliwe że pochodzenia Lachajskiego od Skryta, czyli odległa, ukryta, schowana w morzu, zaczęła oznaczać „państwo” jak i „silne państwo”. Termin „demos” oznaczał natomiast nie lud, jak się dzisiaj podaje, tylko „naród”. Kogoś, kto decyduje z racji swego uprawnienia rdzennego, jako Diemurg, Dzeus, niemal Bóg. Bo lud, cały ogól, to „ochlos”. Stąd „ochlokracja” ; to „rządy wszystkich”, czyli anarchia.  „Demos” oznaczało natomiast ów naród, w znaczeniu jego rdzennych mieszkańców, zwykle właścicieli ziemskich ale też i żołnierzy.

NIGDY NIE NALEŻELI DO NARODU GRECKIEGO CI, KTÓRZY BYLI POZBAWIENI OBOWIĄZKU OBRONY KRAJU! Podczas gdy obecne rozumienie Ludu, oznacza już wszystkich obywateli. W tym tych mianowanych przez prezydentów polskich, z innych narodów, do tej pory nie lubiących Polaków. Tak w Helladzie nie było. Niewolnicy, kobiety i cudzoziemcy, przeważnie też chłopi, nie mieli prawa wyborczego i ustawodawczego, czyli podstawowych praw do zarządzania państwem! Oba terminy, „Demos” i „Kratos”, w połączeniu, oznaczały więc „państwo – narodu” ale też i „silny – naród” w zależności od przekazu/kontekstu, tyle że czytane w j.polskim odwrotnie bo mamy inny układ gramatyczny wyrazów. A nie jakąś „władzę ludu/wszystkich obywateli”.

Kiedy państwo jest państwem narodu rdzennego? Wtedy, kiedy naród ten, ma prawo, posiada realną możliwość rządzenia swoim państwem. Bo realne rządzenie, polega na rządach, czyli ustanawianiu porządku prawnego, dawniej obyczaju, jak układaniu rzędów zboża. Tylko wtedy jakakolwiek własność należy do kogoś, kiedy jej właściciel formalny nią realnie dysponuje, nią rozporządza.

Kiedy następuje takie rządzenie państwem?

Wówczas, gdy ktoś wydaje prawa/ustawy kierujące funkcjonowaniem tego państwa. Jeśli tym kimś jest Naród rdzenny danej ziemi, to właśnie ten Naród rządzi swoim państwem. A więc państwo to jest jego własnością i jest poddane jego woli bezpośredniej. Wola bezpośrednia, nie oznacza, że Naród ten stale zajmuje się sprawami swojego państwa. Nie. On ma od tego swoich zarządców, czyli za-rząd-ców, zastępujących rząd prawowity, tenże naród. Taki Naród, wcale nie musi decydować o wszystkim, tylko o tym, co uzna za ważne dla konieczności uruchomienia głosowania i podjęcia wielkiej, wspólnej decyzji. Wówczas, Hellenowie udawali się na miejsce  w mieście, zwykle na jakimś wzgórzu,(Aeropag, jak nasz wiecowy Wa-biel/Wawel; ta – biel; biała skała wiecowa) aby tam w danej sprawie głosować. Od spraw mniejszych, mieli różne formy swoich zarządów, zmieniane, wybierane powszechnie i często z uznaniem zasług rodów szlacheckich, też formy partii.   Każdą sprawę uchwaloną przez Naród, czyli rdzennych mieszkańców, zawsze mogli uprawnieni z racji należenia do Narodu  wyborcy, zmienić, cofnąć, władze wymienić. W praktykowaniu takich zasad rządzenia krainami greckimi, miastami państwami, Hellenowie popełniali wiele błędów, nieraz paskudnych etycznie, jak prześladowanie Pitagorasa (po grecku; Pythagóras; mądrości – góra; bo Pythia to bogini wiedzy, mądrości, wieloznaczności, przyszłości), czy skazanie na otrucie cykutą przez wymuszone samobójstwo Sokratesa.

