Tan Pierwszy Wielki – Zapusty – Kolędy i Kuligi + odpowiedni fragment 2 tomu Księgi Tanów + Kulędarz Godowy (20-26 stycznia) oraz „Kolęda o Turze” i „Jak puszczę strzałę”

Zapusty – Kolędy i Kuligi + odpowiedni fragment 2 tomu Księgi Tanów

– Ondraszku! Ondraszku z plemienia Borowczyków z Ludu Skołockiego! – powiada do posłańca Stryja strojąca zimne Powiatry i Powiry swoje. – Zakończyliśmy oto Krąg Godów Rolnych w dziewięciu tanach. Od dziewiątki owej zamykającej Stare Koło Upraw i Godowli, poprzez Mizerę, przez Zero, przez Pustotę wybijać się będzie i wznosić kolejna Spirala – Krąg Życia Nowy. Ten dziewiąty w kolejności Tan Wielki został wam, Słowianie, jako Dwunasty powiedziany. Onże był liczony ostatnim zamykającym Koło Roku Gwiazdowego. Po nim więc, jako że Spirala Świata w Nowy Rok Gwiazdowy wstępuje, Święte Gody Rolne toczą się trzema dalszemi tany, choć znaczone są one jako Pierwszy i Drugi, i Siny (trzeci) Tan owej Nowej Spirali Gwiazdowej.

Nowy Gwiazdowy Rok rozpoczęły: Szał Ostary, Posłanie i Usłanie Kolady, Tan Turzy, Puste Dni i Pusty Tan oraz Pustota-Mizera. Także więc i dlatego ten Tan Wielki, co następuje po Szczodrych Godach i Pustocie, zwać będziecie Tanem „Za-Pustem Idącym”, czyli Zapustem albo Zapustami. Brat Miesiąc Studeń-Sieczeń, mieniony Styczniem odkąd Kulędar Sołoneczny czas Przyrodzony na Matce Ziemi wyznacza, daje poczętek Roku Gwiazdowego wraz z umorzeniem Życia w Międzymorzu Budynowsko-Harsko-Lęgijskim, nad Bugiem rzeką, w Kujawii nad dolną Wisłą, nad górnym Danaprem, nad Wołgą Ra Rzeką i nad Wiliją Istyjską przy grani ziemskiej Siewierzy – Północy (Skonii, Zaworza, Wenii, Nierodzia-Nordu). Śmierciucha dokona tu u was Zimowego Skonu Świętych Godów w trzech Wielkich Krokach Godnych. Z nich Pierwszy Wielki Krok, Pierwszy Wielki Tan Zapustny zaraz ci wyjawię – rzecze Pani Stryja.

A ukazała się wojowi oważ przecudna boginia jako osobistość zadziwiająca, niemal niewidzialna, jako obrys jeno w powietrzu wymglony. Nadistota, co ciemniejszą linią na krawędziach postrzegalnego jestestwa swego ledwo się rysowała. Zawieszona w wichrach i wirach niczym przenajczystszy kryształ kwiecisty-przeźrzysty obwiła się i objawiła pośród lodowej zamieci. Wiry i wichry rozpędziła i niczym wid tysiącrocznej Jodły Świętej nad Ondraszem uwisła. A zwisając, groźnie i ponętnie kołysała się i chwiała.

A kajże to Ondrasz wędrował?

Po stokach Guralu, Gorola-Harala na śnieżystą równinę z trudem po głazach oślizgłych się ześlizgiwał. Pod wichry szedł, które go niczym orlimi albo sokolimi skrzydłami w pierś biły, a w twarz ciskały mu igły lodu cieńsze niż włos, twardsze od żelaza.

Krawędź górska ciągnęła się całe stajania nad głęboką, rozlaną po widnokres doliną. Po drugiej stronie onejż przestroni pyszniło się w pełnym słońcu królestwo Sima – Pana Kamiennego. Rydwan Swaroży je oświetlał, przez dwa ogniste rumaki ciągniony. Za dwa stoki rozpostarte zapadał się szybkim kłusem. Za pierwszy – wielki, płaski, długi… I za drugi – jako trapez wyniesiony poszarpaną linią nad pierwszym. A góry te staczały się gwałtownie w rozliczne wąwozy. Obydwa stoki zatopione zaś były w złoto-krwawym blasku bądź w niebieskościach bezsłonecznego cienia.

