Kto się od kogo i czego nauczył – Germanie – Skołoci – Serbomazowie-Słowianie

nadesłane przez Dobrosława Wierzbowskiego

Germanie_Sarmaci

Panuje u nas przekonanie, że wszystko przychodzi z Zachodu – jeżeli nie z Rzymu w Starożytności, to z Anglii, Francji, Niemiec – w czasach nowożytnych. Na 100% prawdziwe jest jednak inne twierdzenie – najgłębsza głębia mądrości ulokowana była w Państwie Środka (Kitaju, Kutaju, Czytaju w angielskiej wymowie “Czajna”), a przebywali w nim i sąsiadowali z nim Skołoci, Serbomazowie, Monżgołowie, Słowianie a także Persowie, Windowie i potem (gdy się już wyodrębnili w Wielkim Stepie) – Turcy.

Oto  – powyżej – drobny fragmencik – dowód tego przepływu – wiedzy płynącej ze Skołotii do starożytnych plemion skańskich, które po przeprowadzce ze Skanii na Ląd i  zmieszaniu się z Kiełtami (Celtami) i Słowianami utworzyły Germanię.

Otrzymałem ten wycinek od Dobrosława Wierzbowskiego, który podobnych szczegółów na temat przenikania się kultur i różnorakich przemilczanych więzi wynalazł już bez liku.

Jego pasję widać chociażby w artykule zamieszczonym na tych stronach – O słowiańskich pisankach i zawartych w nich wspólnych słowiańsko-skołockich znakach, świętych symbolach wspólnej Wiary Przyrody.

Powyższy fragment pochodzi z książki „Wikingowie” Jonathana Woodinga. Jak widać Wikingowie używali skołockich (czyli słowiańskich) technik zdobniczych i wzorów w swoim wzornictwie użytkowym. Oni wiedzą o tym lepiej niż my.

Z całą pewnością też – jeszcze w X i XI wieku importowali z Kaganatu Sis chmiel i uczyli się wyrabiać dobre piwo.  Bajanie, że piwo przyszło do Polaków z Niemiec jest typowo niemieckim dęciem w trąby Barona Munchausena, podobną nieprawdą jest, że piwo porter – czyli ciemne – przywędrowało z Anglii za pomocą pradziadka mojej żony Juliana I Pagaczewskiego. Ciemne piwa ważono na Słowiańszczyźnie (w Wielkiej Scytii a potem Wielkiej Sarmatii)  już na jakieś 2000 lat przed Chrystusem. Julian Pagaczewski przywiózł z Londynu w XIX wieku jedynie technologię przemysłowego procesu warzenia  piwa porter i jako pierwszy zastosował ją w swoim Browarze Pod Machiną naprzeciw krakowskiego Barbakanu.

chmiel szyszki 1 7258_b

Podziel się!

67 komentarzy do “Kto się od kogo i czego nauczył – Germanie – Skołoci – Serbomazowie-Słowianie

  1. Na temat piwa, w jakiejś (już nie pamiętam) pięknej encyklopedii o piwie autorstwa anglika na wstępie było napisane, że warzenie piwa z chmielu pochodzi od Wiślan plemienia mieszkającego VII-X w. pomiędzy Wisłą a Bugiem. Więc wśród zapaleńców i ekspertów „zachodnich” znajdują się tacy którzy nie negują osiągnięcia Słowian.

  2. W tym filmie jest jak zwykle, czyli fakty wymieszane z naiwną nacjonalistyczną propagandą. Wódki do Rosji nie przywieziono, tylko w Rosji ją wynaleziono, co międzynarodowa komisja historyczna ustalić musiała na wniosek światowej organizacji handlu. W 1977 Polska pozwała ZSRR (aż trudno uwierzyć, co?:) o używanie nazwy „wódka”. Chodziło o to, że obie strony toczyły spór o to jakiego pochodzenia jest to słowo, kto ma prawo użycia nazwy i kto wódkę wynalazł. Trybunał wziął pod lupę dostępne źródła historyczne z których wynikało, że owszem, na ziemiach polskich produkowano wysokoprocentowy trunek już w XI wieku, ale był on nazywany gorzałką, a nie wódką. Światowa Organizacja Handlu nie mogła przyznać Polsce wyłącznego prawa do stosowania nazwy „wódka”, bo chociaż słowo to pojawia się w dokumentach datowanych na rok 1405, to z treści wcale nie wynika, że mowa jest o trunku produkowanym na terenie naszego kraju. Jako miejsce wynalezienia wódki w jej współczesnej formie wskazano Monaster Czudowski i rok 1430. Historyk William Wasiliewicz Pohliobkin napisał nawet niezłą książkę na ten temat. Generalnie Rosja żyła z wódki od zawsze. W Polsce podobnie jak w Rosji była wódka używana do wzmocnienia podziałów klasowych, ponieważ rozpijanie chłopstwa było ważnym elementem podtrzymania pańszczyźnianych relacji i pozwalało upłynniać nadmiary zboża kiedy były. Jest więc nieprawdą, że do Rosji wódkę przywieźli jacyś obcy.
    Mówienie o tym, że II wojnę światową wygrali trzeźwi Rosjanie to kolejna ściema. Po wojnie rosyjsko japońskiej zorientowano się, że klęska była w dużej mierze spowodowana pijaństwem wśród żołnierzy i oficerów i próbowano to ograniczyć co się nigdy i nikomu nie udało. Ostatnim który próbował był Gorbaczow. W czasie II wojny Stalin próbował ograniczyć wydawanie żołnierzom wódki do 100 gramów (później do 200 gramów) dziennie i był to jedyny przypadek kiedy w wojsku doszło do otwartych buntów i rozruchów. Wódka była w wojsku rosyjskim w czasie II wojny podstawową walutą a i przed wojną tak było o czym pisał choćby Sergiusz Piasecki (sam nawiasem mówiąc nie alkoholik ale za to kokainista).
    Wszystko to można sobie wyczytać w dziesięć minut, starczy wpisać w google „historia, wódka, rosja”.
    Rosjanie próbują odbudować dumę czym mogą, ale trochę krytycyzmu w tym wszystkim.
    Co zaś do piwa, to prawdopodobnie faktycznie jest to słowiański wynalazek albo go Słowianie wynaleźli równolegle niezależnie od reszty świata.

    • Pi wo(pitna woda) to było coś w stylu dzisiejszego podpiwku.
      Dzisiejsze piwo to napój piwopodobny,tak jak „czekolada” mleczna o zawartości czekolady 20%.

  3. http://upadeknarodu.cba.pl/nova-5-historia.html

    Motto tej strony: (…) z normańskich sag wyraźnie wynika, że wikingowie nie bali się niczego i nikogo oprócz pomorskich Słowian.

    Wstęp.
    W powszechnej świadomości społeczeństw okres średniowiecza w kontekście tematów „morskich” czyli piractwa, łupieżczych wypraw jakie miały wtedy miejsce na Morzu Bałtyckim, Morzu Północnym, kojarzy się prawie wyłącznie z Wikingami pochodzącymi ze Skandynawii czyli Germanami. To bardzo zafałszowany pogląd rozpowszechniany metodą tzw.”hollywood’zką”. Tymczasem przez ponad dwa wieki na wodach tych dominowali Słowianie. Winę za ten fałszywy obraz ponosi (również) strona nasza czyli słowiańska (polska) nie dbająca o propagowanie tej wiedzy na zachodzie. Trwające wciąż prace archeologów i historyków przedstawiają zgoła inny obraz tego czasu jaki miał miejsce w rejonie mórz Bałtyckiego i Północnego a nawet północnego Atlantyku od wybrzerzy Norwegii aż do Islandii i być może Grenlandii (prawdopodobnie potwierdzające to odkrycia to tylko kwestia czasu). Poczynając od końca X wieku dominującą rolę na tych morzach przejmowali Słowianie skutecznie eliminując element germański, choć ofiary ich wypraw w Brytanii (Szkocja, Anglia i Walia), Lofoty, Orkady, Wyspy Owcze z przyzwyczajenia nadal kojarzyły ich z dawnymi, skandynawskimi wikingami. Słowianie jako lud byli nieporównanie liczniejsi od Skandynawów i większą liczbą dokonywali wypraw. Wszystkie wybrzerza bałtyckie i pólnocnomorskie oraz wyspy były regularnie „odwiedzane” przez Połabian, Ranów i Pomorzan co doprowadziło do poważnego wyludnienia tych krajów. Jednak w mniejszym stopniu od Skandynawów zasiedlali oni zdobyte tereny. Z reguły po zabraniu łupów i jeńców wracali do swoich siedzib.
    Słowianie w niektórych dziedzinach, nie tylko nie byli prymitywni, jak twierdzili (i twierdzą nadal) naukowcy niemieccy, ale znacznie wyprzedzali sąsiednie ludy. Dziedziną w której nikt nie mógł się równać ze Słowianami, było np. budownictwo drewniane. Kiedy Słowianie zachodni mieszkali w zaopatrzonych w piece domach o konstrukcji zrębowej (z drewnianych bali, jak współczesnie spotykane w Tatrach), sąsiedni Germanie budowali wyposażone w paleniska półziemianki, w których ściany stanowiły wbite w ziemię pale przeplecone gałęziami, a calość była pomazana gliną lub uszczelniana darnią. Słowianie w tym czasie metodą tą wznosili jedynie mniej ważne zabudowania gospodarcze, jak chlewy i kurniki. Drewniane budownictwo obronne miało niespotykane gdzie indziej walory obronne, zawsze wyprzedzające swą epokę. Słowiańskie grody charakteryzowała odmiennosć konstrukcji wału, jego wysokość i nadzwyczajna, dzięki konstrukcji hakowej, wytrzymałość. Niektóre grody (zwłaszcza wniesione w miejscach o słabych naturalnych walorach obronnych), posiadały skomplikowany system fos suchych i mokrych, rzędy wałów ziemnych i wbitych w ziemię pali, uniemożliwiających bez poważnych prac inżynieryjnych korzystanie z wież oblężniczych, a także pomniejsze palisady, które zmuszaly szturmujących do korzystania z drabin, jeszcze przed osiągnięciem podstawy właściwego wału. Słowiańskie grody miały nawet ulice i place w postaci płaskich pomostów drewnianych, co jest niespotkane u ich zachodnich, germańskich i celtyckich sąsiadów. Na ich tle konstrukcje obronne z drewna u Germanów i Skandynawów wyglądają nad wyraz mizernie i prymitywnie. Trzeba też jasno powiedzieć, czy to się komuś podoba czy nie, że Germanie niczego samodzielnie nie wymyślili a wszystko co obejmuje termin „cywilizacja” przejęli od innych, Celtów, Maurów a najwięcej od Rzymian, których północne prowincje przez parę wieków plądrowali.
    Warto pogłębić swoją wiedzę o Słowianach w oparciu o prace wybitnych archeologów jak Józef Kostrzewski, Konrad Jażdżewski i innych polskich naukowców a nie tylko „polskojęzycznych”, powtarzających stare hitlerowskie brednie członków NSDAP. Henryk Gralak

    Pogromcy wikingów
    Rok 789 wyznacza datę pierwszego grabieżczego najazdu norweskich wikingów czyli „mieszkańców zatok” na klasztor u wybrzeży Anglii. Później jest rok 802, gdy duńska flota pod wodzą legendarnego Holsgera Danske gromi wojska Karola Wielkiego, co przyczynia się do upadku imperium Franków. Danowie ruszają na Anglię i Irlandię, penetrują wybrzeża Francji, zdobywają Paryż. Osiągają Morze śródziemne. Walczą z Arabami w północnej Afryce, a na Sycylii zakładają własne księstwo! Docierają do Morza Czarnego i wkrótce są w gwardii przybocznej cesarza Bizancjum. Największe rozmiary osiągają wyprawy na północ, pozwalające odkryć Islandię, Grenlandię czy wreszcie wybrzeża Ameryki. Szwedzcy wikingowie zwani Waregami, penetrują wybrzeża wschodniego Bałtyku, a rzekami ruszają ku górom, aby z drugiej strony spłynąć do Morza Kaspijskiego i Czarnego. Jednak wielkie floty nieustraszonych wikingów konsekwentnie omijają wybrzeża południowego Bałtyku. Tam mieszkają ci, którym nie trzeba się narażać, bo siła ich wojowników odcisnęła już piętno na mieszkańcach skandynawskiej ziemi. Wikingowie boją się!? A może współpracują z tymi zadziwiającymi ludźmi, którzy nie znają lęku, a hołdy składają jedynie potędze natury.
    Kim są pogromcy wikingów? Zdobywcy wielkich skandynawskich ośrodków handlowych! Kim są ludzie, przed którymi drżą Germanie wybrzeży południowej Szwecji, północnych Wysp Alandzkich i licznych duńskich wysp, Jutlandii a nawet Norwegii? Aby chronić się przed tymi wojownikami wikingowie budują solidne twierdze, warowne kościoły i murowane zamki. Chrześcijańscy książęta i królowie składają dary ich pogańskim bogom oraz płacą daninę, czyli dań /okup/ od Danów, ich legendarnemu wodzowi Wizymirowi. Ich piękna i dumna królowa (Świętosława), sławiona przez skaldów jako Sygryda Storrada decyduje o losach normańskich i angielskich władców, a jej dzieci władają Anglią, Danią, Szwecją i Norwegią. Władców plemiennych wspólnot tych nieustraszonych żeglarzy tytułowano królami, a jeden z nich został Morskim Królem. Wyprawy potężnych wikingów starały się omijać ich wybrzeża i grody, aż do połowy XI wieku! A później – odpowiedzią na każdy normański najazd były – pustoszące wyspy duńskie i Skanię – odwetowe wyprawy niezwyciężonych flot jedynych żeglarzy, przed którymi drżeli nieustraszeni wikingowie: wojowników słowiańskiej chąsy wolińskich, wieleckich i obodrzyckich plemion z Wolina i Kamienia, Wołogoszczy i Gryfii, Strzałowa i portów Rugii, Wyszomierza, Stargardu Wagryjskiego, Barda nad Zatoką Prońską, Choćkowa i wyspy Wębrzy /Fehmarn/ oraz Mechlina /Mecklenburg/. Znany duński kronikarz Saxo pisze o potędze chąśników: ” W owych czasach rozzuchwalili się piraci: od granic Słowian, aż po rzekę Eiderę wszystkie wsie na wschodzie opuszczone przez mieszkańców leżały odłogiem. Zelandia, wyczerpana i wyniszczona od południa i wschodu, pozostawała w odrętwieniu. Na Fionii rozboje nie pozostawiły niczego oprócz garstki mieszkańców. Falstria, zwarta nie tyle swym obszarem, co odwagą i męstwem mieszkańców wyrównywała niedostatki małości … Lollandia zaś, chociaż od Falstrii okazalsza, starała się uzyskać spokój za okup w pieniądzach. Reszta pustką zaległa”. Imiona wielkich chąśników: Racibora, Dunimysła, Unibora, Niedamira, Rokiela, Wyszaka czy Misława wiele znaczyły na Bałtyku w XII wieku. Nie mieli oni szczęścia do kronikarskich opisów i godnego miejsca w wielkiej historycznej literaturze. Dzieje ich zwycięstw i dokonań zanikły wraz z ich pogańską świetnością. Wiele ich czynów zostało przypisanych germańskim Normanom. Może właśnie z powodu wiary nie znaleźli uznania u chrześcijańskich, kronikarzy? Ale wiara czyni cuda i na pewno zadziwiający słowiańscy chąśnicy i floty słowiańskiej chąsy odnajdą swoje miejsce w dziejach bałtyckiej i północnomorskiej żeglugi. A mają czym się szczycić.

  4. Ciag dalszy z tej samej strony.

    Słowiańscy piraci czy korsarze?
    Na podstawie tekstu z Gazety Rycerskiej, autorstwa Macieja Żuławnika.
    OD FURII SŁOWIAN UWOLNIJ NAS PANIE! (parafraza)

    Trwające kilkadziesiąt lat wyniszczające walki między pogańskimi Słowianami Zachodnimi, a sąsiadującymi z nimi państwami chrześcijańskimi, doprowadziły do tego, że ci pierwsi – z braku środków do życia i trudnej sytuacji politycznej – oddali się morskim rozbojom.
    Niektóre z miast portowych, m.in. na wyspach Fehmarn i Rugii, przekształciły się w gniazda pirackie, skąd następnie Słowianie dokonywali udanych wypraw na łatwo dostępne wyspy duńskie, a także wybrzeża szwedzkie i norweskie, a nawet dalej – do skolonizowanej przez Niemców Lubeki. Największą i bodaj najbardziej znaną wyprawą morską średniowiecznych Słowian był w sierpniu 1136 roku najazd na będącą pod duńskim panowaniem Konungahelę, ważny gród i port handlowy leżący na pograniczu Norwegii i Szwecji.
    Piraci czy korsarze?
    Na wstępie należałoby postawić pytanie, czy średniowieczni żeglarze słowiańscy parali się piractwem, czy może korsarstwem? Czym właściwie jest piractwo? Współczesne encyklopedie i słowniki podają, że jest nim bezprawny akt przemocy prowadzący do pozbawienia wolności lub rabunku, dokonywany na pełnym morzu przez statki prywatne. Czy zatem możemy mówić o piractwie wśród Słowian zamieszkujących południowo-zachodnią część basenu Morza Bałtyckiego, skoro niektóre z łupieżczych wypraw dowodzone były przez możnych, a niekiedy także przez samych książąt, tak jak w przypadku najazdu na Konungahelę? Czy nie lepiej mówić wtedy o korsarstwie, które, w przeciwieństwie do piractwa, jest rozbojem dokonanym na mocy upoważnienia panującego, czasem pod jego osobistym przewodnictwem? W przypadku Słowian Zachodnich granica między jednym a drugim jest niemal niezauważalna, przez co trudno jednoznacznie określić, czy Słowianie parali się piractwem, czy też może korsarstwem. Opisywana w niniejszym artykule wyprawa na Konungahelę była z całą pewnością wyprawą korsarską.
    Piractwo i korsarstwo rozwinęło się na gruncie trudnej sytuacji politycznej w zachodniej części basenu Morza Bałtyckiego. Najważniejszą przyczyną powstania i rozkwitu tego procederu były najazdy duńskich i niemieckich możnowładców na ziemie zachodniosłowiańskie. Helmold, proboszcz z Brzozowa w Wagrii, w swojej „Kronice Słowian”, stanowiącej dzisiaj jedno z najcenniejszych źródeł do poznania dziejów morskich rozbojów Słowian Zachodnich, tak opisuje plemię Winuldów:”Cały ten lud oddany jest bałwochwalstwu, przebywa stale w ruchu i podróży, uprawia piractwo godzące z jednej strony w Duńczyków, z drugiej – w Sasów”1. Jednakże to właśnie Duńczycy i Niemcy odznaczali się wyjątkowym okrucieństwem organizując wyprawy na Słowian. To oni w dużym stopniu przyczynili się do tego, że ci, wypierani przez niemieckich kolonistów, zamienili swoje siedliska w pirackie gniazda. Helmold w dalszej części swego dzieła zamieścił wypowiedź księcia Wagrów – Przybysława:”Cóż nam więc pozostaje, jak opuścić ziemię i na morzu wśród odmętów szukać schronienia. I czyż naszą będzie winą, jeśli wypędzeni z ojczyzny zaniepokoimy morze i brać będziemy łupy od Danów i kupców, co po morzu żeglują”2. Monolog ten jest co prawda tworem literackim, jednakże w pełni odzwierciedla nastroje panujące wśród ówczesnych Słowian. Ponurą sławą rozbójników morskich cieszyli się wówczas posiadający jedną z najlepszych flot na Bałtyku Ranowie, zamieszkujący wyspę Rugię, na której w Arkonie znajdowało się sanktuarium Świętowita, dzięki czemu zmuszali oddające cześć bóstwu plemiona do uznania ich zwierzchności i płacenia wysokiego trybutu. To przede wszystkim Ranowie niepokoili duńskie wyspy i skandynawskie wybrzeża, ale pirackim procederem parali się także Obodrzyci oraz Pomorzanie. Wyprawy Słowian trwały od drugiej połowy X do drugiej połowy XII wieku i stanowiły kontynuację najazdów wikingów, które z kolei przypadały na okres od VIII do X wieku. W przeciwieństwie do Skandynawów, Słowianie nigdy nie osiedlali się na długo na podbijanych terenach.
    Długie łodzie i topory brodate
    Jak zanotował kronikarz z Wagrii, okręty stanowiły dla Słowian”jedyne bogactwo”3. Ich rekonstrukcje możliwe były dzięki znaleziskom wraków, a także rycinom zamieszczonym na kamieniach runicznych. W 1967 i 1968 roku w Ralswiek na Rugii archeolodzy znaleźli wykonane z dębowych listew trzy łodzie z IX-X wieku. Najstarsza z nich miała od 13 do 14 metrów długości i około 3,5 metrów szerokości. Swoim wyglądem przypominały jednostki używane przez wikingów, gdyż to właśnie ze Skandynawii zaczerpnięto sposób budowy oraz pomysł wykorzystania siły wiatru do ich napędzania. W przeciwieństwie do statków skandynawskich, cechowały się małym zanurzeniem i umieszczonym bliżej dziobnicy ożaglowaniem, wykonanym z płótna lub cienkich skór. Jednostki nie były łatwe w manewrowaniu, gdyż żeglarze nie posiadali w tym czasie żadnych przyrządów nawigacyjnych, ale były za to bezpieczniejsze na wzburzonym morzu. W dzień korzystali ze słońca, w nocy zaś z gwiazd, ponadto brali pod uwagę siłę i kierunek prądów morskich oraz wiatru. Żeglowali blisko lądu, natomiast w czasie burzy lub mgły chronili się w licznych fiordach, które charakteryzowały linię brzegową zachodniej części basenu Morza Bałtyckiego, skąd też nierzadko dokonywali napadów na bezbronne jednostki handlowe. Piraci chronili się także w deltach rzek, tam też zakładali swoje bazy.
    Statki używane do celów wojennych, przypominające swoim wyglądem jednostki wikińskie, posiadały osłony z drewna wznoszone na burtach tuż przed bitwą oraz haki umieszczane na długich drągach, których używano do abordażu. Rolę ochronną przed gradem strzał pełniły także tarcze. Według reliefu z drzwi katedry gnieźnieńskiej z XII stulecia, na dziobnicy i tylnicy posiadały zdobienia w kształcie głów węży lub smoków. Słowianie, tak jak niegdyś wikingowie, duży nacisk kładli na atak z zaskoczenia, starali się jak najszybciej dotrzeć do celu bez wcześniejszych starć na morzu lub rzece. Wynikało to przede wszystkim ze stawianych flocie zadań, do których należało przerzucanie wojsk na terytorium wroga lub obrona wybrzeży. Morze traktowano wówczas jeszcze jako dogodną drogę, a nie akwen do działań bojowych. Według”Heimskringli” („Krąg świata”), XIII-wiecznego źródła opisującego dzieje królów norweskich, okręty słowiańskie mogły zabrać na pokład 44 osoby oraz dwa konie4. Dzięki konnicy Słowianie mogli szybciej opanować wybrane w głębi lądu cele, jednak podczas walki na morzu płochliwe konie stanowiły dla nich duże zagrożenie. W skład uzbrojenia słowiańskich korsarzy i piratów wchodził hełm, łuk, topór bojowy o szerokim ostrzu, tzw. topór brodaty, miecz jednosieczny oraz tarcza. Ta ostatnia, początkowo okrągła, od XI wieku przyjęła wydłużony kształt ze spiczastym zakończeniem u dołu, tzw. tarcza normańska.
    Wyprawa na Konungahelę
    Konungahela (Konghelle, obecnie Kungölv w południowej Norwegii), leżąca na granicy Norwegii i Szwecji w rozwidleniu rzeki Götafeld, znajdowała się w XII wieku pod panowaniem Eryka II, króla Danii. Pełniła wówczas funkcję ważnego ośrodka handlu morskiego i lądowego. Od strony morza dostępu do portu broniły wysokie i strome brzegi fiordu, z drugiej potężny, dobrze ufortyfikowany gród. Konungahela wydawała się być niemal nie do zdobycia. Mimo że Dania podzielona była wówczas na szereg małych księstw i nie była w stanie zdobyć się w krótkim czasie na wystawienie floty, która mogłaby skutecznie przeciwstawić się najeźdźcy, to jej okręty wciąż stanowiły realne zagrożenie dla wrogów.
    Nie wiadomo dokładnie jaki był faktyczny cel wyprawy, którą osobiście poprowadził rezydujący w Kamieniu książę Racibor I z dynastii Gryfitów, lennik księcia Bolesława Krzywoustego oraz brat Warcisława I, pierwszego historycznego władcy Pomorza Zachodniego. Prawdopodobnie, obok chęci zdobycia cennych łupów, o które w tak bogatym mieście nie było trudno, Słowianom przyświecał jeszcze cel polityczny – rozbicie układu duńsko-niemieckiego, którego ostrze wymierzone było w piratów i ich łupieżcze wyprawy, a także osłabienie gospodarcze i militarne Danii, głównego przeciwnika Ranów i Pomorzan. Faktem pozostaje jednak, że była to największa wyprawa morska Słowian Zachodnich. Jak podają źródła, wzięło w niej udział około 650 okrętów i prawdopodobnie około 29 tys. wojowników5! Czy w rzeczywistości tak było? Trudno jest dzisiaj na to pytanie odpowiedzieć. Jednak jest możliwe że tak duże przedsięwzięcie mogło wówczas dojść do skutku.
    Należy pamiętać, że kronikarze, dzięki którym posiadamy takie dane, częstokroć zawyżali siły przeciwnika, aby usprawiedliwić porażki lub wyolbrzymić zwycięstwa. Tak czy inaczej, potężna flota pomorska wypłynęła w kierunku Konungaheli z portu kołobrzeskiego, aby po pokonaniu 300 mil i dwóch cieśnin duńskich dotrzeć bez większych przeszkód do ujścia rzeki Götaelf. Do grodu leżącego 10 km w głębi lądu prowadziły jej dwie odnogi. Racibor, który nie po raz pierwszy brał udział w wyprawie na Skandynawów, a którego samo imię budziło przerażenie wśród wikingów, podzielił wojsko na dwie części, po czym skierował je pod bramy miasta. Rankiem 9 sierpnia 1136 roku obie armie ujrzały przed sobą cel wyprawy.
    W tym czasie w grodzie niejaki Einar, zięć proboszcza Andrzeja, wtargnął pospiesznie do kościoła, gdzie właśnie odprawiano poranną sumę, i powiadomił zebranych o licznych okrętach zmierzających w ich kierunku. Ludzie natychmiast opuścili mury świątyni, uzbroili się, a następnie zajęli dogodne pozycje na zbudowanym z drewnianych belek nadbrzeżu. Część Słowian bez większych przeszkód dobiła do brzegu, a następnie konno otoczyła gród. Pozostali nie mogli rozwinąć szyków, gdyż z jednej strony zaatakowały ich uzbrojone statki tamtejszych kupców, z drugiej zaś, zostali obrzuceni gradem strzał, oszczepów i kamieni przez stojących wzdłuż koryta rzeki obrońców. Po ciężkich walkach z kupcami wojownicy Racibora spalili statki Skandynawów, wzięli do niewoli tych co pozostali przy życiu, i wydostali się na brzeg. Nie było to trudne, gdyż obrońcy widząc przewagę Słowian pospiesznie wycofali się do miasta lub schronili za murami grodu. Najeźdźcy słowiańscy stracili w pierwszej fazie bitwy podobno 170 statków wraz z całym wyposażeniem6. Po krótkim odpoczynku Słowianie przystąpili do ostatecznego szturmu miasta, które zdobyli i spalili, oczywiście w pierwszej kolejności zabierając cenne łupy.
    Ci co nie zginęli od mieczy Słowian lub płomieni palącego się portu, znaleźli schronienie za murami grodu, ostatnim punkcie oporu. Racibor próbował jeszcze nakłonić Skandynawów do poddania się, zapewniając im możliwość bezpiecznego opuszczenia grodu wraz z bronią, suknem i złotem, jednakże obrońcy ani myśleli o kapitulacji. Brak zgody na zaproponowane przez Pomorzan warunki oznaczał tylko jedno – kontynuację batalii. Oblężeni, widząc zdecydowaną przewagę Słowian i determinację w osiągnięciu celu, postanowili ściągnąć posiłki z głębi lądu. W leżącej na północ od Konungaheli Skurbargi, gdzie właśnie odbywała się wielka uczta, na wieść o oblężonym grodzie niejaki Olwer chwycił wielki topór i krzyknął do współbiesiadników: „Powstańmy, zacni mężowie, chwyćmy za broń i pójdźmy na pomoc mieszczanom, albowiem każdemu, kto by to widział lub słyszał, zdałoby się to haniebnem, że my tu siedzimy i piwem brzuchy napełniamy, gdy zacni mężowie w mieście z naszej przyczyny życie swe w niebezpieczeństwach mogą stracić”7. Jak rzekł, tak też pozostali uczynili, z tym że ich pomoc na niewiele się zdała obrońcom. Z braku strzał, włóczni, kamieni i kijów, którymi razili nieprzyjaciół, obrońcy przyjęli warunki kapitulacji. Gród dostał się w ręce Pomorzan. W rezultacie Słowianie nie dotrzymali złożonej wcześniej obietnicy, „lecz zabrali wszystkich ludzi, mężczyzn, kobiety i chłopców, wielu pozabijali, mianowicie tych co byli słabi i niższego pochodzenia lub których trudno było uprowadzić z sobą. Zabrali wszystkie pieniądze, które były w grodzie. Król Racibór i jego zwycięskie wojska ustąpiły i powróciły do Slawii, a wielka liczba ludu, który wzięty był w Konungaheli, potem długo był u Słowian w niewoli. Lecz gdy zostali wykupieni i wrócili do Norwegii i dobra swego, już mniejszego zażywali majątku. Wielki port handlowy Konungahela nigdy nie wrócił do takiego stanu jak przedtem”8
    W kilka lat później, dokładnie w 1147 roku Racibor I objął po śmieci protoplasty dynastii Gryfitów tron w Szczecinie, skąd nadal kontynuował łupieżcze wyprawy do Skandynawii.
    Ostateczna rozprawa
    Opustoszałe wyspy i nadbrzeża, wyludnione wsie i osady, leżące odłogiem pola oraz niekończące się napady piratów i korsarzy słowiańskich wymusiły na Duńczykach konieczność ostatecznego uporania się ze słowiańskimi Ranami z Rugii. W 1153 roku powstał w Danii zakon, którego celem była ochrona skandynawskich wybrzeży oraz walka z piratami. Poczynania duńskiej organizacji w niczym nie ustępowały działaniom korsarzy. Napadali na słowiańskie jednostki handlowe równie bezwzględnie jak ich południowo-wschodni sąsiedzi, a skonfiskowane towary dzieli między siebie. Takie postępowanie doprowadziło do kontrofensywy, której efekty był przerażające:”W owym czasie rozzuchwalili się piraci, od granic Słowian aż po Eidorę wszystkie wsie od wschodu opuszczone przez mieszkańców (…) leżały bez uprawy roli. Zelandię od wschodu do południa (…) zalegała pustka (…), na Fionii nic nie zostało prócz paru mieszkańców…”9. Jednakże już w 1157 roku Słowianie ponieśli dotkliwą stratę – na wodach koło Joluholm na skutek burzy zatonęła flotylla składająca się z 600 statków (według innych źródeł z 1500). Trzy lata później połączone siły duńsko-saskie opanowały ziemie Obodrzyców, którym na pomoc przypłynęli Ranowie. Po przegranej bitwie u ujścia Warnawy także i ci zostali zmuszeni do zawarcia pokoju z Duńczykami za cenę rezygnacji z pirackiego procederu. Ostateczny podbój Rugii dokonał się w 1168 roku, kiedy to Duńczycy zniszczyli sanktuarium Świętowita w Arkonie, ostatni bastion pogaństwa, natomiast w 1184 roku koło przylądka Darsin zatopili flotę księcia Bogusława, co stało się definitywnym końcem morskiej świetności Słowian bałtyckich.
    Literatura:
    1 Helmold, Kronika Słowian, Warszawa 1974, s. 90.
    2 Tamże, s. 333.
    3 Tamże, s. 414.
    4 Ex Snorronis Historia regum Norvagiensium dicta Heimskringla, cyt. za K. Pieradzka, Walki Słowian na Bałtyku w X-XII wieku, Warszawa 1953, s. 107.
    5 Tamże.
    6 Tamże.
    7 Tamże, s. 108.
    8 Tamże, s. 109-110.
    9 Saxonis Grammatici Gesta Danorum, cyt. za T. i R. Kiersnowscy, Życie codzienne na Pomorzu wczesnośredniowiecznym, wiek XX-XII, Warszawa 1970, s. 71.