Podsumowując, ustroje oparte na władzy przedstawicielskiej, choćby wybieranej w uczciwych wyborach, nie są żadną demokracją! Nie stanowią w najmniejszym stopniu jakiejkolwiek odmiany systemu politycznego opartego na demokracji! Bo nie sam fakt wybrania tych przedstawicieli, lecz zachowana dalej władza zwierzchnia, suwerena narodowego, polegająca na możliwości cofnięcia każdego pełnomocnictwa wyborczego czyli odwołania posła w miejscu jego wybrania, jak też możliwość cofnięcia każdej ustawy lub uchwalenia ustawy dowolnej, świadczy o zachowaniu realnego władztwa owego Suwerena.

Każdy władca, w tym naród rdzenny tym bardziej, każdy wnioskodawca procesowy, może cofnąć swoje pełnomocnictwo w każdej chwili. Kiedy uzna, że zostało złamane lub pełnomocnik, taki jak poseł, prawnik czy inny, się nie stara. Władztwo to, nigdy nie wygasa, nawet okresowo. Nie zastępują go żadni przedstawiciele, powołani do zarządzania, do wybierania kolejnych struktur zarządczych kraju, do uchwalania praw jakimi Suweren nie chce się zajmować, bo np. sam stwierdzi, że nie ma o nich pojęcia do ich rozstrzygania, lub za małą wiedzę specjalistyczną.

Posłów I-wszej Rzeczypospolitej można było na każdym sejmie ziemskim /okręgowym odwołać. Dzisiaj ani ich odwołać nie można, ani takich sejmów sprawozdawczych nie ma. Sprawozdania z pracy posłów są przedstawiane na ich wewnętrznych wiecach partyjnych. Partie, stały się świetnym narzędziem do promowania i udawania demokracji. Partie skupiają władzę partyjną w rękach nielicznych liderów, korumpowanych przez korporacje, zewnętrzne lub wewnętrzne agentury, inne państwa, lub partyjne grupy interesów. Kontrola Narodu suwerennego, tego rdzennego, nad partiami do jakich Naród ten zwykle nie należy, w jakich nie ma głosu, jest żadna! W ten sposób, system partyjny istniejący niegdyś zupełnie obok demokracji dawnej jak w I-wszej Rzeczypospolitej, wyrażający odmienne zdanie grupy Narodu, przemieniono w Polsce i zachodnich państwach w system władzy przedstawicielskiej.

W I-wszej Rzeczypospolitej, stronnictwa, czyli partie, nie decydowały o niczym bez głosu większości, w tym spoza innych partii. Nie było list partyjnych. Ale było już przekupywanie przez magnatów, popierających lub tworzących dawne partie. Te doświadczenia, pomogły zachodowi Europy na wykształcenie systemu partyjnego w rękach możnych, elit władzy i kapitału, pozorującego demokrację. Nie ma on jednak z nią kompletnie nic wspólnego.

Głównym więc błędem niniejszego wykładu z YouTube, jest nazywanie nowoczesną „demokracją” czegoś, co nią zupełnie nie jest.

To taka korwinowska i często konfederacyjna czy też braunowska mowa ubliżająca celowo demokracji, szykująca nas na jakieś kolejne rządy autorytarne, zamiast na demokrację prawdziwą. Pomijam już zupełnie, fakt, że Lewica, pseudo liberałowie z PO/KO, PSL, PiS, podobnie nie szanują demokracji prawdziwej i do niej nie zmierzają. Ich władza, jest celowo zaplanowanym przez antydemokratę gen. C. Kiszczaka i cały zespół specjalistów służb komunistycznych z rodowodem rosyjskim, bolszewika żydowskiego pochodzenia o polskim obywatelstwie, wiernego agenta Moskwy donoszącego na Kreml do końca stanu wojennego, żeby utrzymać władzę w rękach przeciwnych rozwojowi Polski narodowej, opartej na żywiole rdzennym, wieloetnicznym lecz zasymilowanym etnosowo i etosowo w polskości, w tym staro-historycznej. Bo taka Polska, przyniosłaby rozwiązania maksymalnie wrogie ideologii komunistycznej, żydowskiej dominacji politycznej przyniesionej na bagnetach moskiewskich i teczkach korporacyjnych.