Tysiące chatynek o ścianach przywalonych śniegiem, czerwieniąc się stromymi dachami w ogniu Zapadu, tworzyło to rudą, to karminową, to umorantową krajkę – wzór boski. Ciągła się onaż niby Pojas Ręcznika Bożego – pas znaków tajemnego zapisu wyszyty – na całej długości u podnóża tych śnieżystych, stromych gór.

Za stokami, z których Ondraszek bardziej staczał się i spadał, niźli schodził, odbijały się granatem od Zwierciadła Niebieskiego po trzykroć wysokie szczyty z lodowych kryształów. Wysokie ci one, oj wysokie! Postrzępione źlebami! Poszarpane zębiskami wierzchołków, których wiersznie w Noc już wbite!

Góra Kamień to była i ciąg towarzyszących jej szczytów pasma, od którego rzeka Tura w jedną stronę na wschód ze źródła potokami szła, a inne rzeki boże, jako to Wogóła, Koszwa i Wieszczera, na zapad wody swoje wiodły. Tu Góral-Horol dzielił Wielką Ziemię na Biały Ląd i Mazję.

Ondrasz do Bierezników schodził, gdzie zamieszkiwało dzielne plemię Bierygów, kowali żelaznych i poszukiwaczy złota. Złoto onoż na baranich futrach z dna rzeki od piasku odpłukiwali, z żelaza zaś miecze, dzidy, haki, harapy i topory w ogniu zręcznie wykształcali. Tylko oni poprowadzić go mogli do Boskich Kuźni Swaroga – Pana Niebiosów Ognistych, do jego Żelaznej Kogi na wierchy niebotyczne, niebieskie, niebiańskie, w oddali kryształami przeźrzystemi widne.

Czemuż to Ondrasz sił resztką idzie, chcąc przed zapadnięciem nocy lodowatej zdążyć? Czemuż tak prze, mimo iż tchu mu już brak? Jednym cięgiem od źródeł rzeki Tury w sześć dni z południa tutaj dotarł, bez snu prawie!

Królowa Tomirysa z zadaniem go posłała, a jej przecie zawieść on nie może. Broń, mnóstwo broni potrzebne będzie, aby przeciw Kirusowi Wielkiemu stanąć.

Królewski posłaniec nieraz już tego dnia szóstego upadał. Powieki ciążyły mu niczym górskie głazy, a mróz zamieniał jego ciało w sopel.

Szedł tam, gdzie Swarog-Kowal postawił ścianą morze lodu,

gdzie trony Światłogońcom odlał z zamrożonej chmury,

gdzie Dewowie z ćwierci lądu dźwignęli te mury,

co by gwiazd karawany nie puszczać ze Wschodu.

Na szczycie stał Łuną pożaru Gród Godów,

który Swąt ustanowił, rozcięty poprzez tumów czwóry,

przed Światem żeglujący jak po morzu wyspa purpury

i jako Koga, kagan zawieszony śród Niebios obwodu.

Tam szedł, gdzie Zima siedzi, gdzie dzioby potoków

i gardła rzek piją wprost z Zamyku, z Owalnego Gniazda,

gdzie dech śniegiem z ust pomyka; lecz nie zwalniał kroku,

gdzie Strasze dróg nie wiedzą, gdzie kończy się chmur jazda,

gdzie Grom drzemie w Kolibie z obłoków,

gdzie nad myśl i czyn wschodzi wieńcząca je Gwiazda

Na Siewiernej Górze, na Czarświata Dachu[i].  