  5. C.D.

    Niklot (zm. 1160) – książę obodrycki (1131-1160), był jednym z możnych plemienia Obodrzyców, który walczył z Niemcami i Duńczykami o wolność swego ludu m.in. podczas krucjaty połabskiej w 1147. Jedyny słowiański władca, który pokonał wyprawę krzyżową i powstrzymał przymusową niemiecką akcję chrystianizacyjną. Wrogo usposobiony do chrześcijaństwa, starał się jednocześnie przez całe panowanie o przyjazne stosunki z cesarstwem i panami saskimi, uważając to za główną podstawę istnienia państwa obodrzyckiego.
    Stał, wspólnie z późniejszym księciem wagryjskim Przybysławem, w 1128 na czele zbuntowanych przeciwko narzuconemu przez cesarza Lotara III z Supplinburga księciu Kanutowi Lavardowi wschodnich plemion obodrzyckich (tj. Obodrzyców właściwych i Warnów). Wzięty do niewoli, został osadzony w twierdzy Szlezwik, i wypuszczony dopiero po uznaniu tego ostatniego za władcę obodrzyckiego, opłaceniu okupu i daniu za siebie zakładników.
    Po zamordowaniu Kanuta Lavarda w 1131 obwołany księciem Obodrzyców i Warnów. W wyniku wyprawy wojennej cesarza Lotara na jego państwo musiał uznać niemieckie zwierzchnictwo nad księstwem. Był lojalny i wspomagał cesarza w jego działaniach na pograniczu (m. in. pomoc przy budowie twierdzy Segeberg). Zachował się biernie także w latach 1137-1143, kiedy to wskutek niepokojów w Saksonii po śmierci Lotara, władca sąsiednich Wagrów – Przybysław usiłował zrzucić zależność od cesarstwa.
    Dopiero w obliczu wyprawy krzyżowej z 1147 aktywniej zaczął działać w kierunku obrony względnej niezależności swojego państwa. Zaczął fortyfikować najważniejsze grody, m.in. Dubin i starał się pertraktować ze swoimi sojusznikami w cesarstwie, głównie z Adolfem II z Schauenburga, grafem holsztyńskim, w celu ochrony swojego księstwa przed krucjatą. Wobec fiaska tych rozmów zaplanował najazd na sąsiednią, już saską, Wagrię (czerwiec-lipiec 1147), zakończony zdobyciem miasta Lubeki (zamek się obronił), twierdzy Segeberg i wzięciem do niewoli znacznej liczby kobiet i dzieci. Podczas krucjaty z tego roku Niklot dowodził osobiście obroną Dubina, zadając najpierw klęskę flocie duńskiej, w wyniku czego doszło do odstąpienia od oblężenia połączonych lądowych sił sasko-duńskich. Po zakończeniu działań wojennych zawarł pokój z wojskami krzyżowymi w Dubinie, na zasadzie status quo ante, i na mocy którego Obodrzyce mieli uznać zwierzchnictwo saskie i zobowiązać się do przyjęcia chrześcijaństwa.
    Wobec zdecydowanej wrogości Niklota w stosunku do wprowadzonej na mocy pokoju dubińskiego organizacji kościelnej na jego ziemiach, nie doszło do napływu księży chrześcijańskich do jego państwa. Wyczerpane walką z wojskami krzyżowymi państwo Niklota nie było w stanie samo poradzić sobie z secesją dwóch plemion: Chyżan i Czrezpienian w 1151 i został zmuszony do szukania pomocy w ich ujarzmieniu u grafa Adolfa. Wobec osamotnienia państwa obodrzyckiego po 1147, Niklot pozostawał uległym wasalem saskim, posyłając posiłki na wojnę z Danią w 1156. Rachuby, aby utrzymać istnienie państwa, zostały przekreślone wyprawą Henryka Lwa, księcia saskiego i bawarskiego, wnuka cesarza Lotara III.
    Śmierć Niklota (Niklots Tod) – obraz Theodora Schloepkego z lat 1855/1857 eksponowany w Staatliches Museum Schwerin
    Wobec zawiązania w 1160 koalicji między księciem saskim a królem duńskim Waldemarem I Wielkim, próbował dokonać ataku na ziemie wagryjskie i ponownie zdobyć Lubekę. Niepowodzenie tej akcji spowodowało konieczność spalenia kilku grodów, takich jak Iłów, Mechlin, Skwierzyn i Dubin, aby nie wpadły one w ręce wroga, i wycofanie się Niklota wraz z wojskiem do grodu Orle (Wurle) leżącego nad rzeką Warnawą na granicy ziemi Chyżan, gdzie pragnął się bronić. Zginął w czasie bitwy pod Orłem (dziś Wurle k. Butzow w Meklemburgii) w 1160 roku podczas najazdu Henryka Lwa na jego ziemie. Zajęte tereny stały się lennem niemieckiego księcia, które nadał synom poległego władcy Słowian: Przybysławowi i Warcisławowi.
    Od jego syna, Przybysława (Pribislav), wywodzi się dynastia książęca panująca w niemieckiej Meklemburgii do 1918 roku.

    Jomswikingowie z Jomsborga. Chąśnicy, słowiańscy wikingowie.
    Jest druga połowa X wieku, gdy państwo Piastów krzepnie i rozwija swój obszar w kierunku morza. Po ciężkich walkach Pomorzanie ulegają. W 967 roku Mieszko I rozciąga swoje władztwo na ujście Odry i Pomorze z Wolinem. Około 970r. król duński Harald Sinozęby wchodzi w układy z Wolinianami i zakłada przy Wolinie warowny Jomsborg. Ta twierdza wikingów powstaje na Srebrnym Wzgórzu, gdzie znajduje się podgrodzie wielkiego Wolina. Pierwszym jarlem Jomsborga zostaje Palnatoki, który buduje ogromny port dla 300 statków! Wkrótce Wolinianie rozwijają istniejącą stocznię, aby zbudować solidne statki dla wikingów Jomsborga. Poszycie tych okrętów jest konstruowane na zakład, a dachówkowato zachodzące na siebie wzdłużne deski sięgają od dziobu do rufy. Zapewnia to okrętom lepszą stateczność na falach i niebywałą prędkość w sprzyjającym wietrze, gdyż powietrze zbierające się w załamaniach poszycia zmniejsza tarcie i opory okrętu nawet o połowę!
    Szukający przygód młodzi Wolinianie zaciągają się na służbę do tej wojskowej twierdzy, w której mogą mieszkać tylko silni i sprawni mężczyźni. Kobiety mają tam wstęp wzbroniony. Słabi nie wytrzymują trudów szkolenia w posługiwaniu się ciężkim bojowym łukiem, toporem czy mieczem i tarczą oraz wielogodzinnego wiosłowania, a także krwawych walk na morzu. Jeżeli ktoś nowy chce wziąć udział w morskiej wyprawie jomswikingów, musi walczyć na śmierć i życie. Dopiero gdy zwolni sobie miejsce zabijając konkurenta – może ruszać w rejs. Zostają tylko najlepsi, dlatego już wkrótce normańsko – słowiańscy jomswikingowie sieją postrach na Bałtyku.
    W 974r. powracający z Rusi norweski jarl Olaf Tryggvason toczy bitwę morską ze Słowianami. Wkrótce jarl zmaga się również z Duńczykami. Jego wojskowy talent dostrzega Mieszko I, który zaprasza młodego Norwega do swojej drużyny. W 984r. córka Mieszka Świętosława zostaje żoną szwedzkiego króla Eryka. To sprzyja wspólnej polsko – szwedzkiej polityce w obszarze Bałtyku. W 985r. wspólna wyprawa Duńczyków i jomswikingów pokonuje w cieśninach flotę norweskiego jarla Haakona. W tym samym roku, podczas wielkiej bitwy nad rzeką Fyris w Szwecji, wojowników Eryka wspomagają Polacy. Wojowie z licznego orszaku Świętosławy odcinają posiłki duńskie ciągnące na pomoc wrogowi Eryka, jarlowi Strybjornowi Starki. Również wojsko polskie obsadza wyludnioną warownię wikingów – Jomsborg na Srebrnym Wzgórzu w Wolinie! To uniemożliwia jomswikingom Palnatokiego powrót do warownego portu, który zbudował tutaj jarl. Od tej pory namiestnikami Jomsborga będą jarlowie sprzyjający piastowskim interesom nad Bałtykiem. Pierwszym z nich zostaje Olaf Tryggvason, który wcześniej przez rok lub dwa przebywa w drużynie Mieszka I. Zna więc Piastów i ich język. Przez pięć lat Tryggvason piastuje funkcję jarla Jomsborga – Wolina w służbie polskiej. Spisuje się znakomicie skoro jego imię jest coraz bardziej znane. Ceni sobie wyprawy z jomswikingami. Odmawia nawet niemieckiemu cesarzowi Ottonowi II, gdy ten chce uczynić go księciem w Saksonii. Jest ambitny. Rośnie w siłę i marzy o norweskiej koronie.
    W 986r. wskutek ran odniesionych w walce o tron ze swoim synem Swenem Widłobrodym, umiera w Jomsborgu – Wolinie król duński Harald Sinozęby. Tymczasem Tryggvason postanawia pokonać flotę władającego Norwegią jarla Haakona. Na czele jomswikingów płynie do wybrzeży Norwegii. Bitwa jest zażarta, jednak to starcie z jomswikingami w zatoce Hjoerungavag wygrywa Haakon. W 991r. zostaje zorganizowana wielka wyprawa króla Swena Widłobrodego i jomswikingów na Anglię. Tym razem wojownicy z Jomsborga odnoszą zwycięstwo nad angielskimi wojskami. W 995r. Olaf Tryggvason na czele własnej floty wspomaganej przez jomswikingów najeżdża Norwegię i pokonuje wreszcie jarla Haakona. Po wypędzeniu jego synów ogłasza się królem Norwegii, którą włada tylko pięć lat. Jego konflikt ze Świętosławą – Storradą sprawia, że Tryggvason rusza swoją wielką flotą na słowiańskie wody. Czyżby chciał panować również w Jomsborgu i ujściu Odry? Na wysokości wyspy Rany (Rugii) czekają już na niego królewskie floty Danii, Szwecji i Polski. Dnia 9 września 1000r . flota Słowian i polskiego Wolina uczestniczy w największej z bitew wikingów: morskiej bitwie królów pod Svoldern (Zwłodziem), zakończonej klęską floty norweskiego króla Olafa Tryggvasona i jego śmiercią.
    Tymczsem w Jomsborgu rządzi w imieniu Bolesława Chrobrego przebiegły jarl Sigwaldi. Musi solidnie pilnować piastowskich interesów skoro w 1007r. sami Wolinianie skarżą się cesarzowi na twarde rządy Bolesława Chrobrego. W 1012r. jomswikingowie uczestniczą w zwycięskiej bitwie pod Canterbury w Anglii. Rok 1043 przynosi wyprawy Słowian i jomswikingów na Duńczyków, zdobycie miast Hedeby i Arhus. Niezwykle silna, odwetowa wyprawa króla Magnusa dotkliwie niszczy Jomsborg i podgrodzia Wolina. Ale Jomsborg odbudowuje się, skoro w 1069r. flota Słowian i jomswikingów uczestniczy w zwycięskiej wyprawie morskiej na Anglię, zorganizowanej przez króla duńskiego Svena II Estrydsena. W roku 1106 młody norweski król Sigurd sprzymierza się z jomswikingami i wyrusza na wielką wyprawę krzyżową przeciwko Saracenom. Zwycięski król w chwale wraca do Norwegii. Co się stało z jomswikingami – o tym kroniki milczą. Może pozostali w słonecznej Italii, albo też na służbie u bajecznie bogatych arabskich książąt, we flotach których często pojawiają się żeglarze – dowódcy o słowiańskich i normańskich imionach.
    Niektórzy historycy twierdzą, że Jomsborg i jomswikingów wymyślili skandynawscy skaldowie u schyłku XIIw, zlepiając w jedną całość wszystkie dokonania słowiańskich chąśników z Wolina oraz innych pomorskich portów, aby przypisać je normańskim wikingom. Ale to już wyzwanie dla wnikliwych, ambitnych historyków.
    Wrzesław Mechło za http://www.wrzeslaw-legends.yoyo.pl/jj.html

    KRUCJATA NA SŁOWIAN
    W roku 1147 pod hasłami walki z niewiernymi rozpoczęła się kolejna wielka krucjata. Armie krzyżowców organizowały wyprawę na Jerozolimę. Władcy sascy postanowili wykorzystać sytuację, aby zająć ziemie należące do Słowian. Powszechnie rozgłosili, że pod bokiem, nad Bałtykiem mają pogańskich sąsiadów i muszą im przynieść chrześcijaństwo. Papież zezwolił książętom saskim zamianę Saracenów na Słowian. Chrześcijańskim rycerzom idącym za Łabę przysługiwały takie same przywileje, odpusty i nagrody w niebie jak krzyżowcom pod warunkiem, że żaden nie przyjmie od pogan okupu, bo to by umacniało niewiernych w błędach ich wyznania. Sasom było na rękę wymordować nieposłusznych, a pozostałych zniewolić pod pretekstem niesienia chrześcijaństwa. W porozumieniu z Duńczykami ruszyła wielka wyprawa krzyżowa na Obodrzyców i chrześcijańskich Pomorzan.
    Obodrzycki książę Niekłót (Niklot) zorientował się w sasko-duńskich knowaniach. Uznał, że nie ma sensu czekać na wojska krzyżowców, lecz należy wyprzedzić ich działania i zniszczyć zapasy, z których mogą korzystać. W tym celu potajemnie zebrał znaczne siły morskie. Nocą przeprawił się przez zatokę zwaną dzisiaj Meklemburską i skierował flotę do ujścia rzeki Trawny (obecnie Trawe). Postanowił zaatakować ziemię wagryjską zanim saskie wojska wtargną do jego państwa. O świcie dnia 26 czerwca słowiańska flota podążała ku wielkiej Lubece – miastu, które już w 1143r. wymusiło od Danii przywilej wyłączności solenia i rozprowadzania śledzi. Należy podkreślić, że Lubeka była pierwszym nadbałtyckim portem zdobytym przez Niemców na Słowianach.
    Mieszczanie dostrzegli niebezpieczeństwo i zorientowali się w sytuacji. Postanowili natychmiast powiadomić rycerzy grodu oraz ludzi w mieście o zagrożeniu. Jednak na niewiele to się zdało, bowiem wszyscy: i w porcie i w mieście, byli pijani od nocnego świętowania. Już cieszyli się na przybycie armii krzyżowców, która miała obrócić w perzynę grody słowiańskich sąsiadów. Dlatego niespodziewany obodrzycki atak był niezwykle skuteczny. Statki w porcie stanęły w płomieniach i wkrótce poszły z dymem. Podobnie nadbrzeżne zabudowania i magazyny. Zginęło ponad trzystu mężczyzn, którzy próbowali walczyć ze Słowianami. Inni poszli w niewolę. Ci, którzy zamknęli się w warownym grodzie musieli wycierpieć dwudniowe oblężenie. Słowiańskie oddziały konne przemieszczały się po ziemi wagryjskiej, rujnując, co tylko napotkały! Aby pozbawić krzyżowców zapasów żywności wzniecano pożary. Płomienie trawiły pola uprawiane przez osadników z Westfalii, Niderlandów i innych kolonistów. Kto próbował opierać się zbrojnie – zginął, a jego żony i córki uprowadzano w niewolę.
    Gdy tylko o słowiańskiej wyprawie dowiedział się niemiecki władca Holsztynu i Wagrii hrabia Adolf, natychmiast zaczął gromadzić wojska, z którymi ruszył, aby wypędzić najeźdźców. Skoro wieść o tym doszła do Słowian, powrócili na swoje śmigłe statki pełne niewolników i wspaniałych łupów, po czym wrócili do swoich siedzib.
    Dokładną relację z tej wyprawy znamy z kroniki Helmolda – ówczesnego proboszcza Bozowa w ziemi Obodrzyców, który pisze:
    „Niklot czując, że wyruszenie wyprawy zostało już bezapelacyjne postanowienie, przygotowuje potajemnie siły morskie i przepłynąwszy cieśninę [Meklemburską],skierowuje flotę do ujścia Trawny /Trawe/, pragnąc ugodzić ziemię Wagrów zanim by jeszcze wojska saskie wtargnęły do jego państwa. O świcie dnia, w który obchodzi się święto męczenników Jana i Pawła [tj. 26. VI], flota Słowian wpłynęła przez ujście Trawny. Wtedy mieszczanie niemieckiej Lubeki, usłyszawszy zgiełk wojska, przywoływali mężów grodu mówiąc: „Usłyszeliśmy odgłos wielkiej wrzawy nadchodzącego tłumu i nie wiemy, kto by to był?” Wysłali również gońców do miasta i na targowisko, zawiadomić o grożącym niebezpieczeństwie. Lecz lud pijany od mnóstwa trunków nie dał się oddalić ani z ulic, ani ze statków, dopóki otoczeni wrogami nie utracili przez podłożony pożar łodzi obładowanych towarem. Tego dnia zginęło powyżej trzystu mężów […] Następnie ci, którzy byli w grodzie, musieli wycierpieć dwudniowe oblężenie. Natomiast oddziały konne przebiegające całą ziemię Wagrów rujnowały, co tylko zastały. Żarłoczny płomień strawił opole darguńskie i cokolwiek w dół Trawny uprawione było przez Westfalów, Holendrów i innych obcych kolonistów. Urządzili także rzeź tych dzielnych mężów, którzy przypadkiem próbowali opierać się zbrojnie, a ich żony i córki uprowadzili w niewolę […] Dowiedziawszy się o tym hrabia Adolf, władca Holsztynu i Wagrii, zgromadził wojska do walki ze Słowianami i wypędził ich ze swej ziemi. Skoro wieść o tym doszła do Słowian, powrócili do statków i odpłynęli obciążeni pojmanymi ludźmi i różnym dobrem, które byli zrabowali w ziemi wagryjskiej”…
    Główne siły krzyżowców nie zdołały pomóc Lubece, gdyż z trudem oblegały słowiański gród Dąbin (Dobbertin) oraz położony w pobliżu Zwierzyn (obecnie Schwerin) W Zatokę Wyszomierską wpłynęło prawie dwa tysiące duńskich statków, które dostarczyły stutysięczną armię wojowników biorących również udział w oblężeniu. Duńczycy zajęli port w Wyszomierzu (obecnie Wismar). Tymczasem obrońców Dąbina postanowili odciążyć pobratymcy z Rany. Wróżba świętowita w Arkonie wypadła pomyślnie i wielka rańska flota przybyła Obodrzycom na odsiecz. Słowiański atak ugodził zaskoczonych Duńczyków tak silnie, że nawet ich dowódca Asker – wielki biskup Roskilde – stracił głowę i ze świtą uciekł na ląd, pozostawiając swoje statki. Stojąca na zewnątrz flota Skanów została całkiem zniszczona. Tymczasem Niekłót śmiałym wypadem z twierdzy rozbił wojsko duńskie oblegające Dąbin i wiele tysięcy Duńczyków „zgładziły słowiańskie miecze”. Do tego doszła wieść o napadzie Słowian na ich flotę. Przestraszeni Duńczycy wycofali wojska z oblężenia Dąbina, powrócili na statki i zaatakowali Ranów, którzy jednak na swoich znacznie szybszych statkach bez trudu umknęli pościgowi. A cel, jakim było odciążenie obrońców Dąbina, został w pełni osiągnięty. Obwiniający się wzajemnie za klęskę skłóceni Duńczycy nie powrócili już wspomagać krzyżowców, lecz na ocalałych okrętach uciekli do swoich grodów.
    Podobna, wzajemna pomoc Słowian ochroniła przed zdobyciem i zniszczeniem przez wojska krzyżowe warowny Dymin (obecnie Demmin) nad rzeką Trzebszą (Trebel) i pobliski Mechlin (obecnie Meklenburg). Słowianie coraz częściej robili wypady z obleganych grodów, a ich niewielkie odziały skutecznie nękały krzyżowców.
    Całkowitą militarną i moralną kompromitacją wyprawy krzyżowej na ziemie Słowian okazał się nadodrzański Szczecin, na wałach którego biskup Wojciech, dawny kapelan Bolesława Chrobrego umieścił chrześcijańskie krzyże. Następnie wyszedł z procesją przed wały grodu i wytłumaczył krzyżowcom, że chrystusowa religia trwa na tej słowiańskiej ziemi już od 1124 roku. A wprowadził ją nie kto inny, tylko sam biskup Otton z Bambergu. Zarzucił przy tym saskim książętom ich gwałty i grabieże podkreślając, że nawracanie jest sprawą pokoju, a nie oręża i rozlewu krwi. Po otrzymaniu wynegocjowanego okupu krzyżowcy odstąpili od miasta. Przy stracie wielu ludzi, bez większych łupów, z opuszczonymi głowami rycerze krzyżowi wracali spod Szczecina do domu. Dołączyły do nich bezskutecznie oblegające Dąbin i Dymin wojska krzyżowe, których jedynym osiągnięciem było to, że Niklot obiecał im przyjąć chrześcijaństwo i wypuścić jeńców. Tak właśnie wielka i szumna wyprawa krzyżowa na Słowian północy zakończyła się nieoczekiwanie marnym skutkiem, a nawet kompromitacją saskich wichrzycieli.

    Wrzesław Mechło za http://www.wrzeslaw-legends.yoyo.pl/kruc.html

    SLAWA! SLAWA!SLAWA!

  6. c.d.

    SŁOWIANSKA SIŁA ZBROJNA – SLAVIC ARMED STRENGHT

    Słowianie, najliczniejsza etnicznie i językowo indoeuropejska grupa ludnościowa w Europie, zamieszkująca obecnie środkową, wschodnią i południową część tego kontynentu. W średniowieczu, od Vw. Słowianie Zachodni zamieszkiwali ziemie między Morzem Bałtyckim, Łabą, Hawelą, Odrą i Wisłą. Zwani też byli Wenedami (raczej niesłusznie) lub Chąśnikami. Część plemion (Słowianie Połabscy) zajmowała tereny między Odrą i Łabą i dalej na zachód, w okolicach dzisiejszego Hamburga i do Bawarii i Tyrolu (Żytyce, którzy wymieszali się z Bawarami i Szwabami, Bawarzy pochodzą częściowo od Awarów, ludu ugro-ałtajskiego ale to inne zgadnienie). Ich łupieżcze wyprawy wojenne docierały do dzisiejszej Francji – Alzacja, złupienie i spalenie Strassburga (nękając tamtejsze plemiona germańskie Franków, Burgundów, Allemanów, Wizygotów, Herulów, Anglów, Jutów, Sasów, oraz celtyckich Galów i Belgów), Szwecji, Norwegii, Kurlandii, wysp Bornholmu i Gotlandii oraz Wysp Alandzkich. Systematycznie napadali na Duńczyków (Ranowie), docierali do Brytanii, wszędzie siejąc pożogę, śmierć i przerażenie. Ranowie, Obodryci i Wieleci a prawdopodobnie również Słowianie z dzisiejszego Pomorza, samodzielnie lub wspólnie z Waregami (wikingami szwedzkimi) penetrowali ziemie ruskie wzdłóż rzeki Wołgi aż do Konstantynopola. Słowianie Południowi pustoszyli Peloponez (Grecja), Bizancjum (Konstantynopol). Docierali do greckich wysp na Morzu Egejskim, wybrzeży Anatolii (Turcja) a nawet do Egiptu (złupienie Aleksandrii).

    Dlaczego piszę o Słowianach? Temat w czasie dzisiejszej globalizacji i postępu technologicznego tak niemodny, interesują się nim tylko naukowcy i nieliczni entuzjaści. Ja jednak odczuwam taką potrzebę, może to taki zew krwi, może to tzw. pamięć genetyczna. Może, mimo tego że przecież już od dość dawna nie jestesmy czyści rasowo na skutek zawirowań historycznych, wędrówek ludów, wojen, obcego osadnictwa. Mamy w sobie genotyp różnych ludów europejskich i azjatyckich, różne są też typy antropologiczne. Ja posiadam bardzo rzadką w Polsce i na świecie grupę (podgrupę) krwi: A1B Rh – (minus). Główna grupa AB na ogół nie przekracza 8 % w Polsce i na świecie, podgrupy 1 i 2 jeszcze mniej tylko to chyba, jak się wydaje, o niczym istotnym nie świadczy.

    Trochę mało znanych ciekawostek o Słowianach
    Słowianie, o czym nie wszyscy zdają sobie sprawę, byli ludem ekspansywnym. Ślady ich osadnictwa znajdowano w różnych krajach. Zasiedlili Grecję (Peloponez), Kretę, Azję Mniejszą, Syrię, Półwysep Iberyjski, Maroko. Liczni Słowianie występowali w Egipcie. Poza tym osady słowiańskie znaleziono w Skandynawii, na wyspach Bornholm i Gotlandii, które były też systematycznie przez nich napadane i łupione, oraz w północnych Włoszech. Ślady osadnictwa w Islandii datuje się mniej więcej na ten sam okres co osadnictwo Germanów skandynawskich. Przypuszcza się że mogli brać udział wspólnie z Norwegami Leifa Ericsona w wyprawach do Grenlandii i do Nowego Świata – czyli Ameryki nazwanej wtedy przez nich Vinlandią. * Słowianie, co było rzadkością w średniowieczu, dbali o higienę. Każda wieś posiadała przynajmniej jedną łaźnię. * Skandynawowie przejęli od Słowian topór. Nawet nazwa pozostała ta sama taparoex. * Berlin, Drezno, Lipsk, Greifswald, Brema, Wolgast, i wiele innych miast niemieckich zostało założonych przez Słowian.* Niektóre monety Bolesława Chrobrego miały napisy w cyrylicy. Na monetach Mieszka I, obok będącego w centrum krzyża, znajdują się swastyki, czyli symbole solarne. * Nieodłącznym elementem mody słowiańskiej były kabłączki skroniowe. Kobiety zawieszały je na opasce noszonej na głowie w ten sposób, że zwisały one na wysokości skroni. Po miejscu ich występowania możemy poznać, gdzie przebywali Słowianie, a gdzie nie. * Słowianie budowali wspaniałe łodzie przystosowane do podróży morskiej. Różniły się one od skandynawskich tym między innymi, że były mniej smukłe, czyli mniej szybkie i mniej zwrotne, ale za to mniej wywrotne i przystosowane do transportu koni (ogółem do łodzi wchodziło 40 ludzi i kilka koni). Na tych łodziach Słowianie łupili Wikingów i Brytów (Piktów, Szkotów, Anglów). Jedną z metod walki na morzu z Wikingami było taranowanie ich długich łodzi – drakkarów, które jako mniejsze i słabszej konstrukcji nie wytrzymywały uderzenia. Systematyczne wyprawy wojenne Ranów na Duńczyków doprowadziły do utraty jednej trzeciej części mieszkańców Danii. * Nazwy czterech rodzajów statków przejęli Wikingowie. Ich łodzie były budowane przy użyciu gwoździ, które w kontakcie z wodą morską szybko ulegały korozji. Słowianie natomiast używali drewnianych klinów i kołków co bardzo przedłużało ich trwałość. * Dzięki Słowianom Germanie południowi (np. Niemcy) zaznajomili się z ogórkami (gurken), a także z czereśnią turecką i brzoskwinią, hodowaną w Polsce już w IX w. * Słowianie byli mistrzami w budowie drewnianych mostów. Najdłuższy z nich na jeziorze Teterow (obszar dawnego RFN) liczy 3 m szerokości i 750 m długości. * Germanie przejęli od Słowian słowo gród. Widać to choćby w takich określeniach: asgard, gardarike itp.

  7. c.d.

    WIKINGOWIE I SŁOWIANIE. Najnowsze odkrycia.
    Jak dowiadujemy się z najnowszych odkryć archeologicznych przeprowadzanych przez polski zespół archeologów na Dalekiej Północy pod kierunkiem prof. Przemysława Urbańczyka, słowiańscy żeglarze, niewykluczone, że nawet z terenów położonych nad Wisłą, uczestniczyli w wyprawach Wikingów na północny Atlantyk a co więcej brali udział w zasiedlaniu dalekiej Islandii. Potwierdzają to, odkryte w ostatnich latach w Skandynawii ślady typowo słowiańskich chat z IX – X wieku, zupełnie odmiennych od ówczesnej zabudowy miejscowej. Takie chaty znajdują się w Danii, Szwecji, Norwegii oraz właśnie na Islandii. Polscy archeologowie zajmują się badaniami na Islandii od 1999 r., poszukując najstarszych śladów osadnictwa na wyspie. Profesor Urbańczyk prowadził także wiele badań m.in. na Lofotach, gdzie odkrył zaginione miasto Wikingów – Vagan, oraz za kręgiem polarnym, na przylądku Norkap. Jak podkreślał, od samego początku badań na wyspie lodu, pojawił się wątek słowiański, bowiem znanym jest faktem, że Słowianie wraz z Wikingami docierali do północnej Norwegii, i na Islandię, i tam też się osiedlali. Nie byli to ani jeńcy ani niewolnicy, bowiem w tradycji Wikingów budowa domów była atrybutem ludzi wolnych. Wikingowie nie tworzyli jeszcze jednorodnego narodu, byli raczej kastą czy grupą zawodowych kupców, żeglarzy i piratów. Nie wiemy też dokładnie jacy Słowianie zatem przystępowali do tej nordyckiej społeczności, choć mówi się o Połabianach. Wikingowie cenili ludzi potrafiących walczyć i budować okręty, ludzi znających się na żeglowaniu. Zatem Słowianie słynący z tych cech, a także znani z piractwa na Bałtyku i Morzu Północnym nie byli przez Wikingów odtrącani. Osadnictwo na Islandii doprowadziło jednak do znacznej dewastacji wyspy (m.in. wycięto lasy), choć sprowadzono na nią bydło, niezbędne do przeżycia w tamtych czasach.

    Wbrew romantycznym wizjom świtu naszej państwowości, którym tak chętnie ulegamy, powstanie Państwa Polskiego, które ostatecznie miało miejsce w połowie X wieku, nie mogłoby dokonać się bez udziału siły, a postępująca centralizacja władzy książęcej nie istniałaby bez wiernej siły zbrojnej – drużyny.
    IGOR D. GÓREWICZ 2004-05-06
    Niestety tworzeniu się tego istotnego aspektu państwowości słowiańskiej towarzyszą stwierdzenia o zewnętrznym czynniku „inspirującym” Słowian do organizacji siły wojskowej.

    „Pierwsza armia państwowa”
    Już w poprzedzających Mieszka I wiekach rozpoczęło się kształtowanie instytucji drużyny, a wybitny badacz słowiańszczyzny Henryk Łowmiański zauważył, iż „zjawisko drużyny w jego pierwotnej postaci jest znane społeczeństwom przedpaństwowym”[1]. Większość badaczy przyznaje ponadto, iż drużyna była głównym czynnikiem podpierającym władzę książęcą[2].Trudno więc obronić pogląd, iż utrzymywana w takich warunkach drużyna nie była wprawna w walce i wymagała zewnętrznego czynnika szkoleniowo-organizacyjnego w swoim składzie. Reasumując, wczesne drużyny grodowe znane były plemionom prapolskim od dawna, a przynajmniej od początku X wieku.

    W wyniku powiększania władzy książęcej mamy do czynienia z drużyną ściśle już państwową, która szczyt swej potęgi datuje od połowy owego wieku. Trzeba też dodać, że o informacje o wojskach Mieszka I i Bolesława I Chrobrego podaje szereg źródeł, ale żadne z nich nie wspomina o obcym jej pochodzeniu, czy importowaniu sposobów walki. Wręcz przeciwnie zawsze podkreślana jest siła władców słowiańskich, czy polskich i ich ludu. Te same źródła mówią o zaopatrywaniu drużyny przez księcia w sprzęt wojskowy, odzież, otaczaniem „opieką socjalną” ich rodzin, rozporządzaniem ich ożenkiem, co dowodzi, iż była to formacja stanowiąca w zasadzie zalążek armii państwowej, a nie najemnicy, którym płaci się za usługę. Czy więc rzeczywiście wcześni książęta polańscy i polscy mogli polegać na tak niezależnym i nietrwałym czynniku, jak opłacani najemnicy?

    Wybitny archeolog, prowadzący przez dziesiątki lat wykopaliska na Wolinie, były dyrektor Muzeum Narodowego w Szczecinie, znawca tematyki wczesnego średniowiecza prof. Władysław Filipowiak, w wywiadzie z 2000 roku zapytany o rzekomych najemników normańskich w drużynie Mieszka I powiedział: „Już była dyskusja na ten temat i nie ma co więcej dyskutować (…) Jeśli nawet uczestniczyli w niej (drużynie – przyp. I.G.) inni, to znaczną większość musieli stanowić miejscowi woje i ci decydowali o wszystkim”.[3] Zdecydowanie odrzucił też możliwość udziału najemników wskazując, iż mamy tu do czynienia z „pierwszą armią państwową”.