Jest w Polsce do dzisiaj, ta sfera obywateli, potwornie obawiająca się patriotyczności narodowej, wyzywająca narodowców od nacjonalistów jakby było w tym coś złego. Jakby było to słowo na N tym samym co nazizm.  To gra, teatr, operacja socjotechniczna o jakiej jest mowa w tym materiale. Partie doskonale służą temu zadaniu, bo generują pozorną, zaciekłą walkę między sobą, dzielą Polaków, uniemożliwiają im współdziałanie, tworzenie reform państwa. Szybkich bo w zgodzie i mądrych, ponadpartyjnych. A podziały służą osłabianiu Polski, wciskaniu jej w tryby sił obcych, ciągle mocniejszych dzięki naszej słabości, decydujących przez to o Nas.

Demokracja bezpośrednia, ta jedyna prawdziwa demokracja, przekreśla rządy partyjne, używając partii tylko pomocniczo do zadań inicjatywnych, kontrolnych, oceny konkurencji politycznej, instalacji konsensualnych zespołów zarządzających krajem, zarządczych ale nie rządzących.   Tego wszystkiego nie czyni tzw.”demokracja przedstawicielska” jaką jest obecny ustrój partyjny, a raczej partyjniacki. W którym jego liderom i członkom partii, chodzi wyłącznie o byt, poziom życia, czyli kasę i trwałe zatrudnienie przy tym korycie. Z naprawdę nielicznymi wyjątkami! ]

***

Artykuł: Efekt stada: Wielkie oszustwo demokracji we współczesnym społeczeństwie

Nowoczesna demokracja funkcjonuje w oparciu o fundamentalną sprzeczność, której nikt nie odważa się nazwać. Obiecuje wolność, działając jednocześnie jako najbardziej wyrafinowany mechanizm kontroli, jaki kiedykolwiek wynaleziono. To nie jest wada systemu. To system sam w sobie, działający dokładnie tak, jak został zaprojektowany

Podczas gdy obywatel wierzy, że sprawuje władzę poprzez głosowanie, jedynie uprawomocnia decyzje podjęte na długo przed jego udziałem. Urna wyborcza nie wybiera władców. Ona zatwierdza wcześniejszą selekcję. Prawdziwa władza nigdy nie była stawką w tej grze. To, co nazywasz demokracją, jest w rzeczywistości najskuteczniejszą administracją zbiorowej zgody. A najstraszniejsze jest to, że działa ona właśnie dlatego, że wszyscy wierzą, iż są wolni

Nietzsche ostrzegał, że przekonania są więzieniami, i to jest dokładnie to, co demokracja produkuje na skalę przemysłową. Przekonania o wolności, które więzią skuteczniej niż jakikolwiek widzialny łańcuch.

System nie potrzebuje już tyranów. Stworzył coś znacznie potężniejszego: iluzję, że tyran w ogóle nie istnieje.

Nowoczesna demokracja sprzedaje ideę wolności, po cichu dyktując dostępne opcje. Obywatel wierzy, że wybiera, ale jedynie selekcjonuje spośród alternatyw uprzednio zatwierdzonych przez władzę. Poczucie kontroli jest najskuteczniejszą sztuczką dominacji.

Przyjrzyj się teatrowi wyborczemu. Nawet zanim zdecydujesz o swoim głosie, niewidzialny filtr wyeliminował już wszystkie naprawdę transformacyjne opcje. To, co trafia do urny, to nie najlepsze pomysły czy najmądrzejsi liderzy. To ci, którzy przeszli przez sito systemu finansowego, ustalonych instytucji i strażników obecnego porządku. Selekcja odbywa się na długo przed wyborami. Kiedy w końcu głosujesz, wybierasz tylko między wariacjami tej samej, wstępnie zatwierdzonej opcji.

Pomyśl, ile kosztuje nowoczesna kampania wyborcza – czasem miliardy. Kto finansuje ten spektakl? A co ważniejsze: każdy, kto nie może go sfinansować, jest automatycznie wykluczony z konkurencji. Demokracja rodzi się więc z barierą wejścia, która eliminuje każdego kandydata bez poparcia ustalonych potęg ekonomicznych. Nie wybierasz spośród wszystkich możliwości. Wybierasz spośród możliwości, którym pieniądze pozwoliły do ciebie dotrzeć. Polityczna wolna wola jest wykonywana w ramach starannie zredagowanego menu.