Widać Bogi sprzyjały Świętej Królowej, bo co Ondrasz słabł, przyklękał i myślał, że wobec ściany zimna kroku dalej juże nie postąpi, Stryja Bogini w opiekę go brała. Troskliwie z kolan go podnosiła, hubkę i drzazgi drzewne rozdmuchiwała, ogniem oddechu swego ręce mu grzała. Litościwie ciałem swym kryształowym go obejmowała i policzki na kamień zmarznięte obchuchiwała. A kiedy on zasypiał na chwile krótkie albo w majaki popadał, do ucha mu prawiła o Pierwszym Tanie Zimowym – Zapustach, o Kolędach i Kuligach. Przyzywała go do przytomności obrazami ciepłemi z rodzinnego domostwa. Domu, który tak dawno utracił, że zarówno obraz sioła, pól rodowych, leśnej okolicy, jak i obraz mateczki i ojczulka zatarł się był w jego pamięci. Zatarł się, a może Ondrasz go wyparł po straszliwym zdarzeniu, którego był sprawcą?! Czemuż boginia owa zechciała wspomagać człeka tak splamionego występkiem przeciw bogom? Toż zdarzyła się zbrodnia okrutna przeciw Borowiłom, przeciw Ładom, Dziwieniom, która obróciła się też przeciw jego własnej rodzinie, zadrudze, rodowi, wreszcie przeciw całemu plemieniu Borowczyków! Od kiedy to się stało, gdy był czternastoletnim młokosem, aż do dzisiaj, kiedy okrągłą rocznicą kończył czterdzieste i czwarte swoje urodziny, nieustannie zadawał sobie jedno pytanie: Winien czy Niewinny?! I nie znajdował na nie odpowiedzi. Nie potrafili mu jej udzielić najmędrsi dolinni niedźwiedzi szamani ani górscy ptasi góryci… Przez wszystkie następne lata od owego nieszczęsnego splotu okoliczności, kiedy to Plątwa pokierowała jego ręką, a on się jej nie przeciwstawił – czy to z niewiedzy, z głupoty, czy z szybszego dziełania niż drgnienie myśli – każdym swoim krokiem i dziełem starał się zmazać tę winę… Nie udawało mu się. Wciąż czuł kamienny ciężar zbrodni na piersiach!… Czuł pustkę. Nie wierzył. Popadł w Niewiarę! Mimo wszystkich zdarzeń, w których potem uczestniczył, nie dowierzał, że stoją za nimi boskie siły. Wszak prawdziwi, Prawi Bogowie nie powinni byli być aż tak okrutni! Całe zło, jakie widział i jakiego doświadczył, musiało zatem być dziełem ludzkim bądź nieludzkich Nadistot, które napadły sistańską ziemię! – Nie ma ducha, jest tylko myślenie – myślał. – Wszystko jest materią jeno, wszystko, co widzialne, jest tylko materialne! Jaka tam Wela, Prawia, jacy bogowie, jaki tam duch?!!! Prochem jest wszystko i w proch się obraca! Kurz i kurzawa, ziemia i piach! Gdyby bogowie naprawdę działali, to nie istniałaby zbrodnia! Zło nie wydarzałoby się! Krzywda by się nikomu nika nie działa!

Jednak to jego Królowa Roju Niebiańskiego i Ziemskiego Kręgu, Naczynie Wybrane przez Bogów, królowa całego Sistanu i pierwsza wiedźma – Tomirysa – wybrała, aby ruszył w drogę kluczową dla powodzenia nie tylko nadchodzącej bitwy! Przecie, jako mu w utajeniu rzekła, ta wojna nie o ziemicę Saków i Mężogątów toczyć się będzie, lecz o przetrwanie Wijary i Wijedy w nadchodzących tysiącleciach, w Jugach-Objętach Ciemności.

A teraz nawet sama bogini mówiła do niego! Ciepło jak do własnego dziecięcia! Jakby chciała przy piersi utulić tamtego młodziana! Lecz którego z nich? Tego, którym był, zanim wypuścił śmiercionośną strzałę godzącą Wielkiego Jelenia, Króla Puszcz, wcielenie Borowiła oraz Łada i Dziwienia-Kraszenia, boskie, chociaż ziemskie przejawienie w Czarnych Górach Kauków samego Swąta-Światłoświata? Czy może tego Ondrasza, którym stał się po niebacznym strzale?! Łuk ledwie w przeddzień mu wręczono w obrzędzie, gdy z dziecka stawał się łowcą i wojownikiem!

– Jak to się stało! – szeptał. – Jak to się zdarzyło?! – zawodził razem z wichrami górskimi na Horolu. – Jakże to możliwym było, żebym w dzień po godach uroczystych, po Przejściu w Dorosłość, kiedy mi ledwo co brackie miano Ondrasza nadano, kiedy mnie godłem godowano i samemu wielkiemu Ondrze-Jątrze polecono, śmiertelny cios boskiemu Cudasowi zadał?! I to pierwszą strzałą z jarego, świętego łuku puszczoną?!!!

– Czy dlatego, że była strzałą dziewiczą, najczystszą z czystych?!!! Że sam byłem w tamtej chwili nieskalany żadnym brudnym czynem??? Że łuk ani jednego nacięcia zdobycznego jeszcze nie posiadał? Czemu to zdarzenie posłużyć miało?! Czemu mnie Ondra-Jądrej nie powstrzymał?!!! Ondra ze Świętej Góry Waruharra we Windji Wielkiej, w krainie ojca mego, we Wharacie?! Wszak Opiekunem Wojowników jest! Tym samym co Ładziwc po tej stronie Wielkich Gór Światła Świata! Dlaczego dziewiczego woja swego nie ochronił?! Przecie Gody Przejścia przebiegły wzorowo!