  8. Sztuka wojenna Słowian

    Jeden z najznakomitszych znawców Słowiańszczyzny Witold Hensel stwierdził, iż „prawie wszystkie przekazy pisane mówią o dużych umiejętnościach Słowian w zakresie sztuki wojennej”.[4] Słowiańska technika wojskowa była na tyle zaawansowana i skuteczna, że stanowili oni już w VI w. n.e. groźną siłę i prowadzili z powodzeniem walki z Bizancjum (oblegając nawet Konstantynopol), Awarami, czy Frankami. A były to nie tylko walki obronne, ale często i zaczepne, prowadzone na terytorium wroga. Jeden z kronikarzy bizantyjskich zanotował odpowiedź Dauritasa i innych wodzów Słowian naddunajskich gnębiących Bizancjum ok. 578/579 r. do posłów awarskich:
    „Jeszcze się taki nie urodził i nie pojawił pod słońcem, kto by potrafił ujarzmić nasza potęgę. Myśmy przywykli do tego, aby panować nad cudzymi ziemiami, a nie by kto inny nad naszą; i tego jesteśmy pewni, póki istnieje wojna i miecz.”[5]
    Wielu spośród średniowiecznych kronikarzy dawało świadectwo swego uznania dla skuteczności wojennej Słowian.
    Orderyk Vitalis opisał wyprawę króla duńskiego Swena na Anglię z 1069 roku, w której wspomagała go m.in. Polska, a także plemiona Luciców (Wieletów), o których wyraził się iż „lud ten był doświadczony w walkach na lądzie i na morzu”.[6] Wojowniczość Słowian podkreślało wielu kronikarzy, jak choćby wtedy, gdy wspominali, że: „ogólnie rzecz biorąc Słowianie są skorzy do zaczepki i gwałtowni i gdyby nie ich niezgoda, wywołana mnogością ich gałęzi i podziałów na szczepy, żaden lud nie zdołał by im sprostać w sile”.[7] Prawdopodobnie Słowianom nieobcy był także szał bitewny, który wywoływany bywał u wielu ludów w bardzo różnych czasach, a który najpowszechniej znany jest w przypadku wikińskich berserkerów.

    Takiego szału możemy dopatrywać się w opisie słowiańskiego ataku na Konungahelę autorstwa Snoriego Sturlasona, mówiącego, iż po wydaniu przez księcia Racibora rozkazu do szturmu, jeden z jego wojów samym tylko mieczem lub toporem, nie zważając na draśnięcia i rany, odrzuciwszy nawet tarczę przedarł się do samej bramy zabijając w niej wartowników. Obrońcy zarzucali go gradem pocisków, te jednak chybiały lub nie robiły wrażenia na rozjuszonym wojowniku. Obrońcy pomyśleli więc, że to magia go chroni, „na to ksiądz Andrzej wziął święcony ogień, pobłogosławił go i wsadził weń ostrze, aż się opaliło, to nabił na strzałę i podał Asmundowi. Ów wystrzelił ją na czarownika, a ta ugodziła go tak, że od razu miał dość i padł na ziemię””. Tak wydarzenia te tłumaczył autor sagi, my jednak możemy pokusić się o wyjaśnienie, że naczelnik Semund polecił wprawnemu łucznikowi Asmundowi ostateczne usunięcie wojownika, ten bowiem zdawał się w szale nie odczuwać pomniejszych draśnięć czy ran.[8]
    Na szczególną uwagę zasługuje rodzima taktyka prowadzenia działań zbrojnych, bowiem plemiona mające stworzyć wczesnośredniowieczną Polskę wyspecjalizowane były w dostosowaniu jej do warunków terenowych panujących na ziemiach polskich, pokrytych gęstą puszczą, rozległymi bagnami i szerokimi rozlewiskami rzek. Wykorzystywano więc ukształtowanie terenu i cieki wodne do budowania głębokich linii fortyfikacyjnych. Charakterystyczna dla Słowian (ale nie tylko, bowiem wykorzystywano ją za czasów panowania Mieszka i Chrobrego podczas budowy wałów) jest technika wznoszenia grodów obronnych, polegająca na usypywaniu potężnych wałów o konstrukcji hakowej i skrzyniowej, zakończonych na szczycie ostrokołem.
    O umiejętnościach wojennych Słowian i wadze (dla celów obronnych) grodów świadczy przekaz tzw. Geografa Bawarskiego z IX wieku, który wymienia m.in. prapolskie plemiona, podając ilość grodów, którymi dysponują (871)[9].Witold Hensel stwierdził wręcz, iż prapolskie fortyfikacje należały do najpotężniejszych tego typu w ówczesnej Europie. Skandynawia np. na tym tle wypada wyjątkowo mizernie, gdyż tam jeszcze do XIII wieku używano czasami prymitywnych ostrokołów[10], choć oczywiście nie można zapominać o przykładach skandynawskiego budownictwa warownego, jak choćby potężne obozy wojskowe tzw. grody typu „Trelleborg” wiązane z Haraldem Sinozębym. Wałami otoczone było też Hedeby i Birka, a poza tym całą Jutlandię odcięto od Niemiec potężnym wałem tzw. Danewirke.
    Podobnie zresztą wysoki poziom reprezentowali Słowianie w technice oblężniczej, gdyż już w walkach z Bizancjum, np. podczas zdobywania Salonik, posługiwali się różnymi machinami oblężniczymi. Gall Anonim pisze o używaniu przez Polaków, m.in. wyrzutni wielkich głazów działających na zasadzie łuków – samostrzałów. Znano je także na Rusi. Wiele z tego przejęto właśnie z Bizancjum lub czerpiącego z dorobku rzymskiego zachodu Europy.[11]
    Krystyna Pieradzka zwróciła uwagę, iż opisy ataku i zdobycia przez Słowian Konungaheli wspominają o miotaniu przez skandynawskich obrońców pocisków wyłącznie ręcznie, podczas gdy Saxo Gramatyk pisze, iż Słowianie broniąc Wołogoszczy w 1178 r. skutecznie używali machin miotających. W tym wypadku mamy jednak do czynienia z przykładem twórczego rozwoju słowiańskiej myśli technicznej, bowiem zgodnie z opisem kronikarza obrońcy „przygotowali nieznane dotychczas machiny”, które z niespotykaną celnością raziły okręty duńskiego króla Kanuta i arcybiskupa Absalona[12]. Także Andrzej Nadolski wskazuje na przekaz Thietmara dotyczący walk pod Niemczą w 1017 roku, mówiący o wykorzystywaniu machin oblężniczych przez wojska piastowskie i choć przekaz ten nie przybliża wyglądu machin to badacz nakazuje szukać analogii w innych krajach europejskich czerpiących z dorobku rzymskiego.[13]
    Słowianie do perfekcji opanowali także walkę podjazdową, którą wykorzystywali wobec silniejszego przeciwnika. Nawet niemiecki kronikarz Thietmar darzy uznaniem skuteczność słowiańskiej taktyki opisując walki Chrobrego z Niemcami na Śląsku, a wiadomo, iż te same sposoby używali Słowianie już w VI wieku, bowiem opisywał je bizantyjski cesarz Maurycjusz. Słowianie z powodzeniem łączyli działanie różnych rodzajów broni, jak Bolesław Chrobry, który wykorzystywał współdziałanie konnicy i łuczników, lub wcześniejsze, mieszkowe, mistrzowsko przeprowadzone działanie kombinowane przeciw potężnym ciężkozbrojnym oddziałom Niemców pod Cedynią. M.in. z opisów zdobycia Konungaheli wiadomo też, że Słowianie wykorzystywali strzelców wyborowych, osłanianych przez wydzielonych tarczowników i skutecznie rażących wybrane cele. Porównajmy to np. z wojownikami normańskimi, zwanymi wikingami, którzy przygotowani byli do zupełnie innego charakteru zadań bojowych, polegających głównie na szybkich wypadach, podczas których atakowali raczej bezładnie, bez konkretnej taktyki, by równie szybko dokonać odwrotu.

  9. c.d.

    Konnica i formacje piesze

    Około X wieku stopniowo na znaczeniu zyskiwała konnica, po długim okresie decydującej roli formacji pieszych. Nie był to proces swoiście polski, czy słowiański, lecz ogólnoeuropejski, gdyż w tym kierunku ewaluowała taktyka i technika wojskowa. Słowianie natomiast od dawna hodowali konie, oraz ujeżdżali je zarówno do celów transportowych, jak bojowych. Wiadomo, dzięki kronice Prokopa z Cezarei, iż już w latach 536/37 istniały oddziały konnicy w służbie Bizancjum, złożone z Hunów i Słowian.[14] Jest to oczywiste, gdy weźmie się pod uwagę, iż Słowianie stosunkowo późno opuścili tereny stepowe i przybyli na tereny środkowoeuropejskie. Poza tym przez setki lat, już na stanowiskach europejskich Słowianie sąsiadowali i walczyli ze stepowcami, a jak uczy historia wojskowości, technika w tym zakresie przenika od ludów z którymi toczy się najdłuższe walki (patrz przykład wschodniego sposobu uzbrojenia polskiego od XVI wieku, wraz z szablą; wcześniej natomiast, gdy walczyliśmy z europejską techniką wojskową rycerstwo polskie uzbrojone było w zachodnim stylu, choć ok. 50 lat spóźnione; uzbrojenie Rusi natomiast zawsze posiadało wyraźnie mieszany wschodnio-bizantyjski styl).
    Tak więc od ludów koczowniczych Słowianie przejęli strzemiona, a od VII, VIII wieku znali ostrogi z kolcami odgiętymi do środka, następnie przyjęły się strzemiona z kółkami, a od IX w. ze spłaszczonymi końcami ramion[15]. Niektóre ostrogi były bogato zdobione srebrem i złotem, które choć też zapożyczone (tym razem nie od ludów stepowych), produkowane były na miejscu, dawniejsza nauka twierdziła ponadto, że ostrogi znane były Słowianom już od okresu późnolateńskiego. Poza tym Ibrahim ibn Jaqub, uczony i podróżnik żydowski z Kalifatu Kordoby w Hiszpanii, pisał, iż „Prapolacy” wyrabiają siodła i uzdy. W ówczesnej Polsce żyła rodzima rasa koni, podobna do tarpanów, niewielkich, ale bardzo wytrzymałych, podobnie jak konie późniejszych Mongołów.
    Można znów odwołać się do porównań ze Skandynawami, wykazując zasadnicze różnice. Wiadomo z wielu źródeł, iż tzw. wikingowie używali koni głównie do transportu drogą lądową, natomiast do walki stawali w przygniatającej większości przypadków pieszo. Owi wikingowie, jako piraci, handlarze, najemnicy podróżowali na swoich łodziach (tzw. drakkarach, knorrach), z których to często bezpośrednio rzucali się do ataku, jak było m.in. po splądrowaniu klasztoru w Lindisfarne (Anglia). Potwierdzenie tej tezy odnaleźć można w wielu przekazach opisów walk np. na południowym brzegu Bałtyku, czy podczas ataku na Paryż w IX wieku. Else Roesdahl pisze: „liczne (…) opisy walk wikingów pozwalają nam wnioskować, że (…) przeważali wśród nich piesi wojownicy. Koni używano w wojsku do celów transportowych na lądzie…”.[16] Autorka nie wyklucza, że i Normanom zdarzało się walczyć „siedząc na koniu”, ale określa to jako sporadyczne, gdyż nawet większość podróży lądowych odbywali oni pieszo. Dodajmy, iż trudno dziwić się pieszej walce Normanów, gdy weźmie się pod uwagę górzystość i skalistość znacznych połaci Skandynawii, a także brak podstawowego pożywienia dla koni (tereny ubogie w roślinność) co nie sprzyjało rozwojowi konnej techniki walki.
    Inaczej Słowianie, o których wiadomo, że na każdej łodzi, która wchodziła w skład flotylli płynącej z wyprawą na Konungahelę, wieźli 44 ludzi i 2 konie. Poza tym na pieszą walkę Normanów wskazuje już ich uzbrojenie ochronne w postaci okrągłej tarczy, która trzymana była w dłoni za imacz, czyli żelazny lub drewniany pręt dzierżony w garści oraz umba, wypukłe elementy żelazne, chroniące z zewnątrz dłoń walczącego (które są najczęstszym znaleziskiem, świadczącym o używaniu tarcz). W związku z tym walczący miał zajętą lewą dłoń i nie mógł prowadzić konia. Poza tym cała konstrukcja tarczy przeznaczona była głównie do walk morskich i przybrzeżnych. Także jej kolisty kształt niedostatecznie kryłby jeźdźca. Natomiast słowiańskie tarcze z tego kresu wykonane były w całości z materiałów organicznych, bez metalowych okuć, i dzierżone były na pasach nasuwanych na przedramię tak, że dłoń pozostawała wolna i mogła prowadzić wodze. Przystosowane więc były dla konnicy.
    Niektórzy uważają, że tarcze okrągłe, a więc takie jakich używali wikingowie, służyły do ochrony podczas bitew morskich, podczas gdy owalne przy walkach lądowych.[17] Faktem jest, że dość szybko upowszechniły się u Słowian tarcze kształtu migdałowatego lub owalnego, które choć na pierwszy rzut oka kojarzone mogą być z ochroną konnego, to często pojawiają się na ikonografii w kontekście wojowników pieszych. Kronikarz Saxo Gramtyk pisze, że przed samym starciem Słowianie polewali swoje tarze wodą, bowiem skóra obciągnięta na tarczach wysychała i kurczyła się od słońca, co zwiększało jej podatność na rozłupanie. Z doświadczeń wiadomo, że tarcza choćby z mokrego drzewa, mimo, że łatwiej w niej o wgniecenia, znacznie trudniej ulega rozłupaniu niż egzemplarz suchy.
    W swoich przekazach Ibrahim ibn Jakub donosi o mizernej jakości słowiańskich tarcz. Skąd brała się ta opinia? Tarcza często służyła jednorazowo, trudno bowiem spodziewać się, że kilka desek oprzeć miałoby się ciosowi potężnego topora bojowego, zwłaszcza zaś dwuręcznego. Prawdopodobnie więc tarcze produkowano masowo i szybko, a więc „ekonomicznie”, skoro i tak chronić miała przy pierwszym zderzeniu lub przed ostrzałem łuczniczym czy procarzy. Zdanie takie zdaje się potwierdzać najnowsze odkrycie tarczy w Szczecinie (o kształcie sugerującym element przejściowy pomiędzy migdałem a trójkątem), której datacja choć dość rozciągła skłania się ku początkowi XIII wieku. Tarcza ta wykonana z sześciu deseczek drzewa olchowego ma grubość jedynie 5 mm (sic!) a o zniszczeniu czasem nie może być mowy, bowiem zachowały się malowidła na stronie zewnętrznej. Tarcza ta wpisuje się również w to co powiedzieliśmy wcześniej o braku okuć na szczytach słowiańskich, bowiem nie tylko jest ich pozbawiona, ale na stronie wewnętrznej zachował się skórzany pas – imacz.[18]

    Wracając do zagadnienia walki konnej – powyższe uwagi nie sugerują tego, że Słowianie nie stawali pieszo, bowiem rzeczywiście piechota stanowiła główną masę ówczesnych armii. Poza taktyką i wymogami terenu, wpływał na to także fakt, iż utrzymanie konnicy wiązało się z bardzo wysokimi kosztami. Konnicy dostarczali więc z jednej strony możni, z drugiej formacje drużynne, skupione wokół księcia i ważniejszych władyków plemiennych. Pieszo natomiast walczyła liczniejsza grupa pieszych tarczowników i masa pochodząca z pospolitego ruszenia, ona też była słabiej uzbrojona. Tekst kroniki Ibrahim ibn Ja’qub z połowy X wieku wspomina co prawda, iż Mieszko posiada drużynę pieszą, gdyż w jego kraju gęsto porośniętym lasem, trudno się było konnicy poruszać, ale wersja owa pochodzi z XIII-to wiecznego odpisu al-Kazwiniego, nie ma natomiast tego stwierdzenia w wersji al-Bekriego, który natomiast donosi o kraju Obodrzyców Nakona, iż obfituje w konie i że stąd się je eksportuje. Obie wersje natomiast donoszą, iż książę Mieszko daje swoim żołnierzom obok odzieży i broni, także konie.[19]
    Składały się na nie dwie kategorie, tj. uzbrojenie ochronne i zaczepne. Do pierwszej z nich należą hełmy (czyli rodzime „szłomy”), tarcze (szczyty – patrz wyżej) i pancerze, do drugiej zaś głównie miecze, topory i włócznie.
    W przypadku szłomów – w X wieku używanych głównie przez wojskową elitę – najczęściej używanym modelem był hełm z nosalem, tzw. stożkowy, błędnie zwany „normańskim”, gdyż dawniej łączono go głównie z północnymi wojownikami, podczas gdy był to typ używany w wielu krajach ówczesnej Europy.[20] Piękny egzemplarz takiego hełmu znany jest z Czech i łączony ze św. Wacławem. W tym przypadku dzwon hełmu pochodzi z wieku IX, nosal zaś dodano już w wieku X i to w dodatku błędnie, bowiem w tylnej części dzwonu! W Polsce szłomy znaleziono w Jeziorze Lednickim, ale te egzemplarze pochodzą już z XI wieku. Dzwony tych hełmów wykonane mogły być z jednego elementu, co dawało znakomite walory techniczne, ale trudność ich wykonania wpływała niekorzystnie na cenę. W związku z tym produkowano tańszą, pierwotną wersję w tzw. konstrukcji żebrowej.
    Innym modelem szłomu, używanym w państwie pierwszych Piastów były szyszaki, tzw. szłomy typu ruskiego, zwane też „wielkopolskimi”, gdyż właśnie tam odnaleziono grupę takich hełmów. Znane ze swej pozłoty, prawdopodobnie stanowiły jednocześnie rodzaj insygnium, na który mógł sobie pozwolić wyłącznie książę i najbliższe otoczenie. Nie posiadały one zresztą tak dobrych walorów technicznych, jak hełmy stożkowe.

    Pancerze i kolczugi
    Podobnie z pancerzami. One również przypadły w udziale wyłącznie możniejszych wojownikom oraz „pancernej” części drużyny Mieszka i Mieszkowica. Najdoskonalszą formą pancerza jest oczywiście kolczuga, ze względu na swoją przewiewność i giętkość. Do innych natomiast rodzajów należy zaliczyć wszelkie pancerze złożone z przynitowanych niewielkich blaszek do skórzanego najczęściej fartucha (tzw. karaceny), w różnych konfiguracjach – czy to dachówkowej, czy sąsiadującej oraz pancerze tzw. lamelkowe, czyli łączone ze sobą blaszki, lub zbrojniki skórzane pozbawione podłoża. Claude Blair, angielski znawca broni nazwał „epoką kolczugi” lata 1066-1250, gdyż dopiero wówczas stała się ona nieco powszechniejsza.[21] Wśród Skandynawów kolczuga, czy w ogóle pancerz także nie były regułą, gdyż większość z nich walczyła bez żadnego uzbrojenia ochronnego poza tarczą. Na mniejszą ilość znajdowanych pancerzy i tarcz słowiańskich wpływa fakt, iż słowiańskie zwyczaje pochówkowe nakazywały dawać zmarłemu jedynie jego broń, a czasami elementy uprzęży konnej, a nie np. kolczugę

  10. c.d.

    Miecze

    Najważniejszą, choć nie najpowszechniejszą bronią zaczepną był oczywiście miecz. Najczęściej znajdowanymi na ziemiach polskich mieczami są te, które wg systematyki J. Petersena należą do typu „X” i pochodzą z XI wieku. Nie jest to jednak miecz typowy wyłącznie dla Polski, gdyż – z soczewkowatą głowicą i dłuższym niż wcześniej jelcem – używany był w wielu krajach w ciągu XI wieku. Przypadało to na okres, kiedy miecze nie były już taką rzadkością jak wcześniej, produkowano je masowo, i w związku z tym mniej starannie. Ponadto pozbawione dawnego, przebogatego wystroju, przypadły w udziale szerszym grupom wojowników, a nie wyłącznie najmożniejszym. Dawniejsze miecze, mimo wspaniałego wyglądu i wysokiej ceny były słabo wyważone i używane mogły być wyłącznie do prostych cięć, podczas gdy nowszy typ (lepiej wyważony i lepiej leżący w dłoni) nadawał się do prostej szermierki. Miecz w tym czasie stał się bardziej narzędziem, stosunkowo tanim i poręcznym, niż dziełem sztuki. Wcześniejsze miecze o sztabkowej, czy choćby wachlarzowej głowicy, lub inne typy utożsamiano ze Skandynawią i stąd błędnie nazywano je „normańskimi”, natomiast Andrzej Nadolski, najwybitniejszy polski znawca broni, twierdzi – w czym zresztą nie jest odosobniony – że w większości produkowane one były nie przez Normanów, ale w pracowniach frankońskich w Nadrenii, gdzie korzystano z wielowiekowych tradycji, sięgających jeszcze rzymskiej prowincji. Głownie (brzeszczoty) wędrowały po całej Europie i jedynie oprawa (rękojeść: głowica i jelec) dorabiana była zgodnie z miejscową modą.
    Wiele mieczy znanych z Polski pochodzi z importu, ale tylko część dotarła tu za pośrednictwem Skandynawów, większość natomiast bezpośrednio z zachodu Europy. Nawet na Rusi, która miała bardzo bliskie związki ze Skandynawią, większość mieczy importowanych pochodzi z Zachodu.[22] Trzeba dodać, że i skandynawscy naukowcy przyznawali, iż miecze sporządzane na półwyspie były dużo gorszej jakości, niż frankońskie.[23] Zwróćmy również honor słowiańskim kowalom, których wyroby były dobrej jakości, skoro zaopatrywano je w znaki producenta, co czyniono, by swoje dobre wyroby odróżnić od innych. Słowianie znali też i potrafili wyrabiać najlepszy i najdroższy rodzaj ówczesnej stali, czyli tzw. dalmacen skuwany, albo dziwer i to w różnych odmianach, a szeregu celowego stosowania odmian dowodzi relacja wybitnego uczonego arabskiego al-Biruniego z Chorezmu.[24] Zdaniem Z. Vany Słowianie wytwarzali miecze stalowe oraz sztylety o stalowych krawędziach-ostrzach zgrzewanych z żelaznym trzpieniem, co wskazuje na znajomość u nich techniki damascenizacji już od IX wieku.[25]

  11. c.d.

    Topory
    Słowo topór, jak pisze Aleksander Brückner w Słowniku Etymologicznym Języka Polskiego, jest prasłowiańską pożyczką z perskiego „tabar”. Wiadomo też, że topór znany był Prasłowianom (wraz z nazwą) przynajmniej od V w. p.n.e. i to jak twierdzi J. Pieradzka właśnie od nich broń tę mieli zapożyczyć Normanowie wraz z nazwą, która brzmi u nich „taparoex”, a pojawiają się zresztą dopiero w 1031 roku.[26] Wielu wikingów walczyło toporem, gdyż był on wiele tańszy od miecza, a poza tym idealnie nadawał się do rozłupywania tarcz przeciwnika. Wykształciły się swoiste odmiany toporów, używane przez Normanów, jak np. tzw. „danax” – „topór duński” o symetrycznym ostrzu. Swoiste typy toporów, jak choćby typ z asymetrycznym długim ostrzem tworzącym tzw. „brodę”, wykształciły plemiona pomorskie i połabskie, dla których topór był ulubioną bronią.

    Włócznie
    Każdy woj, czy to pieszy, czy konny, i to w całej Europie, zaczynał walkę od posługiwania się włócznią, gdyż była to broń bardzo niebezpieczna i utrzymywała pewien dystans od wroga. Nadolski twierdzi, że na polu walki włócznia przeważa nad mieczem. O roli włóczni niech świadczy fakt, iż tzw. włócznię św. Maurycego podarował Chrobremu Otto III podczas Zjazdu Gnieźnieńskiego, będącą później jednym z insygniów królów polskich, a przez podniesienie włóczni wojowie słowiańscy wyrażali swoją aprobatę na wiecach, włócznia zaś wbita w słup drewniany była w Wolinie symbolem Trzygłowa. Także germański Odyn miał za swój najważniejszy symbol właśnie ową broń drzewcową.
    Należy pamiętać, że uzbrojenia szeregowego woja pochodzącego z pospolitego ruszenia, lub co najwyżej z „niższej” lekkozbrojnej formacji tarczowników (działających obok „pancernych” wymienianych przez źródła) nie można stawiać do porównania ze sprzętem zawodowego wojownika z wyższej warstwy społecznej.
    Igor D. Górewicz
    Przypisy/Literatura
    H. Łowmiański, Podstawy gospodarcze i społeczne powstania państwa polskiego i jego rozwoju do początku XII w., w: „Kwartalnik Historyczny” 1960r., T 4., s. 962. Patrz: J. Bardach Polskie państwo wczesnopiastowskie (dorobek i perspektywy badań), w: „Kwartalnik Historyczny” 1960r., T.4 , s. 994 W. Filipowiak w „Myśl Polska” z marca 2000 W. Hensel, Słowiańszczyzna wczesnośredniowieczna. Zarys kultury materialnej, Warszawa 1965, s. 593. Menander Protektor w: G. Labuda Słowiańszczyzna starożytna i wczesnośredniowieczna. Antologia tekstów źródłowych, Poznań 1999, ss. 79-81 Orderyk Vitalis Historia ecclesiastica…, tamże, s. 237-238. Ibrahim ibn Jakub, w: G. Labuda, op. cit., s. 122-123 Opis najazdu podał Snorre Sturlason Heimskringsaga, w: G. Labuda, op.cit., s. 238-240 Obliczenie własne na podstawie danych „geografa” przytoczonych przez J. Gąssowski Dzieje i kultura dawnych Słowian (do X wieku), Warszawa 1964, s. 128. Sprawą oczywistą jest, iż tylko główne grody były najmocniej ufortyfikowane. Uczeni natomiast sądzą, iż chodzi tu o grody, które miały znaczenie w organizacji terytorialnej, a jako taki musiały być w jakimś stopniu warowne. J. Kostrzewski Kultura prapolska, s. 476. W. Hensel, op.cit. ss. 394-395. K. Pieradzka, Walki Słowian na Bałtyku w X-XII w., Warszawa 1953, s. 38, 93. A. Nadolski, Polskie siły zbrojne i sztuka wojenna w początkach państwa polskiego, w: „Początki Państwa Polskiego. Księga Tysiąclecia”, Poznań 2002 (reprint), s. 195 Słownik Starożytności Słowiańskich, hasło: Siły zbrojne, T. 5, s. 182. Z. Vana, Świat dawnych Słowian, Warszawa 1985, s. 167. E. Roesdahl, Historia Wikingów, Gdańsk 1996, s. 130. patrz też s. 76-77. K. Pieradzka, op. cit., s. 36-37. A. Uciechowska-Gawron „Obwałowania wczesnośredniowiecznego podgrodzia w Szczecinie…”, w: H. Panera, M. Fudziński (red.) „XIII Sesja Pomorzoznawcza. Od wczesnego średniowiecza do czasów nowożytnych” t. 2, Gdańsk 2003 oraz informacje uzyskane w Pracowni Archeologicznej Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie. Ibrahim ibn Jakub o wczesnofeudalnych państwach słowiańskich w połowie X wieku, w: G. Labuda, op. cit., ss. 146-149. A. Nadolski, Broń i strój rycerstwa polskiego w średniowieczu, Wrocław 1979, ss. 47-48. tamże, s. 65. A. Nadolski, Polska broń. Broń biała, Wrocław 1984, ss. 27-48. W. Hensel, op. cit., s. 172. Tamże, ss. 174-175 Z. Vana, op. cit., s. 155-156. K. Pieradzka, op. cit., s. 34, J. Kostrzewski, op. cit., s. 298-301, o toporach patrz też m.in. SSS, T. 5, s. 164-167, hasło „Siekiera”

  12. c.d.

    Słowianie Połabscy – Jerzy Gąssowski, „Dzieje i kultura dawnych Słowian” Warszawa 1964
    Jednym z ważniejszych odcinków, na którym przejawiały się dążenia monarchii frankijskiej, było terytorium Słowian Połabskich. Już u schyłku VI w. zachodnie granice zwartego osadnictwa słowiańskiego dotarły do Łaby i ustabilizowały się nad tą rzeką w bezpośredniej bliskości takich ludów germańskich jak Turyngowie, Sasowie i Duńczycy. Mniejsze grupy Słowian przeszły na zachodni brzeg rzeki i zatrzymały się w głębi ziem germańskich.
    W zapiskach karolińskich znajdujemy niekiedy wyraźne ślady dosyć daleko na zachód osiedlonych grup słowiańskich. Z dokumentu cesarza Ludwika Pobożnego wydanego dla biskupa Wtirzburga w latach 826-830, a odwołującego się do wydarzeń z czasów Karola Wielkiego, znajdujemy wzmiankę o dwóch plemionach słowiańskich, nazwanych tu Moinvinidi i Radanzwinidi, mieszkających na terenie diecezji wiirzburskiej między rzekami Menem a Radencą. Słowianie ci byli ochrzczeni i zaleca się w dokumencie wybudowanie dla nich kościołów.
    Dokument księcia Bawarskiego Tassilona, wystawiony w 777 r. dla klasztoru w Kremsmtinster, mówi o nadaniu klasztorowi danin z osad słowiańskich położonych w górnej Austrii koło dzisiejszego miasta Steyer. Mowa jest tam m. in. o trzech żupanach (książętach) słowiańskich, których imiona brzmią Taliup, Sparuna i Fisso.
    Również roczniki klasztoru w Fuldzie wymieniają liczne grupy Słowian mieszkających obok Franków w różnych miejscowościach należących do klasztoru (m. in. Giesa, Sa1zungen, Hagen, Sommerda i in.) i płacących należną daninę. Wspomniane wyżej grupy ludności słowiańskiej żyły bądź to w zwartych grupach plemiennych pod przywództwem lokalnych książąt, bądź to rozproszone w osadach obok ludności germańskiej. Ludność ta nie była w stanie zachować odrębności politycznej, a jedynie przez długi czas zachowywała odrębność etniczną, językową i obyczajową. Nie przedstawiała też żadnej groźby dla Franków. Stopniowo przechodziła proces asymilacji, do czego przede wszystkim przyczyniało się walnie skłanianie jej do przyjmowania chrześcijaństwa.
    Poważny problem dla monarchii Franków stanowiły nie owe daleko wysunięte na zachód i rozproszone osady słowiańskie, a zwarte ich osadnictwo na ziemi, którą Słowianie przywykli uważać za swoją, na prawym brzegu Łaby i Solawy.
    Już w początkach VII w. trwały zabiegi Franków, zmierzające do podporządkowania sobie poszczególnych plemion czy związków plemiennych. Dowiadujemy się o tym ze wzmiankowanej już kilkakrotnie wiadomości o księciu związku plemiennego Serbów, Derwanie, w latach 30-tych VII w.
    Z kroniki Fredegara wynika, że do czasu klęski Franków pod Wogastisburgiem Derwan był trybutariuszem tego państwa. Liczne plemiona, zasiedlające prawy brzeg Łaby występują już w najdawniejszych wzmiankach frankijskich w postaci trzech ugrupowań zwanych: Obodrytami, Wieletami i Serbami. Poszczególne związki plemion podlegały zmianom na przestrzeni czasu. Niektóre mniejsze plemiona widzimy raz w jednych, raz w drugich ugrupowaniach. Tyczy to zwłaszcza związku wieleckiego i obodryckiego. Niektóre plemiona występowały ze związku plemiennego i zyskiwały czasową niezależność. Wreszcie też niektóre związki plemienne rozpadały się na swoje części składowe, tworząc szereg równoległych sobie, nie związanych organizmów politycznych. Wobec pewnych luk w źródłach, jak i nie zawsze dokładnym rozeznaniu u kronikarzy, podane niżej zasięgi i składy związków plemiennych nie mogą być: przyjmowane z absolutną dokładnością.
    Największe terytorium zajmował związek wielecki. Byli też Wieleci za czasów Karola Wielkiego uważani za najpotężniejszy lud nad południowym brzegiem Bałtyku. W źródłach karolińskich występują oni często pod nazwą Wiltzi, Vultzi, Welatabowie. Siedziby ich rozpościerały się nad środkową Łabą w górę od ujścia Eldeny. Na północy graniczyli ze związkiem obodryckim wzdłuż Stepienicy (prawego dopływu Łaby), Jeziora Moryckiego i rzeki Warnawy. Dalej granica szła brzegiem morza na wschód.
    Wschodnie i południowe granice związku wieleckiego trudne są do bliższego sprecyzowania. Ulegały one zresztą pewnym zmianom na przestrzeni dziejów. Do ludów należących bezspornie do związku wieleckiego możemy zaliczyć: Nieletyków, Doszan, Wkrzan, Ratarów, Doleńców, Rzeczan, Czrezpienian i Chyżan. Każde z tych terytoriów plemiennych posiadało swój ośrodek, przeważnie w postaci obronnego grodu. Źródło karolińskie z połowy IX w., tzw. „Geograf Bawarski”, pisze, że na terytorium Wieletów znajduje się 95 grodów na obszarze 4 ziem plemiennych.
    Związek obodrycki sąsiadował, jak już wspomnieliśmy, ze związkiem wieleckim. Jego granicą północną były wybrzeża Zatoki Lubeckiej, od ujścia Eldeny do rzeki Warnawy. Na wschodzie Obodryci sąsiadowali z Wieletami, na południu z Sasami. Na zachodzie najdalszy zasięg uzyskali w latach 804 do 809, kiedy to granica ich posiadłości docierała do Morza Północnego i ujścia Łaby. Podczas walk z Frankami granice te przesunęły się później na wschód. Na odcinku południowym granica, która osiągała dopływ Łaby, Stepienice, przesunęła się na północ aż do Eldeny. Stało się to wtedy, kiedy jedno z plemion związkowych, Glinianie, wystąpiło ze zrzeszenia. Właściwe ziemie związku ogarniały 4 plemiona: Wagrów, Połabian, Warnów i Obodrytów. W tym stanie mówi o nich w poł. IX w. „Geograf Bawarski” wyliczając im 53 grody, znajdujące się w posiadaniu ich książąt. W okresie wcześniejszym należały do związku plemiona Glinian, Smoleńców, Bytyńców i Morzyczan. „Geograf Bawarski” przypisuje Glinianom 7 grodów, a trzem pozostałym po 11. Wszystkie cztery wymienione tu plemiona wykazywały zawsze tendencje odśrodkowe wobec związku obodryckiego. W latach 811, 839 i 877 w wojnach Franków ze związkami Wieletów i Obodrytów plemiona Glinian i Bytyńców występowały oddzielnie.