Ale iluzja sięga głębiej niż finanse. Istnieje cała struktura, która określa, kto jest „wybieralny”, a kto zbyt radykalny. Media definiują, którzy kandydaci zasługują na relacje, a którzy zostaną zignorowani. Sondaże tworzą samospełniające się przepowiednie. Kto wypada słabo w sondażach, otrzymuje mniej uwagi, mniej darowizn i potwierdza porażkę, która została ogłoszona.

System nie musi zakazywać kandydatów. Po prostu czyni jednych niewidzialnymi, a innych nieuniknionymi.


A gdy jakaś autentycznie przełomowa opcja grozi przebiciem się przez blokadę, system uruchamia mechanizmy obronne. Skandale są nagłaśniane. Wypowiedzi zniekształcane. Kandydat jest zmuszony tracić energię na obronę siebie zamiast prezentować swoje propozycje. Jeśli nadal trwa, nadchodzi faza ostateczna: kooptacja. Outsider zostaje wchłonięty, udomowiony, przekształcony w kolejny element gry.

Schopenhauer zauważył, że każda prawda przechodzi przez trzy etapy. Najpierw jest wyśmiewana, potem gwałtownie zwalczana, a na końcu akceptowana jako oczywistość. Nowoczesna demokracja dodała czwarty etap. Po zaakceptowaniu, prawda jest neutralizowana poprzez włączenie jej do systemu, który zamierzała zmienić. Wynik jest taki, że głosujesz na „tak”. Czy uczestniczysz? Tak. Ale twój udział odbywa się według scenariusza napisanego przez innych. Margines manewru jest wąski. Prawdziwe opcje są ograniczone. A najokrutniejsza część: odchodzisz od urny z poczuciem skorzystania ze swojej wolności.

Demokracja nie wyeliminowała manipulacji. Udoskonaliła ją do punktu, w którym stała się niewidzialna. Więzień, który nie dostrzega krat, jest więźniem idealnym. A system, który przekonuje zdominowanych, że są wolni, osiągnął dominację absolutną.

Prawdziwa siła demokracji nie leży w ludzie, ale w przewidywalnym zachowaniu masy. System nauczył się manipulować pragnieniem przynależności, a ktokolwiek nie myśli jak grupa, otrzymuje etykietę, jest „anulowany” (canceled) lub uciszany. Strach przed wykluczeniem to nowy bat posłuszeństwa. Demokracja odkryła coś, czego starożytne tyranie nigdy w pełni nie opanowały: jak sprawić, by stado samo się pilnowało.

Nie trzeba już strażnika na każdym rogu, gdy obywatele sami obserwują się nawzajem, karząc każde odchylenie od zatwierdzonej narracji. Efekt stada działa, ponieważ dotyka czegoś prymitywnego w ludzkiej naturze: terroru wykluczenia społecznego. Przez tysiąclecia ewolucji wydalenie z grupy oznaczało śmierć. Nasz mózg wciąż nosi ten atawistyczny lęk. Nowoczesna demokracja zmieniła ten instynkt w broń. Nie musi więzić dysydentów. Po prostu izoluje ich społecznie. Cyfrowy ostracyzm jest skuteczniejszy niż jakiekolwiek fizyczne więzienie.

Kiedy ktoś wyraża opinię poza wyprodukowanym konsensusem, to nie państwo go ucisza. Robią to jego właśni rówieśnicy, koledzy, czasem nawet rodzina. Kara nadchodzi ze wszystkich stron, rozproszona i nieustępliwa. Obserwuj, jak działają fale zbiorowego oburzenia. Wybiera się sprawę jako „pilną”. Sieci społecznościowe błyskawicznie wzmacniają przekaz. Brak poparcia dla tej konkretnej sprawy staje się nieakceptowalny. Kto ją kwestionuje, nie jest postrzegany jako ktoś myślący inaczej. Jest postrzegany jako moralnie zepsuty, niebezpieczny, zasługujący na eliminację z życia społecznego.