Boski zamiarunek, jaki tkwić musiał w tym strasznym czynie, wciąż okryty był przed Ondraszem Wielką Tają.      

Jemu, tak splamionemu przeciw wszem bogom, przeciw własnemu ojcu Jątgaille, przeciw Kalince matce rodzonej, przeciw siostrom i braciom wymordowanym, spalonym na popiół, powierzono teraz Świętą Drogę. Jemu, co zawiódł tak haniebnie i splamił cześć całego ludu Borowczyków. Ludu unicestwionego w jednej chwili ogniem i mieczem nieludzkiego wroga! Czy w następstwie czynu jego ich spalono?! Tego wciąż nie wiedział i o to wciąż pytał! Wszelką prawdę po zdarzeniu owym o bogach i dziełaniu ich, o ich ISTNIENIU z serca i rozumu wyrzucił. Nie było ich dla niego, bo być nie mogło? Nie było, bo wiarę w działanie Siły Najwyższej utracił? Od tamtej chwili nie nawiedzali go, nie ukazywali się mu, nie objawiali się żadnym obrazem ani czynem! Niby z innymi w obrzędach uczestniczył, niby ofiary przez cały ten czas składał, ale wszystko, co czynił, było Puste. Od wtedy nie rozmawiał z nimi nawet w najgłębszej głębi siebie. Nie czuł ich istnienia żadnym zmysłem ni myślą. Oto jest Pustota! Oto Mizera! Oto Dno Ducha!

A teraz Stryja Bogini sama we własnej osobie mu się objawiła. Młodzieńczym imieniem go nazywała i zmarznięte członki tchnieniem swym rozgrzewała. Bogini stale czuwająca obok i obecna w nim pchała go naprzód. Brała pod opiekę każdy jego krok, każde stąpnięcie. Przecie to coś znaczyć musiało?! Coś wielkiego, nie byle jakiego! Coś dziwnego, niespotykanego!

– Więc jesteś?! Jesteście… – wyszeptał i poczuł ulgę. – O Pani, Pani! Nie opuszczaj mnie! Nigdy mnie więcej nie zostawiaj! Jakie to szczęście…

I tak dzień po dniu od tamtej chwili szli, a kiedy wieczorem opadał z sił i cienka pąć-ścieżynka śnieżna traciła mu się w mroźnej poświacie, przysiadała przy nim Bogini. Wieczór za wieczorem, noc za nocą poiła go boską obrytą i syciła Ducha jego opowieściami o owym Wielkim Tanie, przywracając gieroja do życia. Przepowiadała mu dni święte w całej ich krasie i barwie, z całą treścią bożą, żertwienną, gorzejącą, jedne po drugich kładąc w Ondraszową głowę. W gorącu obryty, cieple oddechu bogini, w obrazach i odczuciach ciepła domowego Świąt Zapustnych, które bogini przed oczy i prosto w serce mu rzucała, w żarze jej boskiej opowieści odradzał się.


Przypisy

[i] Rozmowa Górytów, z Adama Mickiewicza: Sonety Krymskie, Widok gór ze stepów Kozłowa – Pielgrzym i Mirza, którego tekst w oryginale brzmi następująco:

Pielgrzym

Tam?… Czy Allach postawił ścianą morze lodu?

Czy aniołom tron odlał z zamrożonej chmury?

Czy Diwy z ćwierci lądu dźwignęli te mury,

Aby gwiazd karawanę nie puszczać ze wschodu?

Na szczycie jaka łuna! pożar Carogrodu!

Czy Allach, gdy noc chylat rozciągnęła bury,

Dla światów żeglujących po morzu natury

Tę latarnię zawiesił śród niebios obwodu?

Mirza

Tam? – Byłem; zima siedzi, tam dzioby potoków

I gardła rzek widziałem pijące z jej gniazda;

Tchnąłem, z ust mych śnieg leciał; pomykałem kroków,

Gdzie orły dróg nie wiedzą, kończy się chmur jazda,

Minąłem grom drzemiący w kolebce z obłoków,

Aż tam, gdzie nad mój turban była tylko gwiazda.

To Czatyrdah!

Pielgrzym

Aa!!

Kulędarz Godowy (20-26 stycznia)

Starosłowiańskie ciasta i inne sarmackie wypieki rozpustno-zapustne

Profesor Helena Kapełuś – Kolęda o Turze

„Jak puszczę strzałę”

Podziel się!