    Najsłabszym związkiem plemion był związek serbski (czy sorabski). Liczne plemiona tego związku widzimy tylko dwukrotnie zjednoczone pod jednolitą władzą. Pierwszy wypadek zresztą nie jest pewny. Tyczy to Derwana, o którym nie wiemy, czy władał wszystkimi plemionami związku. Pewniejszym faktem jest panowanie księcia Miliducha. O istnieniu tego księcia dowiadujemy się w roku jego śmierci – 806: „…Wtedy to został zabity Miliduch, król zarozumiały, który rządził u Serbów…” (Chronicon Moissiacense pod r. 806). Sami Serbowie siedzieli nad Łabą na wysokości i powyżej ujścia Sali. Pozostałe plemiona serbskie zajmowały międzyrzecze Łaby i Sali. Do plemion tam występujących trzeba zaliczyć Koledyczan, którzy w 839 r. mieli swojego księcia i oprócz stołecznego grodu jeszcze 11 mniejszych i Nieletyków, na terenie których znajdowały się jeszcze mniejsze plemiona Nudyków i Niżan, Głomaczów (Daleminców), Susłów i Chutyców. Największymi plemionami serbskimi byli Łużyczanie i Milczanie, siedzący w międzyrzeczu górnej Łaby i Nysy Łużyckiej.
    „Geograf Bawarski” wyliczał na ziemi plemion związku serbskiego 50 grodów. Osobno uwzględnia 14 grodów na terytorium Głomaczów, Łużyczanom i Milczanom przypisuje po 30 grodów.

    Na przestrzeni VIII i IX w. w oporze stawianym Frankom najważniejsza rola przypadła najpotężniejszemu związkowi wieleckiemu. Wieletowie nie tylko występowali przeciw Frankom, ale nękali również poważnie Obodrytów, którzy pozostawali na ogół wiernymi sojusznikami frankijskimi. Sytuacja taka była źródłem stałej troski Franków. W 789 r. Karol Wielki zebrał wojska Franków, Sasów i Fryzów oraz sprzymierzonych Serbów i Obodrytów, którymi dowodził książę Wacan. Armie lądowe przekroczyły Ren koło Kolonii, po czym przez ziemie saskie dotarły do Łaby, przez którą przerzucono dwa mosty, zabezpieczone konstrukcjami obronnymi drewniano-ziemnymi. Fryzowie wyruszyli drogą wodną wpływając na Hawelę. Wojska Karola Wielkiego wkroczyły na ziemie Wieletów, siejąc mord i pożogę.
    Osaczeni ze wszystkich stron Wieleci nie zdołali wytrzymać długo naporu skoncentrowanego ataku, chociaż bronili się dzielnie. Walki toczyły się jednak do momentu, kiedy wojska najeźdźców zbliżały się do grodu Wielkiego Księcia, Drogowita. Drogowit, „który nad wszystkimi władcami Wiltzów (tj. Weletów – przyp. J. G.) górował tak szlachetnością rodu jak i powagą wieku” (Annales q. d. Einhardi), widząc bezsens dalszej walki, poddał swój gród, wydał Karolowi zakładników i złożył przysięgę na wierność Karolowi oraz Frankom. Za przykładem Drogowita poszli także i inni wielmoże oraz książęta plemion wieleckich.
    Opisane w kronikach karolińskich wydarzenia z roku 789 pozwalają nam wysunąć szereg interesujących wniosków. Związek wielecki u schyłku VIII wieku należał nie wątpliwie do najsilniejszych organizmów politycznych na terenie Słowiańszczyzny. Rozmiar wojsk zgromadzonych przez Karola Wielkiego dla zwycięstwa nad Wieletami jest dobitnym. wyrazem siły związku plemiennego. Był to też niewątpliwie okres silnego wzrostu politycznego wewnątrz związku plemion. Postać Drogowita, wielkiego księcia, rysuje się jako wyraz tendencji zjednoczeniowych nurtujących wewnątrz związku. Działały tu jednak i siły wsteczne, opóźniające możliwość wzrostu jedynowładztwa. Rolę taką odgrywał wiec, posiadający rozległe uprawnienia.
    W 823 roku dowiadujemy się o przybyciu przed oblicze Ludwika Pobożnego dwóch książąt wieleckich, pretendentów do tronu, Miłogosta i Całodroga. Byli oni synami księcia Liuba, który aczkolwiek otrzymał wraz ze swoimi braćmi władzę w związku plemiennym, sprawował ją sam z racji starszeństwa. Książę Liub zginął podczas walk prowadzonych ze wschodnim odłamem Obodrytów. Wtedy lud zgromadzony na wiecu powierzył władzę starszemu synowi Liuba – Miłogostowi. Rządy Miłogosta nie zadowoliły ludu, jako niezgodne z jego obyczajami. Został pozbawiony władzy przez lud, a tron książęcy oddano jego młodszemu bratu – Całodrogowi. Obydwaj bracia przedstawili cesarzowi prośbę o ostateczne rozpatrzenie sporu dynastycznego. Cesarz uznał jednak wolę wiecu i pozostawił przy władzy młodszego brata (Annales Regni Francorum, pod r. 823).
    Wzmianka ta niedwuznacznie wskazuje, że polityka Franków zmierzała do podtrzymania roli wiecu. Dopóki wiec zachował uprawnienia do składania z tronu książąt, nie istniała możliwość wytworzenia się jednolitej, silnej władzy dynastycznej. Widzimy wszakże, że wiec dobierał księcia spośród najdostojniejszego rodu. Istniały więc przesłanki dla wytwarzania się władzy dynastycznej. Jednak polityczną rolę władzy książęcej ograniczał poważnie wpływ wiecu.
    Wieletowie, jako związek plemion pozostających pod władzą wielkoksiążęcą występują wyraźniej w źródłach od 789 do 839 r. Po roku 839 aż do roku 937 nie posiadamy żadnych wiadomości o tych plemionach. Nie brały one udziału w walkach z Frankami, prowadzonych przez Obodrytów i Serbów. Jest to zastanawiające, skoro weźmiemy pod uwagę, że właśnie związek wielecki do roku 839 występował, najostrzej w walkach przeciw Germanom.
    Kiedy w pierwszej połowie X wieku dowiadujemy się znowu o Wieletach, stanowią oni nadal związek plemion, ale już bez władzy wielkoksiążęcej. Być może, zamieszki wewnętrzne, wzrost tendencji odśrodkowych, spowodowały upadek władzy wielkich książąt a zarazem usunięcie się Wieletów z szerszej areny dziejowej.

    Za czasów Karola Wielkiego związek Obodrytów występował stale jako bezpośredni wróg Wieletów a zarazem sprzymierzeniec Franków. W żywocie Karola Wielkiego, pióra Einharda, znajduje się wzmianka o wzajemnych stosunkach Obodrytów i Wieletów: „… Welatabowie dręczyli nieustannymi napadami Obodrytów, którzy z dawna byli sprzymierzeni z Frankami i żadne zakazy na to nie pomagały” (Einhardi, Vita Oaroli Magni, rozdz. 12).
    Pierwszym znanym nam ze źródeł pisanych wielkim księciem Obodrytów był niejaki Wilczano. Panował on do roku 795, kiedy to zamordowali go Sasi, gdy przejeżdżał przez ich ziemie zdążając na dwór Karola Wielkiego. W roku 798 wymienia się wielkiego księcia Obodrytów Drożka, który był wiernym sprzymierzeńcem Franków. Podczas wojny, prowadzonej z sąsiednimi Duńczykami, Drożko został pobity. Nie mając posłuchu u swojego ludu zmuszony był opuścić swój kraj i udać się na dobrowolne wygnanie. Po jego ucieczce inny książę obodrycki, Godelaib sprawował władzę w związku plemiennym. Podczas dalszych walk z Duńczykami Godelaib został pojmany w niewolę i zabity za sprawą króla duńskiego Godofryda w 808 r. Po jego śmierci Drożko powrócił na tron i zawarł w 809 roku pokój z Duńczykami. Nie uchroniło go to jednak od śmierci z rąk wysłanników króla duńskiego.
    W osiem lat później cesarz Ludwik interweniuje w sporze dynastycznym o stolec wielkoksiążęcy Obodrytów. Zasiadł na nim Sławomir, który powinien dzielić władzę z synem Drożka Czedrogiem. Sławomir pragnął zapewnić sobie jednowładztwo, a kiedy Ludwik, działając na rzecz miejscowego (słowiańskiego) obyczaju nakazał podział władzy, Sławomir wypowiedział Frankom posłuszeństwo. ,,I sprawa tak mocno go podrażniła, że zaczął zapewniać, iż nigdy odtąd nie przestąpi rzeki Łaby i nie przybędzie na dwór cesarski…” (Annales Regni Francorum, pod r. 817).
    Sławomir przekroczył jednak Łabę, ale w zamiarach nieprzyjacielskich. W przymierzu z Duńczykami najechał północną Saksonię i razem z wojskami oraz flotą duńską oblegał bezskutecznie frankońską twierdzę Eselfeld. W 819 roku duża armia Franków i Sasów wkroczyła na ziemie Obodrytów i pojmała Sławomira. W Akwizgranie (Aachen), gdzie postawiono go przed sądem cesarza Ludwika, do oskarżycieli należeli także dostojnicy obodryccy, zarzucający mu wiele przestępstw, których dopuścił się jako władca swego ludu. Sławomir nie potrafił odeprzeć stawianych mu zarzutów i został przez Ludwika skazany na wygnanie.
    Tron obodrycki przyznano za aprobatą cesarza Czedrogowi. Ale i rządy Czedroga nie zadowoliły Franków. Na zjeździe we Frankfurcie nad Menem w 823 r. zarzucono mu niewierność wobec Franków i nie stawienie się przed oblicze cesarskie. Posłowie cesarscy udali się do Czedroga i zażądali stawienia się jego przed Ludwikiem. Czedróg odwlekał jednak swój przyjazd dość długo, wreszcie w towarzystwie kilku dostojników stawił się przed obliczem cesarskim w Compiegne.
    Fakt stawienia się uznano za dostateczne zadośćuczynienie i pozwolono mu wrócić do kraju. W 826 r. dostojnicy obodrzyccy złożyli skargę na Czedroga, któremu cesarz nakazał stawienie się przed sobą, pod rygorem surowych kar. Czedróg stawił się na sejmie w Ingelheim nad Renem. Cesarz zatrzymał go przy sobie, a pozostałym Obodrytom nakazał powrócić do kraju. Wysłał tam także swoich posłów, aby sprawdzili, czy lud życzy sobie nadal panowania Czedroga. Lud nie był w tej sprawie jednomyślny, ale cała starszyzna (książęta i dostojnicy) wypowiedziała się za Czedrogiem.
    Cesarz nakazał przywrócenie Czedroga do władzy i wziął zakładników, jako gwarancję wierności.
    Stosunki wewnętrzne w związku Obodrytów przedstawiają się nieco odmiennie niż w związku wieleckim. Wyrażają się one przede wszystkim w innym stosunku księcia i tych wszystkich, których można uznać za wielmożów, do ludu. Tutaj konflikty interesów władzy i ludu zarysowują się znacznie wyraźniej, ale wiec ludowy nie ma możliwości złożenia księcia z tronu. Ostrość konfliktu doprowadziła jednak do sytuacji, kiedy Drożko w obawie przed gniewem ludu musiał opuścić kraj. Również stosunek wielkich książąt obodryckich do innych książąt i wielmożów związku jest bardziej niezależny, a często przeciwstawny.
    Można przypuszczać, że związek plemienny Obodrytów miał charakter monarchii wojskowej, w której władza księcia była oparta na zaprawionej w boju drużynie, dającej możliwość przeciwstawienia się woli możnych i ludu. Wydaje się także, że w związku tym występowała hierarchia plemion, podporządkowanych hegemonii Obodrytów.
    Kiedy podczas wojny z Godofrydem duńskim oderwały się od Obodrytów plemiona Smoteńców i Glinian, Drożko po zawarciu pokoju ruszył z posiłkami frankijskimi na główny gród Smoleńców. Po zdobyciu grodu podporządkował sobie zbuntowane plemiona.
    Poważny wzrost znaczenia władzy wielkiego księcia jest tu świadectwem narastającego rozwoju stosunków plemiennych w państwowe. Tej sytuacji przyglądali się nie bez obawy Frankowie, dla których jedynowładztwo Obodrytów równałoby się powstaniu potęgi, zagrażającej wschodnim granicom cesarstwa. Dlatego naturalnym odruchem było tu popieranie udzielnych książąt, reprezentujących poszczególne państewka związku obodrzykiego. Usunięci w cień za panowania Sławomira, zaczynają się pojawiać na widowni aktywnej działalności politycznej, już za rządów Czedroga. Po traktacie w Verdun i podziale monarchii karolińskiej (polityka Karolingów w tym względzie nie uległa zmianie. Nadal usiłowano rozbić potęgę wielkich książąt obodrzykich. Kiedy w 844 r. do Ludwika Niemieckiego dotarła wiadomość, że wielki książę Obodrytów, Gostomysł, zamierza zrzucić więzy zależności od państwa wschodnio-frankońskiego, król Franków wyprawił się z wojskiem na ziemie obodryckie. W walkach Obodryci zostali ciężko pobici a Gostomysł poległ na polu bitwy. Po poddaniu się książąt plemiennych, Ludwik nie wyznaczył osoby wielkiego księcia, pozostawiając jedynie u władzy lokalnych książąt.
    Jednak zabiegi te nie starczyły na długo, skoro już w 862 r. podczas walk Franków z Obodrytami, na czele tych ostatnich stanął wielki książę Dobomysł. Był on chyba już ostatnim wielkim księciem Obodrytów. W drugiej połowie IX w. zwyciężyły tu tendencje odśrodkowe, które doprowadziły do powstania szeregu niezależnych księstw. Podobny obraz widzimy w relacji Geografa Bawarskiego oraz później w połowie X w. Można przypuszczać, że upadek władzy wielkich książąt nastąpił na skutek przyczyn natury wewnętrznej. Mogła tu oddziałać zasada konieczności udziału w rządach najbliższych męskich członków rodziny wielkiego księcia. Przemiany te odbywały się w warunkach osłabionego nacisku ze strony władców wschodnio-frankijskich, gdyż od czasu śmierci Ludwika Niemieckiego (876 r.), do objęcia tronu przez Henryka I (918 r.) monarchia wschodnich Franków przechodziła kryzysy wewnętrzne i nie przejmowała ekspansji zewnętrznej.
    Położenie geopolityczne Obodrytów było znacznie trudniejsze, niż Wieletów. Sąsiadowali oni bezpośrednio z Sasami i Duńczykami, a na zapleczu mieli nieprzyjaznych sobie Wieletów, najpotężniejszych ze Słowian połabskich. Stąd konieczność szukania sojuszu, przede wszystkim z Frankami, jak to było za czasów Karola Wielkiego, lub z Duńczykami przeciw Frankom, jak to widzieliśmy później. Nie słyszymy jednak o sojuszu obodrycko-wieleckim. Widać korzenie waśni sięgały bardzo głęboko.
    Plemiona serbskie (sorabskie) wykazały najmniej tendencji zjednoczeniowych. Być może Derwan był już wielkim księciem plemion serbskich. W 748 r. podczas wyprawy Pippina frankońskiego przeciw Sasom, wielu książąt serbskich pośpieszyło Frankom z pomocą. W 805 r. wojska Franków i Sasów rozgromiły Siemila, księcia Głomaczów. Został on podporządkowany Frankom i musiał wydać swoich dwóch synów jako zakładników. Już w następnym roku nastąpiło uderzenie na plemiona serbskie, którym przewodniczył książę Miliduch. Sposób, w jaki wymieniają źródła karolińskie Miliducha, pozwala przypuszczać, że był on wielkim księciem plemion serbskich. Podczas walk książę Miliduch został zabity, a kraj jego spustoszony. Fakt ten spowodował poddanie się innych, pomniejszych książąt Frankom i wydanie im zakładników jako rękojmi przyszłej wierności. Od tej pory Frankowie często ingerowali w wewnętrzne sprawy plemion serbskich i czuwali nad ich lojalnością wobec siebie. Jeśli postępowanie jakiegoś władcy wydawało się Frankom podejrzane, natychmiast wzywany był do osobistego stawienia się przed cesarzem i wytłumaczenia się oraz oczyszczenia z zarzutów. Tak np. w 826 r. jeden z książąt serbskich Tęgło, został postawiony przed oblicze Ludwika i musiał bronić się przed stawianymi sobie zarzutami. Cesarz zezwolił mu na dalsze sprawowanie władzy, ale syn Tęgły pozostał na dworze cesarza jako zakładnik.
    Jeszcze za panowania Ludwika Pobożnego, podczas wspomnianej już wyprawy na Wieletów i Glinian w 836 r. doszło także do starcia Franków z serbskim plemieniem Koledyczan. W czasie walk zdobyto siedzibę księcia Ciemysła oraz 11 innych grodów. Sam książę zginął. Natychmiast Koledyczanie wybrali nowego księcia, mimo nie zakończonej wojny. Ten zawarł pokój z Frankami, składając przysięgę na wierność cesarzowi, wydając zakładników i zgadzając się na płacenie wielkiej daniny.
    Sądząc z tej wzmianki Koledyczanie należeli do silniejszych plemion w obrębie międzyrzecza Łaby i Sali. Nie byli oni jednak hegemonem wśród plemion serbskich. Poza jedynym Miliduchem nie widzimy żadnej postaci, która by mogła być uznana za wielkiego księcia, przewodniczącego związkowi plemion. Widzimy natomiast dostatecznie często plemiona serbskie, doraźnie zjednoczone do zaczepnych czy obronnych działań wojennych. Na tym jednak kończyło się ich współdziałanie. Nie znajdujemy też śladu istnienia stałego związku plemiennego, jak to widzieliśmy u Wieletów czy Obodrytów. W źródłach występują poszczególni książęta różnych plemion serbskich. W roku 856 rozmaici książęta serbscy występują jako sprzymierzeńcy Franków w wojnie przeciwko Głomaczom i Czechom. W roku 857 jeden z książąt serbskich Cześcibór, udziela schronienia księciu czeskiemu, który w wyniku sporów dynastycznych musiał opuścić swój kraj. Ten ostatni, dzięki interwencji Franków, zdołał odzyskać swoje dziedzictwo. Cześcibór był lojalnym współpracownikiem państwa wschodnio-frankońskiego (niemieckiego) i udzielenie azylu księciu czeskiemu musiało być aktem uzgodnionym politycznie z Niemcami. W swej działalności stanął jednak na przekór dążeniom ludu, pragnącego wojny z Niemcami. W toku 858 zginął z rąk własnych współplemieńców. Dążenia antyniemieckie silne były u Serbów i wyrażały się w licznych wyprawach podejmowanych przez ich plemiona, często w sojuszu z sąsiadami. W 869 r. występują przeciw Niemcom wspólnie z Susłami i Czechami, w latach 874 i 877 najeżdżają Niemców razem z Susłami.
    Wreszcie w roku 880 Serbowie brali aktywny udział w wielkiej wyprawie na Turyngię wraz z Głomaczami, Czechami i zapewne przy współudziale wojsk wielkomorawskich. Działo się to bowiem podczas panowania Świętopełka Morawskiego. Podczas owego najazdu zostały także spustoszone osady Słowian wiernych Niemcom nad brzegami Sali.
    Z przytoczonych licznych wzmianek można sobie wyrobić pogląd o sposobie postępowania Franków, a później zwłaszcza wschodnich Franków, czyli Niemców, z ludami słowiańskimi. Politykom i władcom frankijskim nie obce były cechy ustrojowe Słowian w omawianym okresie. Potrafili oni doskonale rozgrywać wszystkie słabe strony tych ustrojów a także rozbicie na niewielkie grupy plemienne, a nadto wykorzystywane były i podsycane stare waśni między poszczególnymi ludami. Stara rzymska zasada „divide et impera” stosowana była w całej rozciągłości i z powodzeniem.
    Sposób ujarzmiania poszczególnych ludów słowiańskich przebiegał według pewnych schematów, różniąc się jedynie wariantami konkretnych sytuacji. Władca Franków organizował najazd na jedno z plemion czy związek plemion połabskich, wykorzystując aktualne jego osłabienie czy izolację wśród ludów sąsiednich. Zazwyczaj było to silne, skoncentrowane uderzenie, przy biernym czy aktywnym sojuszu Franków z otaczającymi atakowany lud plemionami. Podczas walk dążono przede wszystkim do zlikwidowania głównych ognisk oporu, istniejących w postaci umocnionych grodów. Najważniejszym aktem w tym względzie było zdobycie grodu, stanowiącego własność wielkiego księcia, czy też innego z książąt, odgrywającego najważniejszą rolę polityczną. Przy okazji trwała grabież, puszczanie z dymem osad, branie ludności w niewolę -mające na celu zarówno zastraszenie nieprzyjaciela jak i jego osłabienie ekonomiczne. Ważnym aktem politycznym w czasie wojny było dostanie w ręce napastników księcia oraz tych, których źródła określały wielmożami. W obliczu klęski wojennej i bezpośredniego zagrożenia swego życia książę zmuszony był do złożenia przysięgi na wierność cesarzowi, oddania kogoś ze swoich najbliższych jako zakładnika na dwór cesarski (zazwyczaj syna pierworodnego) i zobowiązania się do płacenia stałej – niejednokrotnie wysokiej – daniny. Zakładników pobierano także od tych wszystkich, którzy mogli mieć wpływ na rządy, ewentualnie pretendować do stolca książęcego.
    Jeśli książe został zabity podczas walki lub odmawiał złożenia przysięgi, zdobywcy powodowali wybór na księcia takiego człowieka, który mając mir u swoich, godził się jednocześnie na warunki najeźdźców. W ramach polityki frankijskiej leżał więc interes utrzymania władzy książęcej, wyrastającej z miejscowej arystokracji.
    Sądzić można, że w jakimś wymiarze utrzymanie na ziemiach uzależnionych władzy wielkoksiążęcej mieściło się w ramach polityki przynajmniej niektórych cesarzy frankijskich. Jednocześnie obserwowaliśmy zabiegi, zmierzające do możliwie jak największego osłabienia władzy książąt na rzecz książąt udzielnych.
    Uzależniony książę musiał dosyć często, może nawet dorocznie, stawiać się przed oblicze cesarza, nie tylko wtedy, kiedy był wzywany w związku z podejrzeniami o nielojalność. Jednocześnie na dworze cesarskim znajdowali schronienie wszyscy potencjalni pretendenci do tronu książęcego, jeśli w ramach wewnętrznych sporów dynastycznych zmuszeni byli do ucieczki z kraju. Każdy niezadowolony z władzy księcia znajdował chętne posłuchanie u dworu cesarskiego.
    Wysoki trybut, płacony przez księcia, ściągany był z owoców pracy całego społeczeństwa. Dla zniszczonych wojnami ziem był to często ciężar znaczny.
    Uzależnienie pociągało za sobą form okupacji wojskowej, jak to można by sobie wyobrazić. Grody obronne nie bywały burzone. Pozostawiano podbitym ludom wiele zewnętrzno-formalnych cech niepodległości. Nie słyszymy także o próbach narzucania religii chrześcijańskiej uzależnionym Słowianom.
    Niemniej formy i treści zależności były niezwykle uciążliwe. Wpływały one hamująco na gospodarczy, społeczny i polityczny rozwój uzależnionych ludów. Dlatego też widzimy ciągłe zrywanie się ludów połabskich do walki wyzwoleńczej. Co szczególnie interesujące – często był to wyraz woli ludu wbrew interesom księcia.
    Należy jednak podkreślić, ze sposoby, jakie stosowali Frankowie wobec ludów słowiańskich przy ich podporządkowywaniu sobie, stosowane były takie przez silniejsze państewka słowiańskie wobec słabszych. Nie jest wykluczone, że ten typ zależności zachodził w związku plemiennym Obodrytów. Pierwotnie rolę czynnika ujarzmiającego sprawowało zapewne plemię Obodrytów, później, w X w. rolę ich przejęło plemię Redarów.
    Obok stosunków wojennych i dyplomatycznych łączyły Franków i Słowian także stosunki handlowe. Wzajemna wymiana handlowa, z której przeważające korzyści ciągnęli kupcy frankijscy, służyła jednak przyspieszeniu rozwoju gospodarczego Słowian.
    Pewne aspekty tej działalności handlowej były jednak bardzo niewygodne dla władców frankijskich. Dążenia do zwiększenia kontroli nad tym handlem, a zwłaszcza chęć ukrócenia wywozu broni na ziemie słowiańskie, spowodowały wydanie przez Karola Wielkiego w 805 r. edyktu ogłoszonego w Diedenhofen.
    Paragraf 7 tego edyktu wyznacza szereg punktów, do których wolno dochodzić kupcom frankijskim. Tymi miejscowościami m.in. są: Bardowik, Magdeburg, Erfurt, Forcheim, Regensburg i Lorch. „I niech nie wiodą broni ani zbroi na sprzedaż. Bo jeśli znajdzie się u nich przewożoną, to niech będzie im zabrany cały ich dobytek i niech połowa przypadnie na skarb pałacowy, a druga połowa niech zostanie podzielona między wspomnianych dowódców (komendantów garnizonów wymienionych miejscowości – przyp. J.G.) i znaleźcę” – brzmią surowe słowa rozporządzenia. Mamy powody do przypuszczenia, że ten surowy ustęp rozporządzenia nie zawsze był przestrzegany, skoro weźmiemy pod uwagę znaleziska broni frankijskiej na połabskich terytoriach słowiańskich.
    W każdym jednak wypadku rozporządzenie z 805 r. kładło kres szerokiej i swobodnej wymianie handlowej między Frankami a Słowianami, stawiając rangę stosunków wojennych i politycznych na pierwszym miejscu.
    Wyrazem obawy przed najazdami Słowian na wschodnie ziemie Franków było wybudowanie u wschodnich granic Saksonii, na lewym brzegu Łaby długiego pasa umocnień, sięgających od ujścia rzeki Enizy do Dunaju aż po wybrzeże Bałtyku. Umocnienia te zwane „Limes saxonicus” i „Limes sorabicus” były prawdopodobnie założone przez Karola Wielkiego. Zaczynały się one w okolicach dzisiejszego Linzu, biegły brzegiem Dunaju do Regensburga (Ratysbony), dalej kierowały się na północ i docierały do brzegów Regnicy w pobliżu Norymbergi. Dalej od ujścia Regnicy do Menu przecinały wielką wtedy puszczę – Las Frankoński – i dochodziły do Erfurtu. Od tego miejsca brzegami Sali i Łaby osiągały Bardowick, skąd zwracając się na północny wschód biegły brzegiem Traweny (dziś Trave) a dalej Święciany do Morza Bałtyckiego.
    Wymienione już wyżej punkty, do których mogli docierać kupcy frankijscy były właśnie umocnionymi bastionami na Limes saxonicus, siedzibami dowódców poszczególnych garnizonów. Pas umocnień dzielący posiadłości frankijskie od słowiańskich spowodował ostateczną stabilizację osadnictwa słowiańskiego nad Łabą i pohamował parcie Słowian na zachód. Stał się także wygodnym punktem wyjściowym dla agresywnych poczynań Franków w kierunku wschodnim. Dowódcy garnizonów pogranicznych czuwali nad „lojalnością” ujarzmionych plemion słowiańskich i prowadzili akcję szpiegowską na ich ziemiach.
    Nie wiemy jak długo Limes saxonicus stanowił aktywną barierę militarną. Należy przypuszczać jednak, że już w 80 latach IX w. jego znaczenie zaczęło upadać. W połowie XI w., jak wiemy z relacji Adama Bremeńskiego (Gesta Hammaburgensis ecclesiae pontificum II, 18), pamięć o limesie jeszcze nie zgasła i można było odszukać jego ślady w terenie. Nie posiadał on już jednak znaczenia militarnego, mimo że XI w. był okresem wielkiego wzrostu znaczenia politycznego i wojskowego Obodrytów i Wieletów.
    Począwszy od wstąpienia na tron Henryka I (918 r.) rozpoczęła się nowa fala najazdów niemieckich, zapoczątkowanych kiedyś przez Karola Wielkiego i zaniechana po śmierci Ludwika Niemieckiego. Walki te, prowadzone ze zmiennym szczęściem przechylały szale zwycięstwa raz na stronę niemiecką, raz na słowiańską. W zasadzie jednak Słowianie znajdowali się w defensywie. W toku tych walk dochodziło do jednoczenia się przeciw Niemcom obydwu dawniej wrogich związków – wieleckiego i obodryckiego. Grupa plemion serbskich została jeszcze w pierwszej połowie X w. ujarzmiona całkowicie przez Niemców. Ważnym wrogiem Słowian zachodnich stało się około połowy X w. księstwo Polan, dążące do aneksji terytorialnej od strony wschodniej. Wieleci jednak jednoczyli się też z Niemcami w walce przeciw władcom Polan.
    Dzieje upadku Słowian połabskich wykraczają chronologicznie poza ramy przyjęte w niniejszym opracowaniu. Ostateczny upadek ich następuje bowiem dopiero w XII w., aczkolwiek wyraźne jego znamiona zarysowały się u schyłku wieku XI. Przyczyn upadku i podboju Słowian połabskich dopatrywać się można przede wszystkim w ich słabości ustrojowej. Rozwijająca się początkowo instytucja wielkiego księstwa, powstająca w ramach związku plemion upadła już w połowie IX w. Umocniły się także siły odśrodkowe, na co wskazywaliśmy już wyżej. W obrębie poszczególnych związków plemion zarysowały się różnice zdań, prowadzące niekiedy do wojen pomiędzy poszczególnymi przedstawicielami związku. Czego nie mógł dokonać oręż wroga, czyniła waśń międzyplemienna. Nadmiernie rozbudowana rola wiecu ludowego była już w tych czasach zdecydowanym anachronizmem i powstrzymywała rozwój silnej, scentralizowanej władzy książęcej, która by mogła zapewnić Połabianom silną pozycję polityczną i militarną.
    Aneksja niemiecka po połowie X wieku zmienia nieco swoje metody w porównaniu z epoką karolińską. Obok klasycznych sposobów ujarzmiania przez nakładanie trybutu i branie zakładników, mają tu miejsce i konkretne zabory terytorialne, w ślad za którymi następowali osadnicy niemieccy. Grody słowiańskie bywały obsadzane załogami niemieckimi, a świątynie pogańskie równane z ziemią. Pogaństwo, system wierzeń religijnych Słowian połabskich, stanowiło niewątpliwie ten czynnik ideologiczny, który sprzyjał tendencjom odśrodkowym. Z relacji kronikarzy wiemy, że każde, najmniejsze plemię posiadało swoje odrębne bóstwo i jego świątynię. Podczas wypraw wojennych noszono posągi bóstw, otoczone specjalną opieką.
    Zachowały się stosunkowo późne opisy świątyń i obrzędów pogańskich u Słowian nadłabskich, bo pochodzące z XI wieku. Biorąc pod uwagę konserwatywność kultów religijnych można odnieść charakterystykę tych kultów do czasów z VIII-IX w.
    W okresie około połowy X w., kiedy w związku wieleckim zaczęło się wysuwać na czoło plemię Redarów, również bóstwo tego plemienia, Swarożyc, czczony w głównym ich grodzie Radogoszczy, uważany był za najważniejszego boga całego związku wieleckiego. Według relacji Thietmara Marseburskiego Radogoszcz leżała pośród wielkiego lasu nad brzegiem Jeziora Doleńskiego. Las był uważany za poświęcony bóstwu i przez to nietykalny. Do grodu prowadziły trzy bramy, z których dwie były powszechnie dostępne, a trzecia wychodziła na brzegi jeziora. Wewnątrz grodu była tylko świątynia drewniana, której ściany spoczywały na fundamentach z rogów dzikich zwierząt. Zewnętrzne ściany świątyni pokryte były staranną płaskorzeźbą, pokazującą wizerunki bogów i bogiń. Wewnątrz świątyni znajdowały się postaci bóstw, zbrojne w straszliwe hełmy i pancerze, a każdy miał wyryte u spodu imię. Pierwsze miejsce wśród tych bogów zajmował Swarożyc, cieszący się największym nabożeństwem. W świątyni przechowywano też sztandary bojowe, zabierane stąd jedynie podczas wypraw wojennych.
    Dla sprawowania kultu powołani byli osobni kapłani. Podczas składania ofiar i sprawowania obrzędów religijnych tylko kapłanom wolno było pozostawać w pozycji siedzącej, podczas gdy wszyscy inni musieli stać. Dużą wagę przypisywano wynikom wróżb, sprawowanych przez kapłanów. Każde zamierzone przedsięwzięcie, jeśli nie uzyskało pomyślnej wróżby, było zaniechane. Uważano także, że ilekroć zagrażają im niebezpieczeństwa długiej wojny domowej, wychodzi z jeziora dzik o spienionym pysku i tarza się w nadbrzeżnych mokradłach.
    Ważną rolę przy wróżbach spełniał święty koń. Motyw świętego konia odgrywał ważną rolę nie tylko u Słowian połabskich, ale także u plemion pomorskich, jak to widzimy z innych wzmianek. Wojska wyruszające na wyprawę wojenną składały obowiązkowo cześć bóstwom, a po szczęśliwym powrocie obdarzały bóstwa darami zdobycznymi. Noszone w wyprawach wojennych posągi bóstw strzeżone były w sposób nadzwyczajny. W znanym wypadku, kiedy podczas przeprawy przez rzekę jeden z posągów utonął, zatonęło z nim razem 50 wojowników, mających na celu wyłączną obronę posągu bóstwa.
    Ta ważna rola kultu religijnego spowodowała, że w walkach ze Słowianami starano się niszczyć przede wszystkim ich ważniejsze ośrodki kultowe. Zniszczenie świątyni Swarożyca w Radogoszczy w 1067 r. stało się przyczyną osłabienia ideologicznej przewagi Redarów a także jednym z czynników, który przyczynił się do upadku związku Wieletów.
    O wierzeniach Słowian obodryckich pisze obszerniej Helmold, dziejopisarz z XII w. Jego zapiski odnoszą się do czasów wcześniejszych. Pisze on tak: „Prócz bowiem gajów i bogów domowych najpierwszą i szczególną cześć odbierali: Prowe, bóg ziemi stargardzkiej, Siwa, bogini Połabian i Radigost, bóg ziemi obodryckiej. Na służbę im poświęceni byli kapłani. Przynoszono im różne ofiary i rozmaitą cześć religijną im oddawano. Kapłan podług wskazania losów przeznaczał uroczystości, jakie na cześć tych bogów odprawiać miano. I wtedy schodzili się ludzie z żonami i dziećmi i bogom swym składali ofiary z wołów i owiec, a wielu i z ludzi chrześcijańskich, tych krew bowiem, jak tłumaczyli, szczególniej podobała się bogom. Po zabiciu bydlęcia kapłan krwi jego kosztował, by się zdolniejszym stać do przyjęcia wyroku boskiego; wielu bowiem mniema, że duchy diabelskie łatwiej krwią się wywołują. Po przyniesieniu ofiary podług zwyczaju lud oddaje się ucztom i weselu. Istnieje u Słowian dziwny przesąd; w czasie uczt bowiem i pijatyki obnoszą czarę ofiarną i na nią zlewają w imieniu bogów, to jest dobrego i złego słowa, nie powiem błogosławieństwa, lecz poddaństwa. Wyznają bowiem, że jak pomyślność od dobrego boga, tak nieszczęście od złego pochodzi. I dlatego też złego boga nazywają w swym języku Diabol albo Czerneboch, to jest czarny bóg”.
    W późnych dziejach Słowian połabskich w XII w. doniosłą rolę odgrywała świątynia Światowita w Arkonie na Rugii, siedzibie plemienia Ranów. O plemieniu tym dowiadujemy się późno w źródłach pisanych, bo dopiero w XI w. Wcześniejsze milczenie źródeł na ten temat wynika z faktu, że Ranowie nie należeli do związku plemion obodryckich ani wieleckich i nie brali udziału w walkach przeciw Niemcom. Po raz pierwszy pojawili się zresztą w źródłach jako czasowi sprzymierzeńcy Niemców. Kult Światowita należał do wysoko zorganizowanych wierzeń pogańskich. Był on bóstwem państwowym, posiadającym stały, zorganizowany stan kapłański z arcykapłanem na czele. Rozwinęła się tam zresztą swoista odmiana teokracji, gdzie czynnikiem cementującym jedność plemion Ranów było bóstwo państwowe, Światowit. Posiadał on własną, doborową drużynę wojskową, biorącą w jego imieniu udział w walkach. Była więc to szczególnie żywa forma abstrakcji.
    Znaczenie Światowita w ostatniej fazie dziejów Słowian zachodnich było olbrzymie. Wokół kultu tego bóstwa cementowała się świadomość narodowa tych ludów i ich wola oporu przeciw chrześcijaństwu oraz zaborowi germańskiemu. Miarą popularności bóstwa może być fakt, że nawet chrześcijański król Danii Swen (1146-1157) przysłał dary Światowitowi.
    W roku 1168 Waldemar Duński zaatakował koncentrycznie Rugię, będącą zresztą groźnym gniazdem korsarstwa słowiańskiego na Bałtyku. Świątynia Światowita została zdobyta i zrównana z ziemią. Był to ostatni i decydujący cios zadany Słowianom zachodnim.
    Na obszarze między Łabą i Salą a Odrą i Nysą Łużycką zachowały się po dzień dzisiejszy liczne nazwy miejscowości o słowiańskim brzmieniu, świadczące o pobycie tu ludności słowiańskiej. Jedynym żywym reliktem jest grupa słowiańskich Łużyczan, zamieszkujących na wschód od Drezna, wokół miejscowości Budziszyn (Bautzen). Ludność ta zachowała po dzień dzisiejszy swój język, wiele obyczajów a częściowo i kobiecy strój ludowy.
    Wielowiekowa polityka wynarodowienia nie zdołała przełamać ludności łużyckiej. W Budziszynie nazwy ulic są dwujęzyczne – słowiańskie i niemieckie. Wychodzą książki i czasopisma łużyckie, istnieje specjalny Instytut Naukowy (Institut za Srbski Ludospyt), zespoły śpiewacze i taneczne w strojach ludowych.
    Po innych grupach słowiańskich, wobec akcji germanizacyjnej zostały tylko wspomniane historyczne nazwy miejscowe i ślady archeologiczne. W Niemczech wilhelmowskich i hitlerowskich niechętnie zwracano uwagę na słowiańskie zabytki międzyrzecza Łaby i Odry. Te, które bywały wykopywane, chowano w czeluściach magazynów muzealnych.
    Zmiana w tym zakresie nastąpiła dopiero po II Wojnie Światowej. Przystąpiono tam do planowych badań nad starożytnościami słowiańskimi, rejestracji grodzisk i cmentarzysk.
    Obraz, jaki rysuje się w świetle inwentaryzacji i naniesienia na mapę grodzisk z VIII, IX i X wieku jest bardzo interesujący. Na wszystkich terenach zasiedlonych przez ludy słowiańskie obserwujemy znaczne zagęszczenie drewniano-ziemnych grodów obronnych. Koncentrowały się one zwłaszcza na terenach nadających się do uprawy rolnej, omijając zwarte obszary puszczańskie i jałowe gleby.
    Ilość zarejestrowanych grodzisk przekracza znacznie cyfry, podawane przez „Geografa Bawarskiego” dla poszczególnych plemion. Stąd można wnioskować, że owe grody („civitates” w tekście oryginalnym) oznaczają te ośrodki grodowe, które były istotnymi centrami administracyjnymi plemion połabskich.
    Położenie grodów jest zazwyczaj wysoce obronne. Lokują się one na wyspach jezior, półwyspach, w rozlewiskach rzek, na kępach między bagnami.
    Znamy również cmentarzyska. Są to prawie wyłącznie ciałopalne groby, zawierające skromne wyposażenie. Obok grobów płaskich spotykamy także groby kurhanowe. Na całym terenie międzyrzecza Łaby i Odry nie widzimy w VII-IX w. prawie żadnych materiałów, związanych z pobytem ludów germańskich, wyłączając importy, jakie dostawały się tu drogą handlu.
    W materiałach archeologicznych żywioł germański najwcześniej zarysowuje się na odcinku między górną Łabą a Salą. W stwierdzonych wypadkach jest widocznym, jak zabytki germańskie nawarstwiają się na stare materiały słowiańskie. Proces ten odpowiada najzupełniej obrazowi, jaki widzimy w świetle źródeł pisanych.
    Na terytorium między Dolną Łabą a Odrą zabytki germańskie pojawiały się znowu znacznie później. Obfity ich napływ możemy obserwować dopiero w XIII w. Od VI aż do schyłku XII wieku królują tu zdecydowanie materiały archeologiczne słowiańskie.