Racjonalna debata zostaje zastąpiona moralnym etykietowaniem. Jesteś po stronie dobra albo po stronie zła. A strona dobra to zawsze ta, którą w danym momencie wyznaczyła hałaśliwa większość. Ale tu jest haczyk. Ta hałaśliwa większość rzadko jest prawdziwą większością. To dobrze zorganizowane grupy, wzmacniane przez algorytmy i media, które tworzą wrażenie powszechnego konsensusu. Przeciętny człowiek, widząc tę pozorną jednomyślność, milknie. Może mieć wątpliwości, może się nie zgadzać, ale strach przed byciem jedynym odmieńcem go paraliżuje. I tak milczenie prawdziwej większości jest interpretowane jako zgoda. Konsensus jest produkowany nie przez perswazję mas, ale przez uciszanie tych, którzy się nie zgadzają.

Dietrich Bonhoeffer zdał sobie sprawę, że sprawdzianem moralności społeczeństwa jest to, co robi ono dla tych, którzy nie mają głosu. Nowoczesna demokracja odwróciła to. Produkuje iluzję, że każdy ma głos, systematycznie uciszając każdego, kto odważy się go użyć poza dozwolonym scenariuszem. Stado nie pyta, dokąd jest prowadzone, ponieważ pytania oznaczałyby odłączenie się od stada. A odłączenie aktywuje wszystkie alarmy przetrwania społecznego. Wynikiem jest populacja, która stosuje autocenzurę, zanim jakakolwiek cenzura zewnętrzna stanie się konieczna.

Ludzie uczą się, które opinie są akceptowalne, które tematy są tabu, których pytań nie należy zadawać. Ta nauka nie płynie z żadnego jawnego prawa. Płynie z obserwacji tego, kto został zniszczony za odwagę przekroczenia granic. Demokracja stworzyła społeczny panoptykon, gdzie każdy obserwuje każdego, a strach przed byciem kolejnym celem utrzymuje jednostkę w niewidzialnych granicach dozwolonej myśli.

Nie trzeba już kontrolować tego, co ludzie myślą. Wystarczy kontrolować to, co odważą się wyrazić. A gdy ekspresja jest kontrolowana, myśl w końcu się dostosowuje.

Przestrzeń polityczna stała się sceną dla próżności, gdzie argument przegrywa z charyzmą, a prawda jest kształtowana przez emocje. Wyborca nie szuka już mądrości, szuka rozrywki. I podczas gdy polityka staje się show, system rządzi za kulisami. Przekształcenie polityki w spektakl nie jest błędem (bugiem) nowoczesnej demokracji. Jest jej najistotniejszą cechą, ponieważ zabawiany lud nie rządzi. A lud, który ogląda, nie jest suwerenem. Jest publicznością.

Przeanalizuj strukturę współczesnej debaty politycznej. Nie ma czasu na rozwijanie złożonych idei. To jednominutowe fragmenty, dwa „sound bite’y”, szybka riposta. Format nie pozwala na głębokie myślenie. Nagradza szybki refleks, mocne frazy, emocjonalne kontrataki. Oceniana nie jest zdolność do rządzenia. Oceniana jest zdolność do występowania. Polityk stał się artystą estradowym, który okazjonalnie podejmuje decyzje o życiu publicznym.

Sieci społecznościowe zintensyfikowały to zjawisko wykładniczo. 15-sekundowe wideo może zdefiniować wybory. Fraza wyrwana z kontekstu może zniszczyć karierę. Głębia została zastąpiona przez wiralowość. Mądry polityk, który myśli, zanim powie, jest na stałej straconej pozycji wobec polityka impulsywnego, który wie, jak generować nagłówki. Demokracja nagradza nie tych, którzy mają najlepsze rozwiązania, ale tych, którzy najlepiej potrafią utrzymać uwagę publiczną.