  13. c.d.

    Drzewianie
    To jedno z najbardziej wysuniętych na zachód plemion słowiańskich. Zamieszkiwali puszcze na zachodnim brzegu Łaby. Należeli do Związku obodryckiego. Około 900 roku pokojowo podporządkowli się Niemcom, dlatego nie doszło do ich ludobójstwa, a język słowiański na ich terenie przetrwał do początku XIX wieku. Obecnie ich teren plemienny nazywa się Lueneburger Heide albo Wendland i jest położony na południe od Hamburga.
    Niklot (zm. 1160) – książę obodrycki. Niklot walczył z Niemcami i Duńczykami o wolność swego ludu. Jedyny słowiański władca, który pokonał wyprawę krzyżową i powstrzymał przymusową niemiecką akcję chrystianizacyjną. Zginął w czasie bitwy pod Orłem (dziś Wurle?) w 1160 r. Od jego syna, Przybysława (Pribislav), wywodzi się dynastia książęca panująca w niemieckiej Meklemburgii do 1918 roku.

    Wagrowie
    – najdalej na zachód wysunięte nadmorskie (Wagria nad Bałtykiem) plemię połabskie, odłam Obodrytów, graniczące od zachodu z germańskimi Nordalbingami. Główny ośrodek – Starogard, u Adama z Bremy Aldinburg, dziś Oldenburg w Niemczech. Podbite przez Niemców i stopniowo od XII wieku kolonizowane (ok. 1140 Adolf II Holsztyński wciela w życie plan zasiedlania ziem Wagrów przez osadników niemieckich)

    Redarowie
    – średniowieczne plemię słowiańskie należące do wieleckiej grupy plemion – Związku Wieleckiego – często w nim dominowali. Uznane przez kronikarzy za najbardziej wojownicze spośród plemion wieleckich. Zamieszkiwali u źródeł Dołęży. Głównym grodem był Radogoszcz – miejsce kultu m.in. boga Swarożyca .

    Stodoranie
    – średniowieczne plemię słowiańskie zamieszkujące dorzecze rzeki Hawela – prawego dopływu Łaby. Do tej samej grupy plemiennej obok Stodoran zaliczano plemiona: Nieletycy, Doszanie, Zamczycy i Płoni. Centralnym grodem Stodoran była Brenna podbita przez Albrechta Niedźwiedzia w 1157. Zmieniono wówczas nazwę Brenna na Brandenburg a okoliczne ziemie nazwano Brandenburgią.

    Czrezpienianie, Czrezpieczanie, Czerezpieczanie, Czerespienianie – średniowieczne plemię słowiańskie należące do grupy plemion wieleckich (Związek wielecki). Zamieszkiwali między Reknicą (dziś Recknitz) i Pianą (obecnie Peene). W 1151 razem z Chyżanami zbuntowali się przeciwko władcy Niklotowi. Po wojnie domowej Związku Wieleckiego (1057-1060) dostali się pod władzę Obodrzyców.

    Ranowie
    inaczej Rugianie (z niem.) albo Rujanie, zachodniosłowiańskie plemię połabskie zamieszkujące we wczesnym średniowieczu wyspę Rugię i pobliskie ziemie na stałym lądzie (obecnie Meklemburgia-Pomorze Przednie w Niemczech). Plemię posiadało dwie stolice: władyki świeckiego w Gardźcu (niem. Garz, obecnie: Garz/Rügen) oraz arcykapłana (żercy) kultu pogańskiego boga Świętowita (połabski Svątevit czytaj swantewit) w Arkonie – jednym z najznamienitsztych sanktuariów słowiańszczyzny zachodniej. Ten ostatni bastion Słowian zachodnich został zniszczony przez wojska pod wodzą duńskiego króla Waldemara I Wielkiego i biskupa Roskilde Absalona w 1168 roku. Ranowie zostali ochrzczeni a ich terytorium włączone do diecezji Roskilde bullą papieża Aleksandra III w roku 1169. Ówczesny wódz Ranów Tesław złożył hołd królowi i stał się pierwszym wasalnym wobec Danii księciem rugijskim. Ostatnia kobieta władająca językiem Ranów, Hulicina, mieszkająca na Rugii zmarła w 1404 roku.

    KSIĘSTWO RUGIJSKIE/RAŃSKIE

    * 1168-1325 księstwo wasalne królów Danii:
    o 1162-1170 Tesław
    o 1170-1218 Jaromar I
    o 1218-1236 Barnut razem z Wisławem I
    o 1218-1249 Wisław I
    o 1249-1260 Jaromar II
    o 1260-1302 Wisław II razem z Jaromarem III
    o 1264-1283 Jaromar III
    o 1302-1325 Wisław III na Rugii
    o 1302-1304 Sambor w Stralsundzie

    * od 1325 do książąt (zachodnio)pomorskich jako księstwo wołogosko-rugijskie, albo rugijsko-bardowskie:
    o 1325-1326 Warcisław IV
    o 1326-1368 Bogusław V, Warcisław V, Barnim IV
    o 1368-1372 Warcisław VI, Bogusław VI
    o 1372-1394 Warcisław VI
    o 1394-1415 Warcisław VIII
    o 1415-1432/36 Świętobor II
    o 1432/36-1451 Barnim VIII
    o 1451-1457 Warcisław IX
    o 1457-1478 Warcisław X

    * od 1474 w składzie ks. wołogoskiego

    * od 1478 w składzie ks. (zachodnio)pomorskiego

    Arkona(niem. Kap Arkona)
    – skalisty przylądek w skrajnie północnej części Rugii (Meklemburgia-Pomorze Przednie).
    We wczesnym średniowieczu centralny gród obronny zachodniosłowiańskich Ranów na trudno dostępnym wąskim cyplu półwyspu Wittow, broniony od lądu podkowiastym wałem i fosą. Znany ośrodek kultu pogańskiego boga Świętowita (połabskie: Svątevit, czytaj swantewit). Świątyni Świętowita (kąciny) strzegła stała załoga licząca 300 wojów, podległych arcykapłanowi. W świątyni znajdował się skarbiec Świętowita, będący właściwie skarbcem państwa Rugian. Po splądrowaniu (1067/1068) a następnie zniszczeniu (1125) Radogoszczy Arkona stała się najważniejszym miejscem kultu religijnego Słowian nadbałtyckich. Została zdobyta i zniszczona w 1168 przez króla duńskiego Waldemara I.

    Radogoszcz (Retra)
    wymieniany również jako Radegost, Riedigost (niem. Redigast, Radigast, Rethra) – główny ośrodek polityczny Redarów oraz centrum kultu Radogosta-Swarożyca; współcześnie Alt Rehse – wieś w Niemczech k. Neubrandenburga (Meklemburgia-Pomorze Przednie), nad jeziorem Tollensesee. Znany z opisów niemieckich kronikarzy:

    * w XI wieku – Thietmara z Merseburga i Adama z Bremy,
    * w XII wieku – mnicha Helmolda z Bosau (Slawenchronik w oparciu o relacje Adama z Bremy).

    Najdokładniejszy opis grodu, a przede wszystkim świątyni, pochodzi z kroniki Thietmara:
    Jest w kraju Redarów pewien gród o trójkątnym kształcie i trzech bramach doń wiodących, zwany Radogoszcz, który otacza zewsząd wielka puszcza, ręką tubylców nie tknięta i jak świętość czczona. Dwie bramy tego grodu stoją otworem dla wszystkich wchodzących, trzecia od strony wschodniej jest najmniejsza i wychodzi na ścieżkę, która prowadzi do położonego obok i strasznie wyglądającego jeziora. W grodzie znajduje się tylko jedna świątynia, zbudowana misternie z drzewa i spoczywająca na fundamencie z rogów dzikich zwierząt. Jej ściany zewnętrzne zdobią różne wizerunki bogów i bogiń – jak można zauważyć, patrząc z bliska – w przedziwny rzeźbione sposób, wewnątrz zaś stoją bogowie zrobieni ludzką ręką w straszliwych hełmach i pancerzach, każdy z wyrytym u spodu imieniem. Pierwszy spośród nich nazywa się Swarożyc i szczególnej doznaje czci u wszystkich pogan. Znajdują się tam również sztandary (stanice), których nigdzie stąd nie zabierają, chyba że są potrzebne na wyprawę wojenną i wówczas niosą je piesi wojownicy. Do strzeżenia tego wszystkiego z należytą pieczołowitością ustanowili tubylcy osobnych kapłanów.
    Kalendarium

    * 957 – cesarz Otto I prowadzi wyprawę przeciw Redarom,
    * 965 – pierwsza pisana wzmianka o okolicy,
    * 1002 – Thietmar, biskup merseburski w swojej kronice opisuje gród (Redigast lub Radigast), gdzie Redarowie oddawali cześć Swarożycowi,
    * 1018 – powstanie Obodrzyców pod wodzą kapłanów z Retry,
    * 1066 – zryw plemion Związku Wieleckiego; rzekome złożenie w ofierze Radogostowi głowy schwytanego biskupa meklemburskiego Jana (Johannesa),
    * zimą 1067 na 1068 – biskup Burchard z Halberstadt prowadzi wyprawę wojenną przeciw Wieletom, zdobywa i pustoszy kraj Redarów (w tym Retrę) i powraca do Saksonii na świętym rumaku Swarożyca,
    * 1125 zburzenie grodu przez wojska króla niemieckiego Lotara III Saskiego

    Świętowit (na zdjęciu posąg wykopany ze Zbrucza, znajdujący się w muzeum w Krakowie).(nazwy połabskie: Svątevit, błędnie Światowid; w źródłach Zvanthevith, Sventevith – w bezpośrednim tłumaczeniu Pan Świętej / Nadprzyrodzonej Mocy) to główne bóstwo czczone przez plemię Słowian połabskich – Ranów zamieszkujące na Rugii w grodzie Arkona. Relacja duńskiego kronikarza, Saxo Grammaticusa zawarta w dziele Gesta Danorum podaje, że w tamtejszej świątyni przedstawiać boga miał posąg olbrzymiej, człekopodobnej istoty o czterech twarzach. W prawej ręce trzymać miał róg, który kapłan podczas świąt napełniał winem w celu odprawienia wróżb. Uważany za boga najwyższego – pana niebios, także lasu, słońca, ognia, urodzaju i prawdopodobnie wojny. Pewne elementy posągu w Arkonie mają swoje ścisłe odpowiedniki w słynnym idolu zbruczyńskim (znalezionym w 1848 r.), który obecnie znajduje się w Muzeum Archeologicznym w Krakowie.

    SLAWA AUTOROWI TEJ STRONY!

    P.S.
    Czytajcie, jest tam tego duuuzo wiecej, o Slowianach i nie tylko!
    http://upadeknarodu.cba.pl/nova-5-historia.html

    • Brawo Zprowokowany!!!!
      Brawo podwójne, po wykładzie prof. Janusza Piontka, następne dobre źródło.
      Samodzielne poszukiwanie źródeł daje efekty, a jak się coś znajdzie, sprawdzi i przetrawi, to nikt ciemnoty nie wciśnie.
      SŁAWA
      A.S.

      • Dziekuje,
        zawsze staram sie sprawdzac i weryfikowac ciekawe informacje, tytuly publikacji, czy linki.
        Nie jestem zwolennikiem zadnej jednej ksiazki, teorii czy opcji.
        Tez jak kazdy popelniam bledy, ale szukam i dziele sie tym, co uda mi sie dowiedziec, bo jaki jest sens karmic samego siebie klamstwem lub polprawda?

        Udowadniam sam sobie codziennie, ze prawda i precyzja dzialaja. To jest weryfikowalne i to sprawdza sie w zyciu.
        To moja mantra – Prawda nie klamie a blad zawsze bedzie tylko bledem (CNC nie klamie 🙂
        Tylko celowe wykorzystywanie bledu i trwanie w bledzie jest obzydliwe.

        Homoioi – po grecku znaczy tacy sami. Tak sami siebie nazywali Spartanie, podobno R1a.
        Bycie takim samym moze jest dobre dla bakterii, co sie mnoza przez podzial.
        Wsrod ludzi to samo zabija roznorodnosc, nie tylko mysli…

        Jestem dumny nie tylko z moich bezposrednich Przodkow, ale i z Tych bardzo odleglychi Ich Prawdziwej Tradycji.
        Bez walki, nie pozwole na dalsze niszczenie Naszych Swietosci.
        Ci ktorzy mysla odmiennie i zle Nam zycza, lepiej zeby nie znalezli sie w moim zasiegu.
        Jestem spokojny, az do momentu kiedy staje sie porywczy i czasem latwo mnie sprowokowac, jak kazdego Slowianina…

        Namawiam do samodzielnego czytania roznych zrodel i samodzielnego wyciagania wnioskow.

        Nie badzmy jak bakterie, czy inne bezplciowe czy obojnieckie organizmy. Wymieniajmy sie Wiedza.
        Niech Zycie i Indo-Europejska/Slowianska Tradycja rozkwita!
        Oto nadeszla Slowianska Wiosna!!!
        Znow Swieci Nasze Slonko!

        SLAWA! SLAWA! SLAWA!

    • Bogini Licho – Lichesis. Nie było boga Lecha. Ludzie nie przyjmują boskich imion – nigdy, a znamy wielu Lechów z imienia. To byłoby świętokradztwo przyjąć boskie imię, a mieliśmy królów z wczesnych dynastii i założyciela plemienia w podaniu. Pan Mroziński powinien wiedzieć taką rzecz podstawową. On wie że dzwonią, ale niekoniecznie gdzie dzwonią.

      Pozdrawiam

      CB

      • Jemu chodziło o LECHA mitycznego założyciela Polski ale pewnie ci są pod Wawelem w lochach pochowani skrupulatnie pilnowanych przez watykańskie Bestie i nazistowskie porcelanowe miny z Londynu.

        Piast Kołodziej to najprawdopodobniej Budda Krakuczandra (KRAK.uczczhanda (? rządzący w Krakowie (dziwne imie))) – historyczny Budda z linii Białych Buddów korespondujący w tradycji z Budda Wairoczaną i Boddhisatwą Awalokiteśwarą. W języku polskim oczywiście jest BRAK DANYCH o tej postaci. Ale na ten związek wskazuje imię PIAST -> PIASTA -> OŚ NIEBA jak i przydomek KOŁODZIEJ -> KOŁO DZIEJ -> KOŁO DZIEIĆ (używać)/ DZIERŻYĆ (władać) co wskazuje na KOŁO DHARMY znane z buddyzmu i wiąże już silnie znajdowane u nas SWASTYKI z realnym lokalnym kultem a nie nazistowską pierdologią jakoby je „wikingowie z Indii przywlekli”. I ta postać moim zdaniem kryje się pod posągami ŚWIĘTOWIDA jako naszym tłumaczeniem tamtego imienia. Religijnie sobie odpowiadają.

        • Jeśli chodzi Koło Dharmy – Kole dar (kolenda-Koleso-Kalendarz – Koło Czasu (ARA, Czara RA) i konotacje z Piastem Kołodziejem – kręcącym Kołem czasu to jest to prawidłowe w odniesieniu do tytułu kagana i kaganboga – naczelnego wodza i kapłana – władzy wykonawczej Sistanu (kaganbog) oraz króla reprezentującego boga na ziemi – kagana – Koło Dziejów, Kołaka, Kolaksaisa, Świetego Kołka, Palwana. To nie konkretne osoby a tytuły i zjawiska porządku kosmicznego i przyrodniczego.

      • Nie rozumie Pan znaczenia.

        Piast Kołodziej (nazwa tytularna najprawdopodobniej) i Krak założyciel Krakowa (fizyczna legendarna) to fizyczny Budda Krakuczandra (istniejący kiedyś na Ziemi podobnie jak Siddhartha Gautama na przykład). To oznacza iz wszelkie odnajdywane na naszym terenie swastyki, krzyże celtyckie czy inne buddyjskie relikwie to NASZA POLSKA PIASTOWSKA TRADYCJA. To oznacza, iż nabiera większego sensu wypowiedź Mezamira w której powiedział, „iż żebrzących w Tybecie za bogami opiekuńczymi polskich buddystów ofuknięto iż przecież MAJĄ WŁASNYCH LOKALNYCH. Mają bo w świetle powyższego założycielem Krakowa był Budda a to też oznacza iż chrześcijaństwo w Polsce zostało nie wprowadzone a zamordowane przez katoobłudników watykańskich w IX w. I w takim też kontekście należy rozumieć zachowaną w kronikach walkę Chrobrego z CHRISTI (rodzimowiercami/ buddystami z Rusi).

        W tym też sensie rodzimowierstwo ma szansę stać się oficjalną światową religią właśnie poprzez konotacje z linią nauk Buddy Wairoczany duchowego zwierzchnika Buddy Krakuczandry przez co nazywanie jej sekcizmem straci sens. A wy zyskacie ochrone prawną właściwą buddystom.

        • Pan panie Ktoś wygłasza co chwilę rewolucyjne sądy w rodzaju, że „in i yang to nie dopełnienia ani nie przeciwieństwa”, a także wiele innych, ale dobrze by było żeby to były sądy prawdziwe, tzn polegające na prawdzie, czyli uzasadnione.

          To że Wedy są post-scytyjskie (czyli prasłowiańskie, a raczej od-atlantydzkie) nie oznacza, że one i później wyrosłe z wedy systemy w Indiach i okolicach, typu np. buddyzm mają taką samą mitologię jak Mitologia Słowian. Kryszna ma tylko tyle wspólnego z Kraszeniem-Dziwieniem co związek etymologiczny i tyle co Wisznu ma z wiśnią i Wiosną. Zatem wręcz odwrotnie, mitologie i nazwy postaci są różne, albo podobne nazwy są na rózne postacie o różnych atrybutach i zakresach działania, a za to filozofia i leżąca u jej podstaw obserwacja przyrodnicza – przyrodzona – jest wspólna tak dla Słowian jak dla hindusów jak dla Chińczyków, jak dla Indian Ameryki – jak dla wszystkich innych wierzeń opartych na obserwacji przyrodniczej i zawartych w eposach i opisach LOKALNYCH. Zatem jest wręcz odwrotnie – to różne mitologie a JEDNA FILOZOFIA.

          Nie zamierzam wchodzić w głębokie polemiki, ale krak tak jak kołak, kolaksais, kagan, aga, acan, waćpan jest tytułem władcy. Te tytuły odnosza się do władców różnych szczebli plemiennych. Było wielu kraków – kołków. Pisze pan że budda był założycielem Krakowa, ale to ani nie jest mit polski, ani legenda słowiańska, ani nie podanie perskie, ani dokument historyczny, ani nawet weda hinduistyczna, tylko sąd będący pana hipotezą, którą podaje pan jako pewnik.

          Nie chcę oceniać tego typu postępowania, ale na pewno wprowadza pan zamęt pojęciowy, ogłasza tezy nie poparte niczym, pokrętne, z którymi ja nie polemizuję, bo każdy sam może chyba ocenić łatwo dla siebie jakość owych koncepcji.

          Imię Krakus próbuje się naukowo łączyć z Cyrus (Kirus, Kir), ale to ma sens tylko wspólnoty kulturowej i etymologii, wspólnoty Założycielem Krakowa był jeden z Kruków z Nowej Koliby, jeden z Siedmiu Kruków, a więc już na początku było Siedmiu Kruków (Ojcowie Siedmiu Ludów Słowiańskich) i Kurka (Matka Istów) i Kąptorga (Ptakowężyca – Matka Scytów). Założycielką grodu na sąsiedniej górze po drugiej stronie Wawelu za Wisłą była była Czarna Królowa z osady na Wzgórzu Lasoty i Lasota – Biały Kruk. Czarna Królowa – Czarodana – Karoduna, a gród jej to Carodunon, Caroduna. Jeśli chodzi o tę koncepcję to zachowały się legendy i podania. Potem znamy kolejnych kraków z innych podań co świadczy że to był pierwotnie tytuł związany z nadaniem imienia świętego – tak jak w wypadku piast, kołak, krak, kagan, tyrs, bierło-pierło, palak-pałomąż (palemon), palwan, mądrzak (madżak) i inne.

          Czy przypadkiem w Tybecie nie mieli na myśli Peruna, Welesa i innych a nie buddę? Niech pan sam sobie odpowie.

          Rodzimowierstwo jest światowym systemem wierzeniowym, nie jest religią i nie będzie nią nigdy, jest Wiarą Przyrody, czyli opartą na obserwacji przyrodniczej i światopoglądzie NAUKOWYM. Nie potrzebny jej legitymizm buddyjski by mogła się stać czymkolwiek.

          Cieszę się że skoro ja nie rozumiem ZNACZENIA to jest Ktoś kto je rozumie.

          pozdrawiam

          CB

      • A sama nazwa CHRISTI nie pochodzi od wyznawców chrystusa w sensie jezusa tylko od:

        „Amitabha – Budda Nieograniczonego Światła – najbardziej czczony z tzw. buddów medytacyjnych (skt. Dhyāni-buddha), a więc niehistorycznych. Jego nazwa określa go jako źródło życia i światła.

        Bodhisattwa Awalokiteśwara (skt. Avalokiteśvara) jest nazywany duchowym synem Amitabhy, a bodhisattwa Mańdziuśri (skt. Manjuśri) jest jego innym aspektem, wyrażającym mądrość. Szczególną formą Amitabhy jest Amitajus (skt. Amitāyus), Budda Nieskończonego Życia.

        Nasienną sylabą Amitabhy jest Hri , a jego atrybutem jest lotos.”

        (http://pl.wikipedia.org/wiki/Amitabha)

        od tej sylaby nasiennej Buddy Amitabhy i nazwa CHRISTI oznacza wyznawców tej linii tradycji wtórnie dowiązanej przez katoobłudników do rabiego jezusa gdyż patrząc po wykopaliskach w Gobekli Tepe pierwotnie dotyczyła konkretnie uczniów Bodhisattwy Awalokiteśwary (ziemnskiego nauczyciela tej linii)(o nim mowa naprawde jako Zbawiciel z Ewangelii).

        PS. Wyobraża Pan sobie światowy jazgot jak się uda udowodnić powiązanie Buddyzmu (jego pochodzenie) z jedną konkretną haplogrupą którą jest R1a1?

        • Krakuczanda znaczy zarówno zwycięska kontemplacja, jak i wieloraka kontemplacja – nie chce mi się wnikać w meandry znaczeniowe i etymologiczne związki, bo tłumaczenie na polski jest tutaj jak zwykle niepotrzebnie „dęte”, jak w wielu tekstach buddyjskich tłumaczonych u nas. W każdym razie widać tutaj echo wspólnych znaczeń sanskrytu i słowiańskiego, np. polskiego, a może też rosyjskiego, ruskiego.

          Przecież buddyzm jest systemem wyrastającym z Wedy, więc co tutaj udowadniać, skoro Wedy przynieśli do Indii Indo-Europejczycy, a bramini są w 90% R1a1. To prawda znana od 2009 roku, którą potwierdza nawet konserwatywny ksiądz katolicki Pietrzak z Tropia, który się zajmuje genealogią i pochodzeniem Słowian oraz Świętego Świerada.

          Buddyzm jak chrześcijaństwo jest obarczony POŚREDNICTWEM i zakłamany z tego powodu. Jak żyliby mnisi buddyjscy gdyby ich nie utrzymywali zwykli ludzie swoimi datkami?! To pasożytnictwo nakierowane na zbawienie własnego EGO. Nic ponadto – Ja i moja nirwana, doskonalenie SIEBIE – trochę to lepsze od chrześcijaństwa, zwłaszcza w wydaniu jezuickim, gdzie już nic nie trzeba tylko „żreć i popuszczać pasa i prosić o odpuszczenie, które będzie dane”, ale tylko TROCHĘ LEPSZE. trochę to za mało dla wyznawców Wiary Przyrody – nie JA, nie Moje Zbawienie, nie Moje Cierpienie, nie MOJA Doskonałość – Świat trzeba zmienić NA LEPSZY – Dla Wszystkich, DLA Wszystkich LUDZI i Wszystkiego Co ŻYWE.

          Więc dajmy sobie spokój z buddyzmem jeśli nie wnosi nic istotnego w temacie Lepszego Życia i Lepszego Świata dla INNYCH ISTOT – a nie dla JA (także dla Pustego JA).

  14. Wielu Polakatolików pewnie nie wie, że kilka razy dziennie mówiąc „Dzień dobry”, chwalą inne imię słowiańskiego boga Swąta. To dlatego polskie klechy koniecznie chciały i chcą wyrugować to typowe słowiańskie powitanie. Jest ono znane i używane na całej słowiańszczyźnie. Klechy wiedzą o znaczeniu tego powitania i chciały go zamienić na „Niech będzie pochwalony…”. Jakoś nie wyszło.
    A.S.

    • 1. Wielu polskich buddystów nie wie iż

      „Ponadto, w przeszłości, Budda imieniem Krakuczanda (Krakućhanda) pojawił się na świecie. Jeżeli mężczyzna lub kobieta usłyszy imię tego Buddy i szczerze będzie mu się przypatrywać, czcić lub wysławiać go, to ta osoba stanie się Wielkim Królem Brahmą w zgromadzeniach tysiąca Buddów tego Pomyślnego Eonu i tam otrzyma doniosłą przepowiednię.”

      medytując na „Króla Kraka” dostąpią takich to zaszczytów. ;p

      I skoro ten zaszczy jest pewny z samego medytowania to nie dziwi czemu go nam 'wymazano”: by Polska zawsze była popychadłem zachodnich okupacyjnych królestw. Tak działa magia ZŁA przez ukrywanie albo przenicowanie znaczeń. A wedle obecnych przepowiedni to „w Krakowie” ma sie narodzić władca świata Nower Ery”. Związku z Krakiem chyba nie musze w tej przepowiedni tłumaczyć.

      (cytat z http://mahajana.net/teksty/sutra_jizo/13.html)

      2. „Eon (sanskryt: kalpa), w którym żyjemy jest uznawany za pomyślny (Bhadra-kalpa), ponieważ w czasie jego trwania pojawi się 1000 Buddów. Ma trwać 236 milionów lat, z czego minęło już 151 milionów. Pierwszymi trzema Buddami byli: Budda Krakuczanda, Budda Kanakamuni oraz Budda Mahakaśjapa, czwartym jest obecny Budda Siakjamuni.
      W sutrach Buddyzmu Czystej Krainy „Szin” można przeczytać, że w czasach Buddy Krakuczandy ludzie żyli 40 000 lat, a w czasach następnych Buddów, kolejno 30 000 i 20 000 lat.”

      NOWY EON powstał po WIELKIM KATAKLIŹMIE, czyż nie?

      A jak się obetnie po 2 zera to mamy długość zycia ze Starego Testamentu. I bardzo realny kontekst wydarzeń bo mnie te „miliony” czy „miliardy” w datowaniach niespecjalnie przekonują. To tak jakby ktoś specjalnie ubarwił opowieść by „skoro odbyła się bardzo bardzo … bardzo dawno temu to można ja wywalić do śmieci jako nieważną”, nie?

      (cytat z http://www.buddyzm.com.pl/?k=&e=&s=&app=17&q=1&sf=&ft=1&menu=search&pos=360)

    • Uważam, że każde państwo powinno mieć taką religię, jaką wykształciła jego kultura-my Słowianie mieliśmy Światowita-nie Jahwe, Jezusa czy Allaha-i tak powinno pozostać na wieki wieków amen. Mam nadzieję, że pogonimy kiedyś tych chrześcijańskich oszołomów i żydowską sektę precz z Polski i Ukrainy oraz ze wszystkich państw słowiańskich.
      Niech żyją neopoganie-oni uratowali naszą kulturę. Sława Światowidowi!
      P.S. Hindusów nikt nie najeżdżał pod pretekstem nawrócenia na chrześcijaństwo-stąd też zachowali swoją kulturę i tożsamość-a z Polską to wiadomo jak było. Ale Słowianie się nie poddali-o nie!-i przemycili wiele elementów naszej prasłowiańskiej kultury-jak wiązanie czerwonych wstążeczek dzieciom w kołysce, malowanie jajek na wiosnę, topienie Marzanny, lejek czyli Śmigus Dyngus-charakterystyczny tylko dla słowiańskiej kultury.
      Słowianie to rasa aryjska-Hitler się pomylił-bo Ariowie pochodzą od Irańczyków (Persów), Afgańczyków (czyli Persów i Pasztunów), Hindusów, Pakistańczyków-tylko tam występowali Ariowie-blondyni o niebieskich lub zielonych oczach-tak wyglądają prawie wszyscy Słowianie-prawdziwy Słowianin ma blond włosy i niebieskie oczy-to rasa aryjska-posiadająca genotyp R1a1-chatakterystyczny dla Słowian i Persów oraz Pasztunów, a także dla całej rasy aryjskiej-Hitler był głupi jak but-coś tam czytał, ale nie doczytał do końca. Prawdziwi Ariowie to Słowianie-a rasa aryjska to słowiańska-Hitler-celowo lub nie-chciał zniszczyć Słowian-może żeby się jego fałszywa teoria nie wydała. Patrzcie:
      http://pl.wikipedia.org/wiki/Haplogrupa_R1a1_%28Y-DNA%29

      Pozwólcie, że zacytuję:
      R1a1 (M17) – w genetyce haplogrupa występująca w męskim chromosomie Y. W Europie występuje najczęściej wśród ludów słowiańskich: Serbów Łużyckich (63%), Polaków (55%), Ukraińców (43%), Rosjan (46%) i Białorusinów (50%) oraz Węgrów (25%) przynależących do ugrofińskiej grupy językowej. Istotny procent R1a występuje także u Skandynawów: Norwegów (25-30%),Szwedów (15-20%), Duńczyków (10-15%) oraz u Niemców (15-20%). Ludy bałtyckie również charakteryzują się wysoką częstością występowania haplogrupy R1a: Litwini (34-45%), Łotysze (40%), Estończycy (33%). Poza Europą R1a występuje najczęściej wśród mieszkańców Indii Północnych (48-73%) i Azji Środkowej: irańskojęzycznych Iszkaszimów (68%), Tadżyków (30%) i Pasztunów (40-45%), ludów tureckich: Kirgizów (63%) i Ałtajczyków (38-53%).

      Ariowie to przede wszystkim Persowie i Pasztuni-u Persów i Pasztunów ta haplogrupa występuje najczęściej-a od Persów i Pasztunów wywodzą się Ariowie.
      Hitler, ty oszuście, ty żydowska mendo po swojej babce Żydówce, przestań kłamać! nie byłeś i nie będziesz nigdy Ariem, ani twoi zasrano Niemcy czy Austriacy-Ariowie to tylko Słowianie. Niech żyją Słowianie, potomkowie Ariów.
      Pierwsi Słowianie powstali w północnym Afganistanie-stamtąd przywędrowali do Europy, nad Stepy Czarnomorskie-to od Ukraińców również pochodzą inni Słowianie-ponieważ to Ukraińcy dali początek wszystkim ludom słowiańskim:

      „…i następcy Adama
      Podobnie rzecz się ma z synami Adama – tych również można zaliczyć do ściśle zdefiniowanych klanów i pod-klanów. Przykładowo, jednym z dalszych potomków „igrekowego Adama” był Rusłan. Takie imię zostało nadane przez amerykańskiego antropologa Stephena Oppenheimera założycielowi haplogrupy R chromosomu Y. Rusłan urodził się w północno – zachodniej Azji około 30 – 35 tysięcy lat temu. Jeden z wnuków Rusłana, założyciel linii ojcowskiej R1a (może ktoś z Czytelników nada mu imię?) pojawił się po raz pierwszy wśród ludów tzw. „kultury kurhanów”, koczowniczych szczepów epoki brązu, zamieszkujących tereny Azji i docierających do Europy wschodniej. Charakterystyczną cechą tej kultury były pochówki w postaci kurhanów, od których wzięła są nazwę. W Polsce najczęściej występującą gałęzią klanu R1a jest linia ojcowska R1a1 (założona przez prawnuka Rusłana), która określana jest jako linia ojcowska Słowian, gdyż prawdopodobnie pojawiła się po raz pierwszy na terenie dzisiejszej Ukrainy i jest częsta u wielu ludów Słowiańszczyzny. Rozprzestrzenienie się podklanu R1a1 jest zatem związane z ekspansją Słowian na tereny, które zajmują obecnie.”

      Źródło:
      http://www.zgms.cm.umk.pl/badania_genealogia.html

      A to podaję, żeby głupie Polaczki (nie mam nic do prawdziwych, uczciwych Polaków-moich rodaków) wiedzieli, kogo biją w Afganistanie-zabijają i brutalnie mordują Afgańczyków-swoich przodków i aryjskich braci:
      https://www.youtube.com/watch?v=N5nWYEIzsc4

  15. Nie stroluję komentarzy niczym zprowokowany, bo napiszę tylko, że ustaleniem czasu wytwarzania piwa (a można się spodziewać po znaczeniu samego słowa, że będzie on najodleglejszy) zajmą się nauki ścisłe po dostarczeniu materialu przez archeologów.
    Kiedys linkowałem do odkrycia, że najstarsze na świecie znane miejsce, gdzie wytwarzano ser znajduje się miedzy Odrą a Wisłą. Myślę, że analogicznie będzie z innymi specyfikami kuchni domowej, ktore mogły pozostawić ślady na glinianych naczyniach.

    Ogólnie rzecz sprawę ujmując z załozenia nie wierzyłem i nie wierzę naukom humanistycznym, szczególnie gdy role przewodnią odgrywa humanista. Natomiast wierzę w nauki ścisłe i rozwój naukowy, dzięki któremu juz przyblizono co nieco w genetyce, w datowaniu, ale przed nami jeszczew wiele zaskakujących odkryć.

    • Robercie,
      moze wytlumaczysz laskawie, co rozumiesz przez „strolowywanie” komentarzy?
      Za duzo zrodel i danych dostarczam, czy co? Inni jakos mniej lub wcale nazekaja…
      Zwrocilem uwage juz wczesniej, ze z reguly ignorujesz moje odpowiedzi na swoje posty i nie odpowiadasz na moje riposty.
      Szkoda, liczylem i licze na poddierzanie razgawora/podtrzymanie i rozwoju konwersacji. Inspirujesz mnie do akcji i poszukiwan.
      Coz…moze jak w koncu wytlumaczysz, o co Ci chodzi i co wg Ciebie robie zle, kto wie moze i uda mi sie poprawic.

      Czytalem, ze piwo znali juz w Sumerze i Egipcie itp, ale chyba tylko takie metne, jeczmienne.
      Chodzilo o to, ze woda nie musiala nadawac sie do picia, a piwo jako ze sfermentowane,
      nadawalo sie, bo alkohol zabijal bakterie.

      P.S.
      A propos rozwoju – znalezione w sieci. Wg. mnie to taka typowa nachalna i zaklamana usraelska (rownie dobrze mozna napisac jewropejska/germanska) propaganda, cos podobnego do tego, co ty serwujesz, tyle ze Twoje wydanie jest bardziej enigmatyczne, rzekl bym ze jest jakies takie rozmyte, rozcienczone woda jak chrzczone piwo… Bojkot zawsze dziala, nieprawdasz?

      http://www.jewishvirtuallibrary.org/jsource/judaica/ejud_0002_0017_0_17116.html

      ROZWÓJ, antisemitic Polish nationalist organization. Rozwój was founded in 1913 as the propaganda wing of the Polish National-Democratic Party (*Endecja), bearing the official name „Organization for the Support of Polish Trade and Industry.” Its rise was due to Polish-Jewish tensions in Warsaw after the elections to the Fourth *Duma in 1912, which reached a climax in the announcement of an anti-Jewish boycott (see Róman *Dmowski). The goal of Rozwój was to assure the nationalists’ influence on the Polish petite bourgeoisie by means of demagogical propaganda slogans, emphasizing the liberation of the Polish homeland from Jewish and other foreign influences. Apart from the economic areas, the organization was active in publishing tendentious literature and propaganda, such as Rozwój (1918–19) and Gazeta Niedzielna (1924–25). Party membership increased markedly after 1917, and in 1923 reached 80,000. Since it was believed that the assassination of G. Narutowicz, Poland’s first president, was partly due to anti-Jewish agitation and popular demonstrations, the government of W. Sikorski ordered a temporary ban on Rozwój’s activities at the beginning of 1923. As a result, the party’s influence declined somewhat but eventually Rozwój was successful in constantly assuming new forms and remaining a pressure group, largely through urging an anti-Jewish boycott.
      BIBLIOGRAPHY: I. Schiper et al. (eds.), Żydzi w Polsce odrodzonej, 2 vols. (1932/33).

      • Znalezione, bo Robert mnie sprowokowal do szukania. THNX Robercie!
        Bardzo polecam pana Grzegorza Jagodzinskiego i jego liczne strony!

        http://slavinja.prv.pl/tekst17.htm
        Fragment cytatu z tej strony:

        Pisma słowiańskie

        Choć temat słowiańskich pism nie do końca związany jest z tematem prahistorii, może jednak jakieś związki między nimi istnieją. Jeśli przyjąć definicję prahistorii jako okresu poprzedzającego użycie pisma, niewątpliwie proces wprowadzania każdego alfabetu, także alfabetów słowiańskich, ma miejsce w tym właśnie okresie.
        Głagolica

        Historia pism słowiańskich jest zakotwiczona w sytuacji politycznej wieku IX (czyli lat 801-900 ne.), poprzedza zatem utworzenie państwa polskiego o jakieś 100-150 lat. Niewiele wiadomo o tym okresie, większość zwłaszcza tego, co odnosi się do późniejszej Polski (a po części i do całej Słowiańszczyzny), to jedynie mniej lub bardziej prawdopodobne hipotezy.

        Wówczas wszyscy Słowianie mogli prawdopodobnie zrozumieć się nawzajem, mówili zatem wciąż jednym językiem, choć już zapewne silnie rozdrobnionym dialektycznie. Pismo, które wówczas powstało, można więc nazwać słowiańskim, i to bez cudzysłowu.

        Pamiętajmy, że w owym czasie nie było jeszcze (formalnego – zob. niżej o Focjuszu!) podziału chrześcijaństwa na prawosławie i katolicyzm, dokonanego dopiero w 1054 roku. Na terenie Moraw, Czech, Słowacji, Panonii (późniejsze Węgry), a zapewne i Łużyc, Śląska i Małopolski, rozciągało się Państwo Wielkomorawskie. Jego władca, niejaki Mojmir, przyjął chrzest wraz z całym narodem (w okresie panowania, tj. 818-846). Spowodowało to zaliczenie jego państwa do niemieckiej diecezjii w Passawie (Passau). Jeśli ktoś sądzi, że miało to tylko znaczenie religijne lub formalne, jest w błędzie: religia zawsze była, jest i będzie związana z polityką. Chrzest Mojmira oznaczał więc uzależnienie polityczne jego państwa od niemieckiego państwa dolnofrankijskiego.

        Władzę po Mojmirze przejął Rościsław (846-870). Aby zachować zagrożoną niezależność polityczną swojego księstwa, Rościsław postanowił upowszechniać chrześcijaństwo bez pomocy duchowieństwa niemieckiego (czy nie przypomina nam to znanych, szkolnych faktów z historii Polski?). Rozpoczęły się rozmowy z cesarzem bizantyjskim Michałem III (ok. 840-867) z dyn. amoryjskiej, który wyraźnie przejawiał niechęć do Rzymu (za jego panowania doszło nawet do przejściowej schizmy Focjusza – w latach 857-867). Cesarz był mocno zainteresowany umacnianiem i rozszerzaniem wpływów Bizancjum na Bałkanach, a zatem ucieszyło go poselstwo Rościsława. Jako datę przybycia posłów wymienia się rok 862. Rościsław prosił o nauczycieli, mogących nauczać lud ochrzczony w zrozumiałym dla niego języku. Taka praktyka była powszechna na Wschodzie, podczas gdy na Zachodzie dopuszczano, co wiemy z elementarnej nauki historii, jedynie język łaciński.

        W owym czasie Sołuń, dzisiejsze Saloniki, miasto w Grecji, był zamieszkany w dużej mierze przez Słowian, którzy zdążyli już byli skolonizować całe niemal Bałkany. Z miasta tego pochodził niejaki Konstantyn, Grek, który po wstąpieniu do klasztoru przybrał imię Cyryl (zwany dziś Świętym), i który podjął się przetłumaczenia Biblii (a w każdym razie ewangelii i psałterza, jak również tekstów liturgicznych) na znany mu od dziecka język słowiański. Źródła podają, że nastąpiło to od ok. roku 855.

        Konstantyn – Cyryl miał brata, Metodego. Ich ojcem był wysoki urzędnik na dworze cesarza, drongarios, o imieniu Leon. Ożenił się prawdopodobnie ze Słowianką, jednak tak naprawdę to o matce Konstantyna – Cyryla i Metodego niewiele wiadomo. Był to człowiek zamożny, zapewnił więc swoim siedmiorgu dzieciom należyte i staranne wykształcenie. Metody został archontem (naczelnikiem) w jednym ze słowiańskich okręgów cesarstwa. Młodszy Konstantyn pilnie studiował filozofię i teologię, został też nauczycielem w akademii cesarskiej.

        Obaj bracia odbyli szereg podróży misyjnych, m.in. do Chazarów zamieszkujących miasto Cherson, gdzie rzekomo odkryli szczątki Klemensa męczennika, jednego z pierwszych papieży. W roku 863 zostali więc uznani za dostatecznie godnych i umiejętnych, i wysłani przez cesarza, w odpowiedzi na poselstwo Rościsława, na Morawy. Ich działalność ewangelizacyjna była prowadzona w znanym im od dzieciństwa dialekcie sołuńskim języka słowiańskiego, zrozumiałego i dla ówczesnych Słowian mieszkających na Morawach. Ów dialekt zwany jest dziś językiem staro-cerkiewno-słowiańskim, czasami starobułgarskim lub staromacedońskim – jest jednak właściwie niczym innym jak literackim standardem języka słowiańskiego połowy IX wieku. Podkreślam to raz jeszcze dla obrony słuszności terminu „pismo słowiańskie”.

        Po trzyletniej pracy na Morawach bracia kilka miesięcy spędzili nad Jeziorem Błotnym (dziś Balaton), gdzie zaszczepili chrześcijaństwo w obrządku słowiańskim i wykształcili spory zastęp uczniów. Później udali się do Wenecji, gdzie toczyli szereg dysput z tamtejszym duchowieństwem w obronie praw języka słowiańskiego do liturgii. Dopuszczalność tylko 3 języków liturgicznych – łaciny, greki i hebrajskiego – określali jako „herezję trójjęzyczną”.

        W latach 868 – 869 bracia spotkali się w Rzymie z papieżem Hadrianem II i przekazali mu relikwie św. Klemensa. Papież wysłuchał ich argumentów i przyznał słowiańskiemu prawa języka liturgicznego. Konstantyn w czasie pobytu w Rzymie poważnie zachorował i zmarł. Został pochowany w kościele św. Klemensa. Metody wrócił do Panonii i kontynuował tam, a następnie na Morawach, swoją misję – wśród piętrzonych przez biskupów niemieckich trudności (wynik odsunięcia od władzy Rościsława na drodze zamachu stanu przez jego bratanka, Świętopełka, sprzyjającego Niemcom). Został nawet podstępem ujęty na synodzie w Ratyzbonie i wtrącony do szwabskiego (od nazwy prowincji – Szwabii) więzienia. Wypuszczono go na wolność dopiero po interwencji na najwyższym szczeblu – mógł wówczas kontynuować (wciąż wśród trudności i przeciwności) swoją działalność. Zmarł 6 kwietnia 885 roku, a po jego śmierci misja upadła. Papież Stefan V zakazał używania języka słowiańskiego w liturgii i panujący stał się obrządek łaciński – choć ośrodek cerkiewnosłowiański w Sazawie (Czechy) działał do XI wieku.

        W historii stawianie sobie pytań w rodzaju „co by było gdyby” jest po prostu niemądre. Dla tych jednak, którzy w tym momencie ubolewają nad tragicznym – wydawałoby się – końcem misji wielkomorawskiej braci sołuńskich, mam słowa pocieszenia. Otóż liturgia słowiańska, ich dzieło życia, przetrwała i utrwaliła się w Macedonii, Bułgarii, Serbii i Chorwacji, a następnie została przeniesiona do Słowian wschodnich czyli na Ruś. Nie należy też zapominać, że już na rok przed początkiem misyjnej działalności Cyryla i Metodego w Europie pojawili się Madziarowie (krótko mówiąc, Węgrzy) – ugrofińskie plemię stepowe pasterzy i koczowników, niechlubni kontynuatorzy niszczycielskiego dzieła Hunów (IV / V wiek), Awarów (w Europie od 567, rozbici w 795 przez Karola Wielkiego) i … Słowian. Dokładniej mówiąc, w 862 Madziarzy mieszkający wówczas nad Morzem Azowskim wyruszyli pierwszy raz na Niemcy. Siedem lat po śmierci Metodego ugrofińscy najeźdźcy pojawili się na terenie Wielkich Moraw i w 906 doprowadzili pod wodzą Arpada do ostatecznego upadku Państwa Wielkomorawskiego. Kara Boża na tych, co sprzeciwiali się uznaniu Słowian za niegorszych od Żydów, Greków i Rzymian… Dopiero w 955 Węgrzy ponieśli poważną klęskę nad rzeką Lech w starciu z wojskami cesarza (niemieckiego) Ottona I, co przyczyniło się do rozkwitu Czech Przemyślidów, a kto wie, czy nie i Polski Piastów.

        Warto tu zauważyć, że po 1100 latach bracia sołuńscy odnieśli jeszcze inne zwycięstwo. Ich celem było bowiem nie tyle rozpowszechnianie wśród Słowian pisma, ile słowiańskiej liturgii. Otóż Sobór Watykański II (1962-1965) wprowadził języki narodowe do liturgii w Kościele katolickim. Idea Konstantego Filozofa zwyciężyła.

        Aby wypełnić swoje posłannictwo, Cyryl i Metody musieli opracować specjalny słowiański alfabet, gdyż wcześniej Słowianie nie znali pisma. Alfabet grecki wydał im się początkowo mało odpowiedni z uwagi na dużą ilość głosek słowiańskich, które nie miały odpowiedników w greckim języku. Wzorując się na Gruzinach (pismo od IV wieku w oparciu o alfabet syryjski) i Ormianach (pismo od IV wieku wzorowane na greckim i pahlawi), opracowali odrębny, czysto słowiański alfabet, który nazwali głagolicą od glagolati = mówić. W literaturze spotyka się informację, że głagolica była wzorowana na greckiej minuskule, co moim zdaniem jest wyssaną z palca bajką, powtarzaną bez konfrontacji z faktami. Oto jak przedstawia się głagolicki alfabet (za K. Moszyńskim, dzięki uprzejmości autora witryny).
        (…)

        Dobrym wstępem do głagolicy jest witryna Croatian Glagolitic Script (C) by Darko Zubrinic, Zagreb (1995), z której linków pochodzą powyższe ilustracje.
        Cyrylica

        Cyrylica została tak nazwana na cześć Cyryla (zwanego Świętym) przez jego uczniów – nazwa ta zaświadczona jest dopiero w roku 1047 w pewnym zabytku staroruskim z Nowogrodu (kto wie, czy pierwotnie nie nazywano tak właśnie głagolicy). Sam Cyryl nawet nie dożył jej powstania. Można sobie wyobrazić, że owładnięty ideą odrębnego pisma słowiańskiego, nie chciał słyszeć o zapisywaniu tego języka alfabetem greckim. Jednak jego pomysł nie wytrzymał próby czasu. Dla jego uczniów opanowywanie drugiego (po greckim) i do tego zupełnie nie podobnego do niczego im znanego alfabetu, zawierającego w dodatku litery o skomlikowanym kształcie, było po prostu nieekonomiczne i nieopłacalne. Dlatego też poczyniono starania, aby zaadaptować pismo greckie do języka słowiańskiego i takim alfabetem zastąpić głagolicę. Nowsze badania jako faktycznego twórcę cyrylicy wskazują Klemensa Ochrydzkiego (tudzież jego uczniów), który po upadku misji morawskiej i wypędzeniu z Moraw (886) działał w Bułgarii i Macedonii. Jako miejsce utworzenia cyrylicy wskazuje się Presław, ówczesną stolicę Bułgarii.

        Klemens był uczniem i jednym z bliskich współpracowników Cyryla i Metodego. Starania jego, a może raczej jego uczniów, uwieńczone zostały tak wielkim sukcesem, że do dziś cyrylicą (nieco tylko zmodyfikowaną) posługują się setki milionów ludzi na dwóch kontynentach. Alfabet cyrylicki to właściwie rozbudowane pismo greckie. Zawierał pierwotnie komplet greckich liter, czytanych tak, jak w czasach Cyryla (i dzisiaj). Tak więc np. tradycyjna beta (β) to w, a nie b, bo taką właśnie wymowę ma ta litera od dawna w greckim. Dlatego beta nazywa się dziś po grecku wita i dlatego miejscowość o słowiańskiej nazwie Bardavica (po polsku byłoby Brodawica) Grecy do dziś zapisują jako Μβαρδαβιτσα (Mbardabitsa) (Μβ czyli mb oznacza w nowogreckim właśnie nasze b). Cyrylickie d nawet z wyglądu przypomina nieco bardziej deltę: ma u góry „szpic”, w przeciwieństwie do rosyjskiego д.

        Z powodów historycznych (nowo)grecka ortografia jest o niebo bardziej nieprzyjemna niż polska. Podczas gdy my mamy np. parę ó – u, w greckim występują dłuższe szeregi tego rodzaju. Np. i zapisuje się jako:

        ι (jota),
        η (eta),
        υ (ypsilon),
        ει (epsilon + jota),
        οι (omikron + jota),
        υι (ypsilon + jota),
        ηι (eta + jota)

        (nie wiem czy czegoś nie pominąłem…).

        Ta osobliwość greckiej ortografii istnieje już co najmniej od czasów Cyryla. Właśnie dlatego słowiańskie i zapisywano raz jotą (І, do dziś tak w białoruskim i ukraińskim), raz etą (И, do dziś w rosyjskim) – bez wyraźnych reguł. Ba, pokutowała jeszcze tu i ówdzie pisownia przy użyciu litery Ѵ czyli ypsilon (do rewolucji np. w rosyjskim wyrazie сѵнод czyli sinod).

        Ostatecznie z cyrylicy usunięto greckie litery Θ, Ξ, Υ, Ψ, Ω (theta, ksi, ypsilon, psi i omega, w alfabecie słowiańskim pisane Ѳ, Ѯ, Ѵ, Ѱ, Ѡ). Kształt pewnych liter nieco się zmienił (dlatego sigma – Σ – wygląda, już od epoki uczniów Cyryla, jak nasze c). Jednocześnie dodano cały szereg innych liter:

        Б (b), będące zmodyfikowaną betą,
        Ж (ż), chyba zapożyczone z głagolicy i zmodyfikowane,
        Ѕ (dz), wyglądające bądź jak zmodyfikowana (przekreślona) zeta, bądź jak litera używana w archaicznej grece dla zapisu spółgłoski w, a potem już tylko jako cyfra o nazwie stigma i jako forma litery s używana na końcu wyrazu (ς; ponieważ prawie wszędzie poza polskim słowiańskie dz uprościło się do z, literę tę szybko zarzucono),
        Ѓ (ǵ) (miękkie g) używane do zapisu pewnych wyrazów greckich; najpierw była to zmodyfikowana gamma, potem jakby małe przekreślone h; dziś dwie odmiany tej litery są używane w serbskim do zapisu ć – Ћ i dź – Ђ (chorwackie đ),
        Ѹ (u), będące, za wzorem greckim (nie głagolickim!) ligaturą złożoną z omikronu i ypsilonu (ΟΥ; dziś uproszczone do У),
        Ц (c), zmodyfikowane z głagolicy,
        Ч (cz), zmodyfikowane i uproszczone z głagolicy (nawiasem mówiąc, istniały dwie formy tej litery – w serbskim jedna z nich używana jest dla cz, druga – Џ – dla dż),
        Ш (sz) – identyczne jak w głagolicy,
        Щ (szcz lub coś podobnego – w rosyjskim sz´sz´, w bułgarskim szt) – z głagolicy (nieco zmodyfikowane),
        Ъ („jor” czyli tzw. twardy znak, w bułgarskim wymawiany jako zwężone a) – uproszczone z głagolicy,
        Ы (y) – pierwotnie, jak w głagolicy, sekwencja ЪІ lub ЪИ (jor plus jota lub eta), co może związane z pierwotną dwugłoskową wymową; potem w rosyjskim i białoruskim uproszczone do ЬІ (jer + jota), w ukraińskim zastąpione przez И (eta), gdzie indziej wymieszało się z i (w językach wciąż używających pisma słowiańskiego),
        Ь („jer” czyli tzw. miękki znak) – z głagolicy,
        Ѣ („jać”) – twór oryginalny cyrylicy, upodobniony do jerów, dziś nie używany (dawny dźwięk ě oznaczany literą jać zlał się z e lub z i lub czasem z a),
        Ю (ju) – ligatura І + О – pierwotnie sekwencji jo w słowiańskim nie było, a u zapisywano ligaturą Ѹ, której pierwszy element wykorzystano do ju,
        Я (ja) – ligatura І + А, która po dość silnej zmianie postaci dała rosyjskie Я; litera ta jest oryginalnym wymysłem twórców cyrylicy, w głagolicy ja zapisywano znakiem jać (ě; stąd nazwa tej litery),
        Ѥ (je) – ligatura, później zanikła; rozróżnianie Э (e oborotnoje, obrócona litera cyrylicka) od Е (właściwie wzięte z łaciny; cyrylica miała Є okrągłe) w rosyjskim jest zupełnie innego pochodzenia, podobnie ukraińskich liter Е (= rosyjskie je, ale wymowa e) i Є (wymowa je; identyczne w formie jak cyrylickie e),
        Ѧ (ę – „jes”), wygląda jak uproszczenie głagolickiego „jać”, ale nie ma z nim nic wspólnego, chyba wymyślona; litera nigdzie później niepotrzebna i wykreślona we wszystkich językach używających dziś cyrylicy;
        Ѫ (ǫ czyli polskie „ą” – „jus”), wygląda jak przekręcona o 90 stopni litera głagolicka, do tego uproszczona; uwaga jak wyżej,
        Ѩ (ję) – ligatura; w głagolicy też była taka litera, ale miała inną budowę, druga uwaga jak wyżej,
        Ѭ (jǫ) – ligatura „ją”, uwagi jak wyżej.

        Łącznie cyrylica w postaci klasycznej obejmowała więc ok. 44 liter (nie licząc różnych form i modyfikacji, zaś uwzględniając wyżej wymienione ligatury). Dzisiejszy rosyjski ma 32 litery (licząc Ё, „jo”, 33).

        Cyrylicą (w taki czy inny sposób zmodyfikowaną i zwaną grażdanką) posługują się dzisiaj Słowianie wschodni (Rosjanie, Białorusini, Ukraińcy), Serbowie (natomiast Chorwaci używają liter łacińskich, choć istnieje (wciąż) jeden język serbsko-chorwacki), Bułgarzy, Macedończycy, mnóstwo narodów byłego ZSRR, Mongołowie. Przez pewien czas była znana na Morawach – tamtejszy książę Borzywoj przyjął chrzest z rąk Metodego. Jednak w późniejszym okresie alfebet ten, podobnie jak chrześcijaństwo w obrządku słowiańskim, zaniknął na tym terenie. Słowiańscy misjonarze zaszczepili jednak wiarę chrześcijańską w narodowej oprawie na terenach Macedonii, Bułgarii, Serbii, Chorwacji, a także Rusi.

        Lata 860 – 885 to okres klasyczny, cyrylometodejski. Później nastąpił okres rozwoju różnych odmian pisma i literackiego języka Słowian, co było związane z postępującym rozpadem dawnego języka słowiańskiego na poszczególne, znane dziś języki. Język staro-cerkiewno-słowiański, zapisywany cyrylicą, długo pozostawał językiem państwowym i literackim w większości krajów słowiańskich, a do XVII wieku także w Rumunii (język rumuński nie ma ze słowiańskimi wiele wspólnego poza licznymi zapożyczeniami, należy do grupy romańskiej i jest produktem rozwoju lokalnej łaciny). Obrządek słowiański, a co za tym idzie słowiański język i słowiańskie pismo, przetrwał do dziś w różnych odmianach prawosławia, w Kościele greckokatolickim (unickim), a nawet w Kościele rzymskokatolickim w Chorwacji – ale to już całkiem inna historia.

        Jak dotąd nie znaleziono dowodu używania pisma słowiańskiego w Polsce, wiadomo jednak na pewno, że chrześcijaństwo obrządku słowiańskiego było u nas znane na długo przed epoką Mieszka. Około roku 880 Małopolska i Śląsk weszły w skład Wielkich Moraw Świętopełka. Żywot Metodego zawiera informację, że Apostoł Słowian napominał księcia Wiślan, aby ten zaprzestał prześladowań swoich poddanych – chrześcijan. Gall Anonim i inni kronikarze wspominają „między wierszami” istnienie w Polsce dwóch obrządków i dwóch metropolitów – przypuszczalnie obrządku łacińskiego w Gnieźnie i słowiańskiego w Krakowie.

        Ekspansja czesko-niemiecko-łacińskiego chrześcijaństwa doprowadziła do zniszczenia wszelkich śladów słowiańskiego pisma i religii w kraju Wiślan (raczej przy pomocy ognia i miecza niż słowa…), nie dopuściła również do przetrwania jakichkolwiek przekazów z tamtego okresu. Nie dziwota, że niecałe 100 lat później papież i cesarz bizantyjski wyklęli się nawzajem. Stąd dziś uważamy Mieszka za chrzciciela Polski, co jednak bardzo rozmija się z prawdą (niewygodną do dziś dla dominującego w Polsce wyznania?).

        Pozostały tylko nieliczne ślady dawnego słowiańskiego chrześcijaństwa, jak rotunda św. Adaukta i Feliksa na Wawelu czy archeologiczne znaleziska w Wiślicy, dowodzące istnienia tu silnego ośrodka kościelnego w IX wieku. Stary słowiański obrządek mógł się utrzymać w Krakowie do 1079, do czasu wygnania Bolesława Śmiałego. Poza Krakowem odosobnione ośrodki cerkiewno-słowiańskie istniały prawdopodobnie do XII wieku – do synodu łęczyckiego (1180), który pozbawił kolegiatę wiślicką niezależności.

        Być może Rosjanie, mówiąc że Polacy zniemczyli się (np. ortografia: dźwięk [v] zapisywany jest literą w tylko w polskim i niemieckim – kulturowy ewenement na skalę światową) i zatracili swoją słowiańskość przed wiekami, nie są tak bardzo dalecy od prawdy. Choć z drugiej strony, Rzym przybliżył nas do tzw. cywilizowanej Europy… Tylko co nam dziś z tego? Niemal 20% bezrobocia? Ale dość tej filozofii.