A publiczność nauczyła się konsumować politykę tak, jak konsumuje każdą inną rozrywkę. Ludzie wybierają swoich kandydatów tak, jak wybierają drużyny piłkarskie. Nie poprzez racjonalną analizę propozycji, ale przez emocjonalną identyfikację, przez plemienność, przez poczucie przynależności. Debata idei została zastąpiona wojną kibiców. Każda strona ma swoich idoli, swoich złoczyńców, swoje heroiczne narracje i – jak kibice – wyborcy bronią swojej drużyny bez względu na wyniki, sprzeczności czy dowody

W międzyczasie prawdziwe decyzje zapadają z dala od świateł jupiterów. Podczas gdy cyrk wyborczy monopolizuje uwagę publiczną, struktury władzy działają w mroku. Skomplikowane ustawy są zatwierdzane bez debaty. Zasoby publiczne są kierowane bez przejrzystości. Umowy są zawierane w zamkniętych pokojach. Spektakl polityczny służy jako doskonałe odwrócenie uwagi. Wszyscy są zajęci dyskutowaniem o najnowszej kontrowersji, najnowszym skandalu, najnowszej bombastycznej wypowiedzi. Nikt nie zwraca uwagi na to, co naprawdę ma znaczenie.

Nietzsche stwierdził, że nie ma faktów, są tylko interpretacje. Demokracja spektaklu doprowadziła to do ekstremum. Odkryła, że nawet interpretacje nie mają znaczenia, jeśli spektakl jest wystarczająco wciągający. Prawda stała się nieistotna. Liczy się najbardziej przekonująca narracja, najbardziej uderzający występ, najintensywniejsza emocja. Kłamiący, ale charyzmatyczny polityk wygrywa z uczciwym, ale nudnym politykiem. A system im dziękuje, ponieważ politycy, którzy bawią, to politycy, którzy nie zagrażają realnym strukturom władzy.

Wynikiem jest demokracja, w której forma całkowicie pożarła treść, gdzie wizerunek zastępuje substancję, gdzie performatywny gest jest warty więcej niż skuteczne działanie. Przeciętny obywatel potrafi zacytować najnowszą kontrowersję z udziałem dowolnego polityka, ale nie potrafi wymienić ani jednej ustawy zatwierdzonej w ostatnim roku. Wiedzą, kto się z kim pokłócił, kto co powiedział, kto wygenerował jaki mem. Ale co do decyzji, które wpływają na ich prawdziwe życie, pozostają w ignorancji. I dopóki pozostają zabawiani i nieświadomi, system nadal działa dokładnie tak, jak zawsze działał.

Sieci medialne i edukacja kształtują myśl publiczną z chirurgiczną precyzją. Idee są zaszczepiane, niezgoda jest programowana, a chaos służy do uzasadnienia kontroli. Wolność słowa istnieje tak długo, jak długo wyrażane jest to, co dozwolone. Fabrykacja konsensusu to niewidzialna sztuka, która podtrzymuje nowoczesną demokrację. To nie spisek. To inżynieria społeczna działająca w biały dzień, ale tak subtelnie, że wydaje się naturalna

Zacznij od edukacji. Obserwuj, czego uczy się w szkołach i na uniwersytetach. Nie tylko konkretnych treści, ale metodologii, sposobu myślenia, który jest kultywowany. System edukacyjny nie uczy przede wszystkim wiedzy. Uczy konformizmu. Trenuje całe pokolenia do akceptowania autorytetu, do niekwestionowania ustalonych narracji, do szukania aprobaty zamiast prawdy. Zbuntowany uczeń jest karany. Posłuszny uczeń jest nagradzany. Po latach takiego warunkowania obywatel wychodzi gotowy do akceptowania oficjalnych prawd bez żądania dowodów.

Media kontynuują pracę, którą zaczęła edukacja. Ale nowoczesne media są bardziej wyrafinowane niż tradycyjna propaganda. Nie muszą kłamać w żywe oczy. Manipulują poprzez selekcję: które historie otrzymują pokrycie, które są ignorowane, jaki kontekst jest zapewniony, jacy eksperci są przepytywani. Prawda może być obecna w każdym pojedynczym zdaniu, ale ogólna narracja jest starannie konstruowana poprzez dobór treści. Publiczność otrzymuje fakty, ale tylko te fakty, które służą określonej konkluzji.

A potem przychodzą media społecznościowe, które wydają się demokratyzować informację, ale w rzeczywistości koncentrują jeszcze większą kontrolę. Algorytmy decydują o tym, co widzisz. Uczą się twoich uprzedzeń i wzmacniają je. Tworzą bańki, w których wszyscy się zgadzają, dając iluzję powszechnego konsensusu. Myślisz, że widzisz rzeczywistość, ale widzisz tylko wersję rzeczywistości, którą algorytm postanowił ci pokazać. A algorytm nie został zaprogramowany, by ujawniać prawdy. Został zaprogramowany, by maksymalizować zaangażowanie, co oznacza wzmacnianie twoich istniejących przekonań i generowanie oburzenia, które trzyma cię w sieci.

Ale prawdziwe mistrzostwo polega na fabrykowaniu nie tylko opinii, ale także jej kontrolowanej opozycji. System nie potrzebuje, by wszyscy myśleli tak samo. Potrzebuje, by wszyscy myśleli w pewnych granicach. Tworzy więc fałszywe debaty. Ustanawia dozwolone bieguny dyskusji. Możesz wybrać między pozycją A a pozycją B. I między tymi pozycjami toczy się ogromna debata i konflikt. Ale pozycja C, która kwestionuje założenia obu, nigdy nie wchodzi do dyskusji. Granice akceptowalnej debaty są starannie patrolowane.

Schopenhauer pisał, że prawda przechodzi trzy etapy: wyśmiewanie, brutalny sprzeciw, akceptacja. Ale nie przewidział czwartego etapu dodanego przez nowoczesną demokrację. Po zaakceptowaniu prawda jest zniekształcana, aż stanie się nierozpoznawalna, przekształcona w narzędzie tego samego systemu, który pierwotnie potępiała. Rewolucje są kooptowane. Dysydenci są udomawiani. Opór jest wchłaniany i komercjalizowany.

Chaos również służy systemowi. Kiedy pojawia się wiele sprzecznych narracji, kiedy nikt już nie wie, w co wierzyć, wynikiem nie jest wyzwolenie. Jest nim paraliż. Zdezorientowany obywatel wycofuje się z udziału w polityce lub lgnie jeszcze mocniej do ustalonych autorytetów. Chaos informacyjny nie osłabia władzy. On ją legitymizuje. Im bardziej chaotyczna sytuacja, tym bardziej ludzie wołają o porządek i o tego, kto ten porządek zapewni – ten sam system, który wyhodował chaos.

Fabrykacja konsensusu działa, ponieważ większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że jest on fabrykowany. Szczerze wierzą, że ich opinie są ich własnymi. Że doszli do tych wniosków poprzez niezależne rozumowanie. Że myślą wolnie – i być może tak jest. Ale myślą wolnie na starannie przygotowanym terenie, gdzie nasiona pewnych idei zasiano dawno temu, a inne idee wykorzeniono, zanim w ogóle wykiełkowały. Wolność myśli istnieje, ale ogród, w którym ta myśl rośnie, został zaprojektowany przez innych

Głos tłumu jest celebrowany jako suwerenny. Ale większość jest kształtowana przez propagandę, nie przez refleksję. To, co rządzi, to nie ludzie. To suma ich manipulacji. Władza nie boi się głosu. Boi się myśli.

Demokracja opiera się na rzadko kwestionowanym dogmacie, że wola większości jest z natury prawomocna. Ale co, jeśli większość się myli? Co, jeśli większość jest zmanipulowana? Co, jeśli większość po prostu nie wie wystarczająco dużo, by decydować o złożonych kwestiach? Historia jest pełna większości, które popierały to, co nie do obrony; większości, które wybierały tyranów; większości, które legitymizowały wojny; większości, które podtrzymywały rażące niesprawiedliwości. Upływ czasu ujawnia błąd, ale w tamtym czasie te większości były tak samo przekonane o swojej racji, jak każda współczesna większość. Co się zmieniło? Prawda nie była wtedy po stronie większości. Dlaczego zakładamy, że jest teraz?

Nowoczesna demokracja działa w oparciu o fikcję, że wszystkie głosy są równoważne. Głos eksperta, który poświęcił dekady na badanie ekonomii, ma tę samą wagę co głos kogoś, kto nigdy nie otworzył książki na ten temat. Głos kogoś, kto śledzi politykę codziennie, jest równy głosowi kogoś, kto informuje się poprzez sensacyjne nagłówki na 5 minut przed wyborami. W teorii to równość. W praktyce to gwarancja, że wiedza zawsze zostanie pokonana przez skuteczną propagandę.