        Z naszym krajem jest jeszcze związana pewna filologiczna ciekawostka. Otóż w 1823 roku w klasztorze bazylianów w Supraślu koło Białegostoku odnaleziono XI-wieczny rękopis zapisany cyrylicą w języku staro-cerkiewno-słowiańskim, obejmujący szereg tekstów religijnych (żywoty świętych, modlitwy itd.). I nie byłoby może w tym nic nadzwyczajnego, tyle tylko że jest to do dziś najdłuższy znany zabytek pierwotnego literackiego języka Słowian. Niestety nie znalazłem wielu danych o historii tego zabytku, zwanego Codex Suprasliensis (Kodeks Supraski), nie wiem zwłaszcza, skąd się wziął w Supraślu. W każdym razie jest to znów kolejny element wiążący Polskę i Polaków ze słowiańską kulturą i słowiańskimi dziejami. O ile mi wiadomo, większa część zabytku znajduje się do dziś w Polsce.

        Gdy patrzymy na „dziwne” litery Bułgarów czy Rosjan, nie krzywmy się ironicznie. To część naszej słowiańskiej kultury, część, którą tysiąc lat temu utraciliśmy, pchając się na zachód, gdzie nas nigdy nie lubili i wciąż nas tam nie lubią. Choć to trudno wyznać, to my jesteśmy odszczepieńcami (wraz z Czechami, Słowakami, Słoweńcami i Chorwatami), a nie „ruskie”. Oczywiście takie stwierdzenia mają sens tylko w perspektywie tysiącleci. Dziś świat jest zupełnie inny niż 1200 lat temu i kryteria słowiańskości też są chyba całkiem inne…

        Dodatek: niektóre litery w różnych odmianach cyrylicy.
        cyrylica klasyczna rosyjski białoruski ukraiński serbski bułgarski wymowa
        Є Э Э Е Е Е e
        Ѥ Е Е Є – (Е) je
        І, И, Ѵ И І І И И i
        ЪІ, ЪИ Ы Ы И – – y
        Ѹ У У У У У u

        Grzegorz Jagodziński
        http://grzegorj.w.interia.pl/index.html
        http://priv.internet.pl/~grzegorj/
        http://www.kki.net.pl/~grzegorj/
        http://republika.pl/grzegorj/
        Tekst pochodzi ze witryny internetowej: http://www.taraka.most.org.pl.
        Przejrzany i poprawiony przez autora 2002.07.01

      • Jeszce raz podziekowania dla Roberta! Kolejna Cudna Slowianska Strona! Robercie pisz wiecej!

        http://grzegorj.w.interia.pl/gram/pl/wokal1.html

        Rozwój polskiego systemu wokalicznego

        Część pierwsza

        (Autor prezentuje tu osobiste poglądy na wiele z poruszanych zagadnień.)

        1. Etap protoindoeuropejski

        W najwcześniejszym etapie rozwoju języka indoeuropejskiego można zrekonstruować, jak się wydaje, tylko jedną samogłoskę: A.

        2. Etap ogólnoindoeuropejski

        W sylabach nieakcentowanych indoeuropejska samogłoska A ulegała całkowitemu zanikowi lub redukcji do dźwięku o niewyraźnej barwie: A. Redukcja zamiast zaniku miała miejsce zwłaszcza w sąsiedztwie sonorantów R, L, M, N, J, W oraz laryngalnych H1, H2, H3.

        Doszło także do rozszczepienia samogłoski A na 3 warianty, w zależności od rodzaju sąsiadującej laryngalnej. Przy H1 zjawiało się przednie e, przy H2 – a, zaś przy H3 – tylne o. W innych pozycjach wprowadzono raz wariant przedni e, raz tylny o (wariant a tutaj nie trafiał się) – wybór uwarunkowany był zapewne głównie czynnikami morfologicznymi. Powstała więc wtedy także alternacja jakościowa e : o. Zazwyczaj uważa się, że podobny proces ominął odmiankę zredukowaną A; w świetle faktów greckich, słowiańskich i bałtyckich nie jest to takie pewne.

        Wcześnie doszło także do powstania nowych samogłosek i, u, ə („szwa”) wskutek całkowitej redukcji samogłosek nieakcentowanych w sąsiedztwie spółgłosek J, W, H (AJA > i; AWA > u; AHA > ə). Rozwój podobnych grup po akcentowanej samogłosce, oraz przy zbiegu kilku samogłosek nieakcentowanych, doprowadził do powstania dwugłosek i trójgłosek (AJA > ei, ai, oi; AWA > eu, au, ou; AHA > eə, aə, oə; AHAJA > əi; AHAWA > əu; AJAHA > iə; AWAHA > uə; AJAHA > eiə, aiə, oiə; AWAHA > euə, auə, ouə).

        Podobny rozwój objął też grupy zawierające R, L, M, N. Z grup typu ARA mogły rozwinąć się, jak się zwykle uważa, sylabotwórcze odmianki r̥, l̥, m̥, n̥. Być może jednak proces ten nastąpił dopiero w następnym etapie i nie objął wszystkich dialektów.

        Dla tej fazy można zrekonstruować:

        6 samogłosek: i, e, a, o, u, ə,
        3 samogłoski zredukowane: e, a, o,
        13 dwugłosek: ei, ai, oi, əi, eu, au, ou, əu, eə, aə, oə, iə, uə,
        6 trójgłosek: eiə, aiə, oiə, euə, auə, ouə.

        3. Etap rozpadu wspólnoty indoeuropejskiej

        Dalsze procesy nie objęły w tym samym stopniu wszystkich powstających dialektów. Ważną tendencją był zanik fonemów laryngalnych, w tym samogłoski ə. I tak, w dialektach na bazie których rozwinęły się później języki słowiańskie, dźwięk „szwa” bądź zaginął zupełnie (np. *dhughəter- > *dukter- > *dutjerukā > *dъtjerъka > *dcerka > córka), bądź (gdy był pierwszą samogłoską w obrębie morfemu) zidentyfikował się z a. Gdy stanowił element dwugłosek lub trójgłosek zanikł, ale spowodował wzdłużenie i specyficzną rosnącą (akutową) intonację samogłoski (podniesienie wysokości głosu pozostało jako ślad po laryngalnej). Być może powstanie długich akutowanych samogłosek pozwoliło na rozwój długości także w innych warunkach. Był to proces uwarunkowany prawdopodobnie głównie morfologicznie, a powstała długa (wzdłużona) samogłoska nie otrzymywała intonacji rosnącej (lecz opadającą – cyrkumfleks – lub była wypowiadana równym tonem). Teraz w różnych wyrazach ten sam rdzeń zawierał raz krótką, raz długą samogłoskę – rozwinęła się więc alternacja ilościowa samogłosek.

        Rezultatem takiego rozwoju był bardzo złożony system wokaliczny, w którym obok krótkich samogłosek (i, e, a, o, u) istniały długie akutowane (í, é, á, ó, ú) i nieakutowane (ī, ē, ā, ō, ū), a także samogłoski zredukowane. Podobnie zróżnicowany był system dwugłosek (istniejące wcześniej trójgłoski rozwinęły się w akutowane dwugłoski). Zbliżony do dwugłosek charakter miały też połączenia samogłoski i sonorantu typu er, ol, an itd., które także mogły być krótkie lub długie akutowane (z grup typu ARAHA), a prawdopodobnie i długie nieakutowane (wskutek wtórnego wzdłużenia uwarunkowanego morfologicznie). Wreszcie istniały sonanty typu r̥, choć w pewnych dialektach (m.in. protosłowiańskich) w ich miejscu mogły zachować się grupy typu er, or. I tu również istniały odmianki akutowane oraz (jak np. zaświadcza sanskryt) wzdłużone nieakutowane.

        4. Etap języka bałtosłowiańskiego

        W trakcie rozwoju prowadzącego do wyodrębnienia się prajęzyka bałtosłowiańskiego ten niesłychanie skomplikowany system uległ znacznym uproszczeniom.
        4.1. Rozwój samogłosek krótkich

        Podobnie jak w wielu innych dialektach indoeuropejskich doszło do zmieszania się krótkich o, a. Samogłoski zredukowane często również mieszały się ze sobą, jednak (w przeciwieństwie do innych języków) pozostała opozycja (częstszego) przedniego e i tylnego o. Dalszy ich rozwój doprowadził do zlania się przedniej samogłoski zredukowanej z i, zaś tylnej z u. W ten sposób powstał system 4 krótkich samogłosek: i, e, a, u.
        4.2. Rozwój samogłosek długich

        Samogłoski długie, tak akutowane, jak i nieakutowane, charakteryzowały się identycznym rozwojem, choć pozostały różnice w ich intonacji (system intonacji pozostał jako wielki archaizm do dziś w niektórych językach słowiańskich i bałtyckich, a ślady po nim obserwujemy także w języku polskim). Późno doszło do zlania się ā z ō: do dziś język litewski zachował ślady odrębności ich kontynuantów. Ostatecznie jednak w dialektach protosłowiańskich pozostały 4 samogłoski długie: ī, ē, ā, ū (akutowane i nieakutowane).
        4.3. Zanik samogłosek zredukowanych i dalszy rozwój alternacji

        W ślad za tymi zmianami przeobrażeniom uległ także system alternacji. Wskutek rozwoju e > i, o >u zaczęto odczuwać i, u jako zredukowane postacie e, a. Wymiany i : e, u : a rozszerzono prawdopodobnie na wiele rdzeni, gdzie wcześniej nie występowały. Dochodziło do rozwoju nowych i, u (alternujących z e, o), a także do ich wtórnego wzdłużania do ī, ū. Prawdopodobnie w wyniku takich uwarunkowanych morfologicznie redukcji rozwinęła się wówczas nowa dwugłoska ui z ai w warunkach, w których w innych rdzeniach u występowało zamiast a. Można (hipotetycznie) założyć także analogiczny rozwój iu na miejscu eu.
        4.4. Rozwój dwugłosek

        Po przeprowadzeniu powyższych zmian i uproszczeń pozostało 6 dwugłosek krótkich: ei, ai, ui, iu, eu, au. Fakty bałtyckie mogą świadczyć także za bardzo wczesną zmianą eu (i hipotetycznego iu) w grupę jau, co zredukowało liczbę krótkich dwugłosek do 4: ei, ai, ui, au. Natomiast dawne dwugłoski długie albo skróciły się i zmieszały z krótkimi, albo utraciły swój drugi element i zmieszały z samogłoskami długimi (por. oboczność polskich form chmara : chmura będąca odbiciem protosłowiańskiej alternacji āu : au, później ā : au). Podobnie traciły swoją długość (lub drugi element) grupy typu ēr, ér oraz īr, ír (z dawnych wzdłużonych er oraz akutowanych erə). Jak i wszędzie, zachowywał się przy tym akut jako ślad po istniejącej niegdyś samogłosce „szwa”, a jeszcze wcześniej spółgłosce krtaniowej. Ostatecznie pozostało 16 połączeń: ir, er, ar, ur, il, el, al, ul, im, em, am, um, in, en, an, un. Z uwagi na zróżnicowanie intonacyjne można traktować je jako dwugłoski.
        4.5. Powstanie samogłosek nosowych

        Przed szczelinową dwugłoski zawierające element nosowy m, n uległy uproszczeniu do nosowych (długich) samogłosek į, ę, ą, ų. O wiele później zanikła nosówka w innych pozycjach.

        Ciąg dalszy artykułu

        Strona główna – Gramatyka polska 2008-02-21

      • C.d.

        Część druga

        5. Etap formowania się prajęzyka słowiańskiego

        Ogólne tendencje na tym etapie to monoftongizacja dyftongów i zastępowanie różnic w długości samogłosek różnicami w barwie. Doszło także do bardzo wyraźnego przeciwstawienia samogłosek przednich, powodujących palatalizację spółgłosek, i tylnych, niewywołujących palatalizacji.

        Odrębny rozwój samogłosek zachodził w końcówkach fleksyjnych. Działały tu często procesy niemające podłoża ściśle fonetycznego (jak przejście *~as > *~us > *~ъ), dlatego nie podam tu ich szczegółowego opisu.
        5.1. Pierwsza palatalizacja

        Pierwsza palatalizacja objęła tylnojęzykowe k, g, x, które rozwinęły się w č, ǯ (potem uproszczone zwykle w ž), š. Zachodziła przed j oraz przed samogłoskami przednimi (i, e, ī, ē, į, ę, ei, ir, er, il, el, im, em, in, en – lub ich kontynuantami; dokładna chronologia nie jest tu istotna). Grupy sk, zg rozwinęły się w tych warunkach w šč, žǯ, zaś kt w tj. Np.:

        *akī > *ačī > oči > oczy (ale *aka > oko),
        *bage > *baǯe > *baže > bože > boże (ale *bagas > *bagus > *bogъ > bóg),
        *mazgikas > *mažǯikus > *možǯьkъ > móżdżek (ale *mazgas > *mozgъ > mózg),
        *dauxjā > *daušjā > duša > dusza (ale *dauxas > *dauxus > duxъ > duch),
        *dukter- > *dutjerukā > *dъtjerъka > *dcerka > córka.

        5.2. Wpływ j na następującą samogłoskę, labializacje i delabializacje

        Duży wpływ na sąsiadujące dźwięki miała spółgłoska palatalna j. Jeżeli występowały bezpośrednio po niej a, ai, u, ū, uległy one zmianie w e, ei, i, ī, np. *palja > *palje > pole, *jaixam : *taixam > *jeixu : *taixu > jixъ : těxъ > ich : tych (zamiast *ciech), *juga > *jiga > igo ‘jarzmo’, por. Igołomia, *sjūtei > *sjītī > šiti >szyć.

        Wcześniej jednak au, am, an, ą rozwinęły się prawdopodobnie w zaokrąglone ou, om, on, ǫ (labializacja), które nie podlegały aż tak silnemu wpływowi poprzedzającego j. Niejasny jest natomiast rozwój długiego ā po j. Być może zaszła tu zmiana ā > ē (przynajmniej w niektórych dialektach, o czym świadczy pisownia najstarszych zabytków staro-cerkiewno-słowiańskich), jednak później zaszedł proces odwrotny, w wyniku którego wprowadzono z powrotem ā w tych pozycjach (może zadziałała tu analogia).

        Dlaczego wobec tego zmianom podlegały u, ū? Możliwe, że już wtedy samogłoski te utraciły zaokrąglenie (delabializacja) – były wysokie tylne, lecz płaskie (ɯ, ɯ̅). Wpływ poprzedzającego j doprowadził do przesunięcia ich do przodu, wskutek czego zlały się z i, ī.
        5.3. Rozwój spółgłosek protetycznych w nagłosie

        Na początku wyrazów przed samogłoską rozwijała się spółgłoska. Przed u-, ū- rozwinęło się w-, poza tym istniała tendencja do rozwoju j-, które powodowało zachodzenie procesów omówionych w poprzednim ustępie. Istniała też i odwrotna tendencja, mianowicie usuwanie (pierwotnego) nagłosowego j-, wtedy jednak następowały przemiany samogłosek odwrotne od podanych wyżej. Oto parę przykładów:

        *asrus > *jestru ~ *astru (pol. ostry); od tego samego rdzenia *asetrus > *jesetru ~ *asetru (por. pol. jesiotr i ros. осётр);
        *asenis> *jeseni || *aseni (pol. jesień, ale ros. осень);
        *alixā > *jelixā || *alixā (pol. olcha, ale znane też *jelьxa);
        *āsenus > *jēsenu || *āsenu (pol. jesion, gwar. jasień);
        *āwītei > *jēwītei || *āwītei (scs. javiti *jēzina || *āzina (*jězьno i *azьno ‘skóra’ w różnych językach i dialektach słowiańskich);
        *jā- > *jē- || *ā- (pol. jechać i jadę – tutaj j- pierwotne; forma *ā- jest prawdopodobnie w gwarach polskich z wtórnym j-: jachać);
        *ēzu > *jēzu || *āzu (scs. azъ i pol. ja z wtórnym j- i z nieregularnym odpadnięciem z; forma *jēzu zanikła);
        *ausra > *jeustra || *austra (pol. jutro, ale ros. утро);
        *jau > *jeu || *au (pol. już, ale ros. уже);
        *jaunus > *jeunu || *aunu (pol. junak, ros. юный ‘młody’ obok zachowanych w innych językach unъ, unoša).

        Por. też np. jeż, jeżyna i ożyna, jeden i odyniec (z ukr., ‘samotny dzik’), jeleń i łania (*jelinis, *alnijā), jezioro i ros. озеро, polskie wątroba z wtórnym w- oraz *jętra w południowosłowiańskim, pierwotne znaczenie ‘wnętrzności’; może też jama (*āmā). Polski najczęściej ma nagłosowe j-, ale często jest ono wtórne (przed a-, już bez zmian), zachowały się też wyrazy bez j-, np. olcha.
        5.4. Rozwój jerów

        Wśród samogłosek krótkich obniżyła się artykulacja i, u (> ɯ), uległy one poza tym dodatkowemu skróceniu – odtąd będziemy je określać mianem jerów, odpowiednio miękkiego ь i twardego ъ.

        W sąsiedztwie j jery były w pozycji napiętej i z czasem uległy zmianie w samogłoski i, y (proces ten nie był bezwyjątkowy). Jery zanikły także przed l, r zamykającymi sylabę, w wyniku czego powstały sonanty, zob. niżej.

        W późniejszym okresie wykształciły się silne (ь̥, ъ̥) i słabe (ь̯, ъ̯) odmianki pozycyjne jerów. Jer był słaby, gdy kończył wyraz (np. kostь̯) lub gdy w następnej sylabie występowała samogłoska inna niż słaby jer (np. dъ̯va). Jer był mocny tylko wówczas, gdy w kolejnej sylabie występował jer słaby (np. pь̥sъ̯).

        Jeżeli w kolejnych sylabach występowało kilka jerów, to nieparzyste miejsca licząc od końca zajmowały jery słabe, zaś parzyste jery mocne (np. pь̯sъ̥kъ̯). Zauważmy, że w trakcie odmiany jer mógł raz być silnym, a raz słabym, np. pь̥sъ̯ : pь̯sa. Śladem po tej alternacji jest dziś w polskim e ruchome, a więc e wymieniające się z brakiem samogłoski, np. pies : psa.
        5.5. Nowe labializacje, monoftongizacje i denazalizacje

        Stosunkowo późno tylne (krótkie) a zaokrągliło się do o. Późnym procesem była też monoftongizacja au > ou > u (choć długie, można pominąć tu znak długości, gdyż dawne krótkie u było już wtedy twardym jerem). Powstała zaokrąglona samogłoska nie zlała się z dawnym ū, które w międzyczasie straciło labializację i przesunęło nieco do przodu dając y (zgodnie z zasadami IPA powinno się pisać ɨ, tradycyjny symbol y wzięty jest z ortografii polskiej). Doszło także do monoftongizacji ei; rezultatem było nowe ī, które kompletnie zidentyfikowało się z dawnym. Jeszcze inne ī rozwinęło się z nosowego į (denazalizacja), np. *ginslā > *žįslā > *žįlā > *žīlā > žila > żyła. Analogicznie nosowe ų zlało się z ū > y, np. acc. pl. *sūnuns > *sūnųs > *sūnų > *sūnū > syny. Denazalizacji nie podlegały natomiast ę, ǫ.
        5.6. Dalszy rozwój dwugłosek nosowych

        Ciekawy był rozwój połączeń typu samogłoska plus nosowa. Przypomnijmy, że przed s, z rozwinęły się samogłoski nosowe į, ų, a z nich ustne długie ī, ū, z których słowiańskie i, y. W pozostałych pozycjach w grupach im, in, um, un nosówka mogła niekiedy zniknąć (np. *ḱomtom > *sumta > *suta > sъto, pol. sto), w innych wypadkach (może w późniejszym okresie) obniżała się artykulacja samogłoski (im > em, un > on itd.), np. *deḱemt- > *desimtis > *desemti > desętь > dziesięć, w zapożyczeniu *peningu > *penengu > *pěnęgъ > pěnęʒь > pieniądz. Pozostały więc jedynie grupy em, en, om, on, a i one zlały się w końcu z nosowymi ę, ǫ.

        Ostatecznie obserwujemy zatem trojaki rozwój dawnych dwugłosek nosowych:

        im, in; um, un > į, ų > ī, ū > i, y,
        im, in; um, un > i, u > ь, ъ,
        im, em, in, en; um, om, un, on > em, en, ę; om, on, ǫ > ę, ǫ.

        5.7. Rozwój dwugłosek typu AR

        Nie utrzymały się także grupy samogłoska + r, l (przed spółgłoską). Połączenia ir, il, ur, ul utworzyły sonanty ŕ̥, ĺ̥, r̥, l̥, zaś grupy er, el, or, ol uległy różnym zmianom w różnych dialektach. W polskim mamy ostatecznie na ich miejscu rze; le; ra, ro, ró; ła, ło, łó. Np. *orlja > rola, *ordlo > radło (por. *orati > orać), *korljь > król, *xoldъ > chłód, *bergъ > brzeg, *melko > mleko. Różny rozwój zależał od dawnej intonacji i rodzaju sąsiadujących spółgłosek.
        5.8. Monoftongizacja ai, ui i druga palatalizacja

        Stosunkowo trwałe były dyftongi ai, ui. W końcu jednak uległy one monoftongizacji, jednak dopiero po ukończeniu procesu pierwszej palatalizacji. Samogłoska rozwinięta z ai zmieszała się z dawnym ē dając samogłoskę oznaczaną symbolem ě („jać”, wzięte z ortografii czeskiej), zaś powstała z ui – z dawnym ī dając słowiańskie i. Zwróćmy jednak uwagę, że nowe ě, i (oznaczane ě2, i2 w odróżnieniu od starych ě1, i1) wywołały nową, drugą palatalizację (datowaną na VII-VIII w.), której rezultaty były inne niż rezultaty pierwszej palatalizacji. Np.

        *rankā > rǫka (bez palatalizacji) > ręka,
        *rankinas jis > rǫčьnъjь (I palatalizacja) > ręczny,
        *rankai > rǫcě (II palatalizacja) > ręce,
        *wilkai > *wilkui > vĺ̥ci > wilcy (staropolskie; dziś wilki),
        *slaugai > *slaugui > sluʒi > słudzy.

        5.9. Rozwój korelacji palatalności

        W zależności od rodzaju następującej samogłoski rozwinęły się spalatalizowane i niespalatalizowane odmianki spółgłosek: odpowiednio przed przednimi i, ь, e, ě, ę, ŕ̥, ĺ̥ oraz przed tylnymi o, a, ъ, y, u, ǫ, r̥, l̥. Doszło więc do rozwoju korelacji palatalności. Zauważmy, że po j nie mogły występować samogłoski o, ъ, y. Istniały jednak grupy ja, ju, jǫ, naruszające korelację palatalności.

        Korelacja ta działała jeszcze gdy (prawdopodobnie w VIII w.) zaistniał proces III palatalizacji, mającej charakter postępowy, a więc dotyczącej spółgłoski następującej po przedniej samogłosce. Samogłoska tylna znajdująca się po podlegającej temu procesowi spółgłosce przechodziła w przednią, np. *zajękus > *zajękъ > *zajęcъ (palatalizacja) > zajęcь (przejście jeru tylnego w przedni) > zając.

        Rozwój słowiańskiego systemu wokalicznego przedstawiono w tabeli:
        1 i, u im, in e, a a u um, un ī, ū į ei, ai ē, ā ā ū ų
        2 i e a u ī į ei ē ā ū ų
        3 i e a ɯ ī ei ē ā ɯ̅
        4 ь e o ъ i1 ě1 a y

        1 ai ui au em, en im, in ę am, an um, un ą ir ur il ul
        2 ai ui au em, en im, in ę am, an um, un ą ir ur il ul
        3 ai ui ou em, en ę om, on ǫ ir ur il ul
        4 ě2 i2 u ę ǫ ŕ̥ r̥ ĺ̥ l̥
        Ciąg dalszy artykułu

      • c.d.

        Część trzecia

        6. Etap odrębnego rozwoju języka polskiego

        6.1. Zmiany intonacji i długości samogłosek

        Stare opozycje ilościowe samogłosek (np. a : ā) w językach słowiańskich zostały zastąpione jakościowymi (np. o : a), rozwinęła się jednak nowa opozycja ilościowa w zależności od intonacji. Nowe samogłoski długie powstawały też w wyniku ściągania się różnych grup samogłosek. Nadto przekształceniom we wszystkich językach słowiańskich uległy jery: już pod koniec okresu słowiańskiej wspólnoty językowej zaczęły zanikać jery słabe. Powodowało to zmiany intonacji i związane z nimi zmiany długości poprzedzających samogłosek. W końcu wyodrębniły się długie i krótkie odmianki wszystkich samogłosek (także sylabicznych sonantów).
        6.2. Łamanie korelacji palatalności

        Możliwość wystąpienia pewnych tylnych samogłosek po spółgłosce palatalnej j łamała korelację palatalności. Wcześnie też doszło (w wielu słowiańskich dialektach) do dyspalatalizacji e, ě (odpowiednio do o, a) w pewnych pozycjach po j, č, š, ž, np. *kelnus > *čelnъ > *čolnъ > człon, *gelbus > *želbъ > *žolbъ > żłób, *kēsus > *čěsъ > časъ > czas. Zanik j po spalatalizowanej spółgłosce, a następnie zanik słabych jerów, spowodowały wytworzenie się spółgłosek spalatalizowanych i niespalatalizowanych jako osobnych fonemów, których występowanie stawało się coraz bardziej niezależne od rodzaju następującej samogłoski.
        6.3. Przegłos polski

        W dialektach prapolskich samogłoski e, ě uległy w pozycji przed twardą spółgłoską zębową przegłosowi do o, a, przy czym poprzedzająca spółgłoska zachowywała palatalizację. Powstały więc jak gdyby nowe odmianki o, a zmiękczające poprzedzającą spółgłoskę. Proces ten stał się przyczyną licznych alternacji w odmianie wyrazów, dość często żywych do dzisiaj. Np. gvězda : gvězdě > gwiazda : gwieździe, nesla : nesli > niosła : nieśli.
        6.4. Rozwój sonantów

        W identycznych warunkach uległy przegłosowi palatalne odmianki sonantów: ŕ̥, ĺ̥, przy czym poprzedzająca spółgłoska traciła palatalizację. Ciekawe, że podlegające przegłosowi ŕ̥ zlało się z twardym r̥ (> ar), podczas gdy ĺ̥ wytworzyło niezależną odmiankę (> ъł > eł), różną tak od miękkiej niepodległej przegłosowi (> il), jak i od twardej (> oł, ół). Wkrótce potem wszystkie sonanty zastąpiono grupami z samogłoską. Reguły tego procesu były dosyć złożone, a rezultaty rozmaite w zależności od rodzaju sąsiadujących spółgłosek. Przykłady:
        Twarde r̥, l̥ Miękkie ŕ̥, ĺ̥
        z przegłosem bez przegłosu
        r̥, ŕ̥ *tr̥gъ > targ *mŕ̥tvъjь > martwy *svŕ̥ščь > świrszcz > świerszcz
        *br̥zo > bardzo *dŕ̥lъ > darł *vŕ̥xъ > wirzch > wierzch
        l̥, ĺ̥ 1 *ml̥va > mołwa > mowa *pĺ̥nъjь > *pъłny > pełny *vĺ̥kъ > wilk
        *pl̥kъ > półk > pułk *mĺ̥lъ > *mъłł > mełł *pĺ̥stь > pilść > pilśń
        2 *sl̥nьce > słuńce > słońce *tĺ̥stъjь > tłusty *tĺ̥kǫ > tłukę
        *stl̥pъ > *stłup > słup
        3 *kl̥basa > *kъłbasa > kiełbasa *čĺ̥no > czółno *žĺ̥vь > żółw
        *xl̥mъ > *chъłm > chełm *žĺ̥na > żołna *čĺ̥gati > czołgać

        Po wargowej p, b, v, m.
        Po zębowej t, d, s, z, n, l, r.
        Po tylnojęzykowej lub dziąsłowej k, g, x, č, ž, š.

        6.5. Rozwój samogłosek nosowych

        Przegłosowi ulegała także nosowa samogłoska ę tworząc nowe zmiękczające ǫ. W dalszej historii języka jednak wszystkie nosówki zlały się w jeden dźwięk – nosowe a czyli ą, oczywiście w dwóch odmiankach: długiej i krótkiej. Jeszcze później odmiana długa rozwinęła się w nosowe o, zapisywane tradycyjnie ą, zaś odmiana krótka dała ę. Np. *mǫ́ka > mąka, *mǫka > męka, *mę́ti > miąć, *mękъkъjь > miękki.
        6.6. Wokalizacja jerów

        Po zakończeniu procesu przegłosu doszło do tzw. wokalizacji jerów. W tym okresie nie było już jerów słabych, jednak po słabych jerach miękkich pozostały ślady w postaci palatalizacji spółgłosek. Oba jery mocne spłynęły w jeden dźwięk, który zmieszał się z e i ě. To nowe e nie ulegało już przegłosowi (wyjątkowo mamy jednak formy wytworzone działaniem analogii: *kotьlъ, *kotьla > kocioł, kotła; *kozьlъ, *kozьla > kozioł, kozła; *osьlъ, *osьla > osioł, osła), a w innych formach gramatycznych wyrazu mogło znikać, stąd jego nazwa – e ruchome. Przypomnijmy, że spółgłoska przed jerem miękkim była spalatalizowana, przed jerem twardym zaś niespalatalizowana. Pomimo spłynięcia obu jerów w jeden dźwięk ta różnica pozostała. Przykłady e różnego pochodzenia:

        z dawnego e: nesti > nieść (por. niosę), ženiti sę > żenić się (por. żona),
        z dawnego ě: ěsti > jeść (por. jadłem), cěna > cena, věděti > wiedzieć (por. wiadomość),
        z dawnego ь: dьnь > dzień (por. dьni > dni), čьstь > cześć (por. čьsti > czści > czci),
        z dawnego ъ: dъxъ > dech (por. dъxu > tchu), *olkъtь > łokieć (por. łokcie).

        6.7. Inne źródła e

        Ponadto e rozwinęło się z dawnych i, y przed r, ř: *širokъjь > szeroki, umirati > umierać, *vŕ̥xъ > wirzch > wierzch, *sěkyra > siekira > siekiera, *syrъ > ser, *pyrь > *pyř > perz. Niekiedy także zjawiało się nieetymologiczne ruchome e dla rozbicia grup spółgłoskowych: *ognjь, *ognja > ogień, ognia; osmь, osmero > ośm, *ośmiero > osiem, ośmioro.
        6.8. Kolejne ograniczenia zasady korelacji palatalności

        Zauważmy, że na tym etapie rozwoju języka doszło do niemal zupełnego złamania korelacji palatalności. Obok starego, zmiękczającego e (< ě, e, ь) pojawiło się niezmiękczające e ( tacy, *naʒi > nadzy, *činъ > czyn, *šiti > szyć, *žiti > żyć, *pri > *při > przy.
        6.10. Nowa palatalizacja welarnych

        W pozycji przed niezmiękczającym e (powstałym z wokalizacji twardego jeru) oraz przed y doszło do palatalizacji k, g, a w pewnych warunkach także i ch. I tym razem nie złamano zasady korelacji miękkości: y przeszło tu w i, np. *takoje > *také > takie, *taky > taki, *nagъjь > *nagyj > *nagy > nagi. Podważyły ją dopiero niedawne zapożyczenia, jak kelner, gen, kynologia, gynandria, oraz denazalizacja końcowego ~ę, np. rękę, wymawiane zwykle reŋke.
        6.11. Rozwój samogłosek długich

        Długie samogłoski w trakcie rozwoju języka polskiego zmieniły swoją barwę (proces ten określa się jako pochylenie), a następnie skróciły się. W języku literackim długie á, é, í, ý, ú ostatecznie zatraciły swoją odrębność i zlały z ich krótkimi odpowiednikami (w gwarach często zachowała się odrębność á, é). Długa nosówka rozwinęła się w ą (nosowe o), podczas gdy krótka nosówka dała ę. Długie ó natomiast spłynęło z u.

        Pochodzenie samogłosek polskich przedstawia tabela:
        Stan prasłowiański i, y e ě a o u ę, ǫ ъ, ь
        Stan przedpolski i, í, y, ý e, é o ó e, é a, á a, á o ó u, ú ą ą́ e 0
        Stan polski i, y, e e o ó e a a o ó u ę ą e 0

        Uwagi:

        zero (0) oznacza brak dźwięku,
        samogłoski i, y, e, o, ó, a, ę, ą wywodzące się z prasłow. i, e, ě, ę, ь następują po spółgłosce niegdyś miękkiej,
        samogłoski i, y, e, a, o, ó, u, ę, ą wywodzące się z prasłow. y, a, o, u, ǫ, ъ następują po spółgłosce niegdyś twardej,
        samogłoski a, u, ę, ą po spółgłosce niegdyś miękkiej mogą wywodzić się także z prasłowiańskich a, u, ǫ poprzedzonych przez j.

      • c.d.