Ponieważ zmobilizowanie nieświadomej masy jest znacznie łatwiejsze niż przekonanie krytycznych ekspertów. Masa reaguje na emocje, nie na dane. Porusza się prostymi narracjami, nie złożonymi analizami. Szuka złoczyńców i bohaterów, nie niuansów. Kompetentny demagog zawsze pokona uczciwego męża stanu w konkursie o głos ludu. Ponieważ demagog wie, jak mówić językiem emocji, podczas gdy mąż stanu nalega na język rozumu.

A system celowo wychował całe pokolenia w politycznej ignorancji. Obywateli, którzy wiedzą wystarczająco dużo, by funkcjonować w gospodarce, konsumować, pracować, ale którzy nie wiedzą wystarczająco dużo, by kwestionować struktury władzy. Którzy znają trywializmy, ale są ignorantami w dziedzinie historii. Którzy wiedzą, jak opiniować, ale nie wiedzą, jak myśleć. Którzy mylą informację z wiedzą, a wiedzę z mądrością. Ta ignorancja nie jest przypadkowa. Jest kultywowana.

Nietzsche prowokował: większość woli kłamstwo, które pociesza, od prawdy, która niepokoi. Demokracja przekształciła tę preferencję w system rządów. Polityk, który oferuje niewygodne prawdy, przegrywa wybory. Polityk, który sprzedaje wygodne iluzje, podbija większości.

Tak więc demokratyczna konkurencja staje się konkursem na to, kto sprzeda najatrakcyjniejsze iluzje. A ludzie wybierają. Wybierają wolnie. Wybierają demokratycznie. Wybierają własne niewolnictwo. Przekonani, że wykonują swoją wolność.

System nie boi się głosowania, ponieważ nauczył się je kontrolować. Nie przez fałszerstwa przy urnach, ale przez znacznie głębsze oszustwo: fabrykację umysłów, które głosują. Kiedy kontrolujesz edukację, informację, kulturę, rozrywkę, nie musisz kontrolować głosu. Głos staje się czystą formalnością, która waliduje decyzje już podjęte w zbiorowym umyśle, który ukształtowałeś.

Demokracja ignorancji działa, ponieważ maskuje dominację jako partycypację. Obywatel głosuje i czuje, że sprawował władzę. Ale głosował w oparciu o informacje, które inni przefiltrowali, o emocje, które inni wyhodowali, w ramach opcji, które inni wybrali. Jego udział jest realny, ale scenariusz został napisany, zanim wszedł na scenę.

A najbardziej tragiczna część: broni wściekle swojego prawa do głosu, nigdy nie zdając sobie sprawy, że to prawo stało się mechanizmem jego własnego poddaństwa.

Demokracja odkryła sekret doskonałej dominacji: sprawić, by zdominowani wierzyli, że są wolni. Najbardziej wyrafinowaną cechą współczesnego systemu nie jest jego zdolność do tłumienia sprzeciwu, ale do jego integracji. Bunt, protest, kontestacja – wszystko to zostało włączone jako funkcjonalny składnik ustalonego porządku. System nie tylko toleruje opozycję, on ją zachęca w bezpiecznych granicach. Pozwala ci się buntować, dopóki twój bunt nie zagraża fundamentalnym strukturom.

Niedawna historia demonstruje ten wzorzec wielokrotnie. Ruchy kontestacyjne powstają z transformacyjną energią, zyskują widoczność, mobilizują tłumy, a następnie są stopniowo wchłaniane lub neutralizowane. Cykl jest przewidywalny. Najpierw przychodzi pozorna represja, tworząca męczenników i intensyfikująca ruch. Potem przychodzi kooptacja. Liderzy są integrowani z systemem. Radykalne agendy są rozwadniane. Rewolucyjna energia jest kanalizowana w kosmetyczne reformy. W końcu ruch staje się tylko kolejnym elementem na szachownicy politycznej, rywalizującym o miejsce w ramach ustalonych reguł.

Podziel się!