        Polskie sybilanty

        Część poprzednia – Powrót do pierwszej strony

        Terminologia używana w literaturze.
        pisownia s z sz ż, rz ś, si ź, zi
        wymowa s z ʃ / š ʒ / ž ɕ / ś ʑ / ź

        1 dental (zębowe) alveolar (dziąsłowe) post-alveolar (zadziąsłowe)
        2 syczące (hissing) szumiące (rustling) ciszące (hushing)
        3 zębowe dorsalne z wąską szczeliną (dental dorsal with narrow opening) dziąsłowe koronalne z szeroką szczeliną (alveolar coronal with wide opening) zazębowe palatalne (post-dental palatal)
        4 dental non-palatal (zębowe niepalatalne) prepalatal non-palatal (przedpalatalne niepalatalne) prepalatal palatal (przedpalatalne palatalne)
        5 strident, nondistributed, dental/alveolar, coronal, anterior, nonhigh strident, nondistributed, postalveolar, coronal, nonanterior, nonhigh strident, distributed, alveolo-palatal, coronal, nonanterior, high
        6 płaskie, szerokie, przedniojęzykowe (flat, wide, fore-tongued) płaskie, szerokie, apikalne (flat, wide, apical) wysokie, wąskie, przedniojęzykowe (high, narrow, fore-tongued)
        7 przedniojęzykowo-zębowe, apikalno-dentalne (apical-dental) przedniojęzykowo-dziąsłowe, predorsalno-alweolarne (praedorsal-alveolar) palatalne właściwe, mediopalatalne (proper palatal, mediopalatal)
        8 przedniojęzykowe zębowe (fore-tongued dental) przedniojęzykowe dziąsłowe (fore-tongued alveolar) średniojęzykowe, środkowojęzykowe, środkowojęzykowo- twardopodniebienne (middle-tongued = middle-tongued-duropalatal)
        9
        10
        11
        12
        13
        14

        Uwagi:

        Rubach (5) porównuje spółgłoski polskie z angielskimi. Angielskie dźwięki określa następująco:

        th [θ], [ð] – nonstrident, nondistributed, interdental, coronal, anterior, nonhigh,
        s, z [s], [z] – strident, distributed, alveolar, coronal, anterior, nonhigh,
        sh, zh [ʃ], [ʒ] – strident, distributed, palato-alveolar, coronal, nonanterior, nonhigh.

        Strutyński (7) określa także następujące alofony polskich sybilantów:

        [s′], [z′] – zazębowe (prepalatalno-postdentalne)
        [š′], [ž′] – zadziąsłowe (prepalatalno-postalweolarne)

        Spółgłoski zazębowe występują np. w wyrazach sinus, zin, spółgłoski zadziąsłowe w wyrazach Sziwa, Żiwago.

        Opis artykulacji w pracy Puppela i in. (1)

        /s/ i /z/ (str. 149)
        „Tarcie ma miejsce w bardzo wąskiej szczelinie utworzonej między krawędzią języka a obszarem zębowo-dziąsłowym. W czasie artykulacji krawędź języka ma wąską bruzdę lub kanał wzdłuż linii środkowej.”

        /š/ i /ž/ (str. 157)
        „Szczelina utworzona jest przez koniuszek i krawędź języka oraz krawędź dziąseł. W porównaniu z /s/ i /z/, szczelina ta jest nieco bardziej otwarta.”

        /ś/ i /ź/ (str. 165)
        „Dźwięki te są wytwarzane przy przednim położeniu masy języka. Język jest napięty, wargi rozciągnięte. Powietrze uwalnia się przez bardzo wąski kanał utworzony między obszarem zadziąsłowym a środkową częścią języka.”

        Uwaga końcowa:

        Główna różnica między /s/ a /š/ polega na szerokości szczeliny artykulacyjnej – /s/ powstaje z udziałem wąskiej szczeliny, /š/ – szerszej. Istnieją też różnice drugorzędne: /s/ jest głównie zębowe, natomiast /š/ głównie dziąsłowe, a zgodnie z terminologią Dłuskiej /s/ jest dorsalne, natomiast /š/ bardziej koronalne (ale nie retrofleksyjne) – można mówić w tym przypadku o łyżeczkowatym kształcie języka. Wiele nowszych źródeł określa /s/ (i /ś/) jako laminalne, /š/ jako apikalne (nie subapikalne). Fonemy te są rozpoznawane dzięki swoim cechom akustycznym (syczące – szumiące), będącym wynikiem stopnia szerokości ich szczelin artykulacyjnych.

        Bibliografia:

        Puppel S., Nawrocka-Fisiak J., Krassowska H., 1977, A Handbook of Polish Pronunciation, PWN, Warszawa.
        Rocławski B., 1986, Zarys fonologii, fonetyki, fonotaktyki i fonostatyki współczesnego języka polskiego, Wydawnictwo Uczelniane UG, Gdańsk.
        Dłuska M., 1981, Fonetyka polska, PWN, Warszawa-Kraków.
        Majewicz A.F., 1986, A Contrastive Analysis of Japanese and Polish Phonemic and Phonetic Systems, UAM, Poznań.
        Rubach J., 1982, Analysis of Phonological Structures, PWN, Warszawa.
        Sawicka I., 1988, Fonologia konfrontatywna polsko-serbsko-chorwacka, Ossolineum, Wrocław.
        Strutyński J., 2002, Gramatyka polska, wyd. 5., Wydawnictwo Tomasz Strutyński, Kraków.
        Szober S., Wieczorkiewicz B., 1948, Krótka gramatyka dla wszystkich, Wydawnictwo S. Arcta, Warszawa.
        Szober S., 1962, Gramatyka języka polskiego, PWN, Warszawa.
        Klemensiewicz Z., 1981, Podstawowe wiadomości z gramatyki języka polskiego, PWN, Warszawa.
        Bąk P., 1984, Gramatyka języka polskiego, WP, Warszawa.
        Jaworski M., 1986, Podręczna gramatyka języka polskiego, WSiP, Warszawa.
        Bartnicka B., Satkiewicz H., 1998, Gramatyka języka polskiego, WP, Warszawa.
        Nagórko A., 2000, Zarys gramatyki polskiej, PWN, Warszawa.

  16. [Chodzilo o to, ze woda nie musiala nadawac sie do picia, a piwo jako ze sfermentowane,
    nadawalo sie, bo alkohol zabijal bakterie.]

    Tyle doczytałem z tego trolizmu -komentarze mają być krótkie, zwięzłe i na temat, ew. poza tematem, a nie tasiemcowymi wklejankami, których nikt nie czyta albo kolejnymi 'wpisami na blogu pod wpisem na blogu’, pisanymi od ręki i „na żywo”.
    Idea sfermentowanego słodu (nie tylko jeczmiennego, ale przede wszystkim pszenicznego) bo trzeba ziarno zesłodować, by bylo fermentowalne- słód czyli jak nazwa wskazjej coś słodkiego, polega na tym samym, na czym polegaja prozdrowotne własciwości sfermentowanego mleka, czy to do postaci zsiadłego mleka, kefiru, jogurtu lub kumysa), zwanymi teraz probiotycznymi, a mianowicie nie na tym, że cokolwiek zabija bakterie, tylko na tym, że dane środowisko skolonizowały bakterie człowiekowi przyjazne, a sprawdzianem tego jest przyjazny zapach i smak.
    Jeśli cuchnie, smierdzi to oznacza, że sa tam złe bakterie.
    Woda moża być neutralna w smaku a zakażona niebezpiecznymi bakteriami.

    Podobne niezrozumienie 'zasady działania’ obserwuje nagminnie wśród historyków, gdzie 'osiemnascie zdań ciurkiem’ jest podstawą do snucia wieloksiążkowych 'wywodów naukowych’.
    Tudzież przytaczanie, że pewnikiem tutaj a tutaj, kilka tysięcy lat temu wymyślono dany napój jest niemalże tym samym, gdy zdrowy rozsądek podpowiada, że jeśli -dajmy taki przykład- na danym terytorium rosła winorośl, choćby i dzika, to pewnikiem ludzie sami od siebie, bez zapożyczeń doszli do praktycznych wniosków, że można ją sfermentować, szczególnie gdy sama od siebie to robi.
    Identycznie z sytuacją: jest krowa> jest mleko> jest sfermentowany produkt mleczarski.
    Identycznie z miodem, z piwem i wszystkim innym co było dostepne.

    Dlatego wywody o tym gdzie co wynaleziono to pseudonauka i sianie teorii spiskowych, podobnych o tych o kosmitach, którzy -inny przykład- jakoby nauczyli ludzi po jednej i po drugiej stronie pacyfiku robić plecionki według tego samego splotu, gdy rozum podpowiada, że ludzie sami swoją praktyką do tego doszli.

    M.in. dlatego narracyjne nauki humanistyczne nie powinny być w ogole uznawane za naukę.

    • Zupełnie nie przeszkadza mi myśl,że nasi PRZODKOWIE byli pierwsi w wynalezieniu wielu rzeczy nawet jeśli twierdzenie to jest przerysowane

      • [Zupełnie nie przeszkadza mi myśl,że nasi PRZODKOWIE byli pierwsi w wynalezieniu wielu rzeczy nawet jeśli twierdzenie to jest przerysowane]

        Nikomu to nie przeszkadza jeśli są to jego przodkowie.
        Jednakże nie jest do obiektywnego ustalenia kto był pierwszy, gdyż sformuowanie, że odnaleziono dowody -taki przykład- na najstarsze robienie wina jest tylko dowodem na to, że już kilka tysięcy lat temu robiono w danym miejscu wino oraz dowodem na to , że jest to najstarsze znalezisko.
        Tylko tyle.

        Obiektywnie rzecz ujmując mogło byc ono robione jeszcze wcześniej ale dowody materialne przepadły, albo nie zostana nigdy odnalezione albo zostana odnalezione w przyszłości.
        Jenakże doświadczenie życiowe i logika wskazuje nam, że w wielu miejscach odległych od siebie o tysiące kilometrów i w tym samym czasie, ludzie niezależnie od siebie zaczęli robić wino, byleby w duzych ilościach naturalnie rosła tam winorośl (efekt nadmiaru owoców w okresie zbioru). Zrobienie wina w takich sprzyjających regionach (gdzie na winorośli bytują rasowe szczepy drożdzy) polega na zasypaniu glinianego garnka zebranymi owocami. Po 2-3 tygodniach w środku jest nic innego jak prawdziwe wino, ktore nalezy odlać od osadu..
        Rzecz banalna.

        Analogicznie z pozostałymi produktami spozywczymi.

      • Czy jak by smok mor napisal, ze to super ze to germanie lub dajmy na to mityczni przodkowie Abrahmana, kilka tysiecy lat temu produkowali wino, czy to by cie usatysfakcjonowalo?
        (Nota bene ta postac nie mogla byc ani hebrajczykiem, ani judejczykiem, ani zydem, bo zostala wymyslona, wiec jako wymyslona postac nic nie mogla robic.)
        Masz jakis problem, z tym piwem i winem i nie tylko z tym jak widac. Sam tu uprawiasz obiektywnie rzecz ujmujac trolling i pusta dezinformacje na masowa skale.
        Sadzisz ze z twojej „uprawy” dalo by sie zrobic cos pozytecznego, jakies wino, czy piwo, ser lub chleb, czy cokolwiek?
        Ponownie pytam, kiedy zamiescisz jakikolwiek link do zrodla swoich hm… no wlasnie… Jak czytam te banaly co piszesz, to za kazdym razem odnajduje w tym tylko wieksza i wieksza pustke myslowa. Analogicznie – czepiasz sie tylko i czepiasz – belki w swoim oku nie widzisz?

    • Do Roberta:
      1.
      Poczytaj sobie co sie dzialo z woda do picia na statkach/okretach np. angielskich jeszcze w XIXw i dlaczego pito tam piwo i grog. To bylo calkiem niedawo jeszcze.
      (Podobno stad wlasnie takie a nie inne sporzycie alkoholu na wyspach).
      2.
      Jakie sa dobre bakterie w piwie? Jak wiesz, to napisz a przy okazji tez, to moze wiesz tez, jak robic alkohol z sera, za pomoca niehumanistycznej i niehumanitarnej, ale dostepnej tobie technologii, (nie musi byc slowianska, ani stara, ani pseudonaukowa ani tez spiskowa ani kosmiczna, a tym bardziej jakoby).
      3.
      „Tyle doczytałem z tego trolizmu -komentarze mają być krótkie, zwięzłe i na temat, ew. poza tematem, a nie tasiemcowymi wklejankami, których nikt nie czyta albo kolejnymi ‘wpisami na blogu pod wpisem na blogu’, pisanymi od ręki i “na żywo”. Hm?..Znow nie wiem o co Ci chodzi – komentarze maja byc „zwiezle i na temat, ew poza tematem” – czyli jakie w koncu?
      Umiesz sobie nie przeczyc nawet w jednym zdaniu, ktore sam piszesz? Jak boli Cie logiczne czytanie i pisanie, to po co sie meczysz? Sodo-Maslo-Melaso?
      4.
      Dla mnie slowo „powinno”, powinno byc w ogole zakazane, bo nie jest neutralne – cuchnie, smierdzi, zalatuje alkoholizmem, co wg Ciebie oznacza, ze sa tam zle i niebezpieczne bakterie.

      P.S.
      Powiedzialbym YAHWOHL Herr Obbersturban, tylko:
      a. Przeczytales i zrozumiales, co sam napisales? Jak tak, czy zgadzasz sie sam ze soba?
      b. Gdzie to jest nakazane, zeby bylo jak Ty chcesz? Podasz w koncu jakies zrodlo, moze byc bezalkoholowe?
      c. Nie pomylily Ci sie blogi? To nie komenda policji, tu nie wydaje sie i nie wykonuje rozkazow/nakazow. Grzecznie i logicznie popros, a bedzie Ci dane.
      c. Jak nie lubisz mnie i tego co pisze i linkuje, to po co w ogole czytasz moje posty? Odwagi, nie mecz sie, po prostu zamknij oczy i je i mnie zniknij. 🙂

      • Cyt:
        [Poczytaj sobie co sie dzialo z woda do picia na statkach/okretach np. angielskich jeszcze w XIXw i dlaczego pito tam piwo i grog. To bylo calkiem niedawo jeszcze.
        (Podobno stad wlasnie takie a nie inne sporzycie alkoholu na wyspach).]

        Panie językoznawco, po pierwsze 'spożycie’.
        Po drugie, teoria o zakażeniu alkoholomanią ze statków na ląd jest delikatnie mówiąc allochtoniczna, jakby ci ludzie ze statków nie urodzili się i wychowali na tym właśnie lądzie. Ludzie piją bo lubią.
        Po trzecie, podajesz przykład że pito tam piwo i grog zamiast wody na dowód, że …alkohol w piwie zabija bakterie?
        Przecież to jest nonsens.

        Na czym polegają probiotyczne właściwości? Nie na tym, że są sterylne (pasteryzacja i temu podobne)), ale na tym, że są skolonizowane przez przyjazne człowiekowi drobnoustroje.
        Ta sama sytuacja jest z winem, kumysem, ale i zsiadłym mlekiem, serem białym, kapustą kiszoną, ogórkami kiszonymi itd itd… od niedawna to samo zaaplikowano zwierzetom hodowlanym w postaci sianokiszonek.

        Cyt:
        [Jakie sa dobre bakterie w piwie? Jak wiesz, to napisz a przy okazji tez, to moze wiesz tez, jak robic alkohol z sera]

        W kazdym nie wysterylizowanym produkcie spożywczym jest mnóstwo bakterii oraz bakterie mlekowe również przeprowadzają fermentację.

        • Ciekawe w tym wszystkim jest to, że w powielanych w milionach egzemplarzy książkach kucharskich i w masowo powtarzanych na wszystkich kanałach filmach National Geografic powtarza się do znudzenia tę samą śpiewkę: piwo przyszło z Niemiec, wino z Cesarstwa Rzymskiego i Judei, Grecja to cywilizacja, Scytowie to koczownicy – Greckie miasta są dowodem cywilizacji, a te z Azji Centralnej starsze od Sumeru nie są dowodem osiadłego trybu życia lecz koczownictwa, złota biżuteria Scytów ma być dowodem na brak cywilizacji i koczownictwo, rzexby greckie są dowodem cywilizacji, chleb przywieźli Arabowie do Hiszpanii, makaron pochodzi z Włoch albo Chin, pierogi to wytwór cywilizacji chińskiej, herbatę rozpowszechnili Anglicy… itd, itp. To wszystko przecież kompletna nieprawda. Ale prawdą jest że najstarsze odnalezione ślady w tych sprawach a także pewne dowody np. w sprawie udomowienia bydła przez R1a1 (ludzi którzy nie cierpią na alergię mleka w przeciwieństwie do R1b1 i innych nacji a zwłaszcza Chińczyków), wszystkie najstarsze ślady prowadzą jak na razie do neolitu i na Step Nadczarnomorski. L’Ark Hill (Stonehenge) – ósmy cud świata – Arkaim – co począć z tym Arkaimem? – Już wiem, przesiedlić tam Niemców do około 1800 p.n.e., bo Niemcy są Odwieczne i Napowietrzne, są po prostu zawsze i wszędzie tam gdzie być powinny.

          Czy to przypadkiem nie jest ciąg dalszy tego samego planu realizowanego przez Bismarcka i potem przez Werwolf, a obecnie przez pogrobowców nigdy nie rozliczonych przez Adenauera SSmanów i innych nazistów, których linię propagandową przyjęły Niemcy, jako oficjalną linię polityczną RFN. Razem z pożyczkami na ODRODZENIE IDEI z USA po II Wojnie w zamian za „ofiarę” złożoną z wojennych broni hitlerowskich wykorzystywanych obecnie przez NASA i Pentagon, przyszło od Sefardyjczyków z USA przyzwolenie na tę propagandę a potem wsparcie New Yorkerów i innych szmatławców zaoceanicznych. Taki deal w stylu anglo-niemieckim (czysto germański), i wielki szum oczywiście o polskich obozach koncentracyjnych, antysemityzmie Polaków pitym z mlekiem matek z ich piersi, wykluciu się na ich ziemi planu Zagłady i holocaustu – a przecież tak naprawdę w wyniku tej II Wojny zginęło 35 milionów Słowian. To jest taktyka obrony przed odwetem czy zadośćuczynieniem szkodom?! Oddajcie nam nasz majątek wrzeszczą Sefardyjczycy z USA, którzy sfinansowali nazizm i holocaust. My jesteśmy dawcami światła dla Świata powiadają Niemcy, którzy dali światu najnikczemniejszą zbrodnię w dziejach ludzkości.

          Propagadzia, gandzia, glandzia. Jak powiadał kto… Goebels? – Kłam często i bez zmrużenia powieki aż uwierzą, że to co im kłamiesz, to jest najprawdziwsza prawda.

          Oczywiście odkrycia związane z neolitem R1a1 na Stepach i gdziekolwiek nie przesądzają że to najstarsze piwo i wino świata oraz że Słowianie pili herbatę razem ze Scytami, Mongołami i Chińczykami przy jednym ognisku w Tocharystanie 2000 pne, ale cóż na razie to są odkrycia najstarszych znalezisk. Będą inne będziemy wtedy dyskutować.

          Dla nas w Dobie Czyszczenia po Wielkiej Zmianie, Wielkiego Śmietnika Kłamstwa i Propagandy, ważniejsze niż pierwszeństwo jest to że udowadniamy, iż te wszystkie powyżej wygłoszone w pierwszym akapicie sądy to po prostu wyssane z palca brednie i propaganda kłamców, którzy wykazują się skrajnym szowinizmem i nietolerancją etniczną oraz … tak, tak – po prostu pyszałkowatą głupotą. Bo kto uwierzy w te steki kłamstw skoro są dowody że przy tym ognisku i herbatce siedzieli ludzie R1a1. Jak widać zasada propagandowa Goebelsa się nie sprawdza. Nikt już w „prawdę obiektywną” i „jedyną” rzymsko-germańską czyli w propagandę nazistowską „spadkobierców” (raczej uzurpatorów!) Cesarstwa Rzymskiego i Judeochrześcijaństwa nie wierzy.

      • A jednak mialem racje z tym piwem.
        Znalazlem film (odc. nr 10) nie tylko o piwie w sredniowieczu, a tez o zywnosci ogolnie i nie tylko, zreszta.
        Bardzo polecam filmy/wywiady z panem Jedrzejem, kapitanem (husarii tez) na zamku Chojniku.
        Czlowiek madry i bardzo ciekawie opowiada.
        Chrzescijanie i inni katolicy, a takze postepowi lewacy wszelkiego autoramentu, uwaga znow mozecie sie zszokowac…(zakladam, ze macie sumienie).
        http://www.chojnik.pl/
        http://www.youtube.com/watch?v=aI68xx0ShYs

        P.S.
        Robercie, a jednak sie bez sensu czepiasz.

  17. nabiera większego sensu wypowiedź Mezamira w której powiedział, “iż żebrzących w Tybecie za bogami opiekuńczymi polskich buddystów ofuknięto iż przecież MAJĄ WŁASNYCH LOKALNYCH.

    Konkretnie chodzi o cytat Dalajlamy który na spotkaniu z polskimi buddystami
    powiedział że powinno się wyznawać religię własnego kraju ale jeśli chcą to opowie im o Buddzie.
    Słowo religia jest rozumiane nieco inaczej niż na Zachodzie.

    „W Bon chodzi bowiem o wiedzę a nie wiarę i religię w zachodnim pojęciu”.
    Tenzin Wangyal Rinpocze powiedział:
    „nauki Bon da się stosować bez religijnych i filozoficznych aspektów, tzn. jako ludzką wiedzę”.

    Ludzka Wiedza jest globalna,światowa,nauka ani filozofia nie jest własnością jakiegoś narodu
    to jest własność Ludzkości.

    Po drugiej stronie leżę dogmaty które są własnością konkretnej grupy religijnej.
    Światowa religia to przeciwieństwo światowej wiedzy/duchowości.
    Gdyby religia zapewniała moralność i uduchowienie to mielibyśmy raj na Ziemi.

    Mam nadzieję że Rodzimowierstwo nigdy nie stanie się religią a zamiast tego
    pójdzie w kierunku wiedzy duchowej i psychologicznej o życiu człowieka w Naturze.

    Theravāda kontynuuje koncepcję Vibhajjavādy (pāli. „Nauka Analizy”)
    która używa krytycznych metod badawczych w opozycji do ślepej wiary w dogmat.
    Dzięki tej metodzie badacz ma odkryć prawdę, po przyjęciu przekonywującej racji
    popartej własnym doświadczeniem, co poprowadzi na przedsionek ostatecznego celu

    „Każdy współbrzmi z jakimś określonym typem wiedzy, z którym przychodzi na ten świat.
    Na przykład, dlaczego ludzie są zainteresowani Ciałem Świetlistym/Dzialu?

    To dlatego, że w jakiś sposób [podświadomie] pamiętają swoje wcześniejsze życie
    w którym mieli kontakt z tą praktyką. Taka jest właśnie ich motywacja dążenia do osiągnięcia tego.

    Każdy musi podjąć decyzję: z jakim typem wiedzy współbrzmi, i jest to decyzja indywidualna.
    Nie jest to decyzja intelektualna, wywodzi się z poziomu duszy.
    W taki sposób, natychmiast będziesz odczuwał połączenie do danej osoby, [będącej źródłem wiedzy,
    z którym współbrzmisz].
    Jeżeli ci to nie wychodzi od razu to możesz wtedy przyglądnąć się różnym opcjom
    i wtedy ustalić z którym z nich czujesz się bardziej powiązany.

    Ludzie, którzy studiują ze mną, to najczęściej ci, którzy czują współbrzmienie z tradycją tamilską.
    Tak więc, nie muszę ich jakoś przekonywać, bo oni po prostu rezonują z tym, co mówię.
    Każda indywidualna dusza w naturalny sposób wie jak podjąć tę decyzję”. – Dr Pillai

    • Poznawanie tradycji i filozofii innych systemów Wierzeniowych Przyrodzonych (System Wierzeniowy = Wieda, a więc Wiedy – wiedzy duchowej – dokładnie tak jak napisał Mezamir), ma sens właśnie dlatego, że jest to ta sama wspólna filozofia – Mądrość, wszystkich systemów naturalnych, będacych zapisem uniwersalnych obserwacji przyrodniczych, dotyczących Człowieka, Istot żywych, Materii i całego Środowiska. To Mądrość, która uczy jak żyć i postępować mądrze w życiu wobec innych istot i środowiska. Buddyzm tak jak Wiara Przyrodzona Słowiańska nie musi mieć konotacji religijnych, może być tylko zbiorem zasad na mądre życie – czyli Mądrością – filo-zofią życia. Jest tak jednak jeśli wychodzimy poza cel sam w sobie – doskonalenia się, a doskonalimy się po to by Pójść z Innymi Istotami ku Lepszemu Światu i ku Światłu Świata.

      Jeśli cię Oświeciło i w następstwie oświecenia rzuciłeś pracę, rodzinę, żonę i dzieci i poszedłeś na pustynię żeby medytować to postąpiłeś nie-mądrze. wyrządziłeś wiele krzywd, które nie przejdą obojętnie, nawet jeśli to było rzeczywiste oświecenie. Cel DLA INNYCH ISTOT a nie dla JA – to jedyne co nadaje sens życiu materialnemu, tj byciu Istotą Duchową w Materialnej Postaci. Samo oświecenie nie ma sensu, ma sens gdy się WIEDZĘ obróci w Mądrość i postąpi mądrze dla Innych – a nie dla własnego Ego

  18. „Pisze pan że budda był założycielem Krakowa, ale to ani nie jest mit polski, ani legenda słowiańska, ani nie podanie perskie, ani dokument historyczny, ani nawet weda hinduistyczna”

    Znalazłem kiedyś taki tekst ale mam do niego mieszane uczucia.

    „Następne znaleziska w postaci glinianych naczyń datowane są na 1,8 tysiąca lat p.n.e. oraz pozostałości obiektów mieszkalnych z 750 roku p.n.e. Odkopano również wyroby z brązu i żelaza sprzed 400 lat p.n.e. oraz pozostałości wpływów celtyckich i rzymskich z naszego wieku. Teoretycznie więc wiele różnych kultur mogło mieć tu swoje miejsce kultu. Badacze spierają się o to, kto mógł przynieść kamień na tereny obecnej Polski, o ile w ogóle został on przyniesiony. Jedna z hipotez głosi, że zrobił to Apolloniusz z Tiany, szerzący religię wśród arystokracji. W pierwszych latach życia Jezusa miała powstać na wschodzie nowa religia – Mitracyzm – która zaczęła zagrażać innym, głównie Buddyzmowi.

    Ten, aby zapobiec rozpowszechnianiu się nowego nurtu, zaczął współdziałać z wczesnym chrześcijanizmem. Miało to doprowadzić Jezusa do podróży do Indii pomiędzy 12 a 30 rokiem życia, z którego to okresu nie ma obecnie żadnych informacji. Kapłani buddyjscy, rozszerzając wiarę, mieli dotrzeć na tereny Polski i zbudować na wzgórzu maleńką świątynię, która stała na miejscu obecnej świątyni Feliksa i Adaukta. Na podwalinach tej świątyni mnisi mieli wbudować kamień przywieziony z Indii. ”

    http://oroasor.wordpress.com/zaklamana-historia-czakramy-na-wawelu/
    http://www.iluminaci.pl/2012/czakram-na-wawelu

    • Krakuczanda – kiedy to było? Sidharta Gautama to 563 – 483 pne, a to już trzeci budda z 1000. Apoloniusz z Tiany to 15 – 100 ne. To przepaść, a gdzie całe dzieje. Myślę że warto poczekać jeszcze chwilę i przeczytać Księgę Ruty, albo Taję 23 na Czarnym Pasku. Bo tutaj jest historia nieziemska po prostu która ma źródła w mitach i podaniach a dotyczy Panów – Haropanów- Czarnopanów i Carodunonu. Za dużo o tym mówić, ale po drodze do Apoloniusza wiązanego przez nurt templarianski z Katarami i Bogomiłami późniejszymi, od Pitagorasa – są znane postacie Heraklesa-Perprzechwały, Dionizosa – Dziwnyjusza, Zalmoxisa – Żamlokszysza i Zaratuszty – Żar-Z-Duszta.

      Kalpa trwa już 151 milionów lat więc kiedy Krakuczanada założył Kraków i kto tak twierdzi? Kiedy on był 1 milion lat temu, 100 milionów? Nikt tego nie podaje rzecz jasna, ale miał być podobno w tym samym oczywiście miejscu co Gautama – Sarnat koło Warenasi w Indiach. Gdzie tu Kraków? W którym wcieleniu? Przed którym potopem?

      Czakram to kamień, ale nie żaden zakopany cudowny kamień – tylko SKAŁA (zakopana siłami Natury- Przyrody, przez Rodżanę zatem a nie Apoloniusza z Efezu. Skała- jak Piotr jest SKAŁĄ, a Arka- CZARA jest Graalem – kamienna misa.

  19. Eon (sanskryt: kalpa), w którym żyjemy jest uznawany za pomyślny (Bhadra-kalpa), ponieważ w czasie jego trwania pojawi się 1000 Buddów. Ma trwać 236 milionów lat, z czego minęło już 151 milionów. Pierwszymi trzema Buddami byli: Budda Krakuczanda, Budda Kanakamuni oraz Budda Mahakaśjapa, czwartym jest obecny Budda Siakjamuni.
    W sutrach Buddyzmu Czystej Krainy „Szin” można przeczytać, że w czasach Buddy Krakuczandy ludzie żyli 40 000 lat, a w czasach następnych Buddów, kolejno 30 000 i 20 000 lat.

    buddyzm.com.pl/?k=&e=&s=&app=17&q=1&sf=&ft=1&menu=search&pos=360

    mahajana.net/teksty/sutra_jizo/13.html

    Ostatnim, tysięcznym buddą ma być Budda Ruczika.

    Ad5. Budda Maitreja (skt. Maitreya, pali Metteyya, jap. Miroku) – według przekazów buddyjskich będzie to piąty budda naszej epoki (kalpy), który obecnie przebywa w niebiosach Tuszita. Imię Maitreja pochodzi z sanskryckiego maitri co znaczy, nieuwarunkowana, uniwersalna miłość. Czasami słowo to tłumaczy się jako kochająca życzliwość (ang. loving-kindness). W ikonografii przedstawia się tego Buddę jako siedzącego na wysokim tronie, a nie w pozycji lotosu.

    Ad6. J.Ś. Budda Siakjamuni w kilku sutrach przepowiedział pojawienie się Karmapy w tym świecie. Mówił również, że zostanie on szóstym Buddą naszej kalpy, zwanym Lwim Buddą – Simhananda.
    Karmapa w swych kolejnych inkarnacjach jest najwyższym Lamą szkoły Karma
    Kagju i jej duchowym przywódcą. Stanowi największy autorytet dla wszystkich odłamów linii Kagju, przewodzi głównym ceremoniom i odpowiada za rozpoznawanie wszystkich ważnych tulku (inkarnowanych Lamów) tej tradycji. Lamowie Linii Kagju uważają, że duchowy status Karmapy równy jest pozycji J.Ś. Dalajlamy. Obu uznaje się za emanacje Awalokiteśwary, Bodhisattwy Współczucia. Inkarnacje Karmapy odradzają się do dziś, a każda z nich przepowiada następną.

    Linia inkarnacji Karmapów
    1.Karmapa Dysum Khjenpa (1110-1193)
    2.Karmapa Karma Pakszi (1203-1283)
    3.Karmapa Rangdziung Dordże (1284-1339)
    4.Karmapa Rolpai Dordże (1340-1383)
    5.Karmapa Deszin Sziekpa (1384-1415)
    6.Karmapa Thongła Dynden (1416-1453)
    7.Karmapa Ciedrak Gjamtso (1454-1506)
    8.Karmapa Mikjo Dordże (1507-1554)
    9.Karmapa Łangciuk Dordże (1555-1603)
    10.Karmapa Ciejing Dordże (1604-1674)
    11.Karmapa Jeszie Dordże (1676-1702)
    12.Karmapa Dziangciub Dordże (1703-1732)
    13.Karmapa Dydyl Dordże (1733-1797)
    14.Karmapa Thekciok Dordże (1798-1868)
    15.Karmapa Khakhjab Dordże (1871-1922)
    16.Karmapa Rangdziung Rikpi Dordże (1923-1981)
    17.Karmapa Ogjen Trinle Dordże (ur.1985)

    Co daje do myślenia, to że według tych przepowiedni ma być 1000 Buddów a dopiero było ledwo 4 i to na przestrzeni milionów lat. Odnosić się to może do kolejnych cywilizacji ludzi jakie zajmą nasze miejsce w przyszłości aby przechodzić cykle rozwoju – w obliczu przejścia obecnej ludzkości na nowy poziom duchowy i odrzucenia materii innego wyjaśnienia nie widzę. Trudno jednakże wyrokować kiedy pojawi się piąty Budda i kto nim będzie. Ostatni żył 2500 lat temu, to dość dawno.

    [http://pl.wikipedia.org/wiki/Budda]
    [http://mahajana.net/mistrzowie/dawni/budda_siakjamuni.html]
    [http://www.benchen.org.pl/karmapa2.htm]

    Wszyscy spośród tysiąca Buddów naszej dobrej kalpy osiągną Przebudzenie właśnie tutaj. Ci, którzy przejawili się do tej pory: pierwszy Budda naszej kalpy, Krakuczanda, drugi Budda Kanakamuni, następnie Budda Kaśjapa i wreszcie Budda naszych czasów, Siakjamuni – wszyscy oni osiągnęli Przebudzenie w Bodh Gai.
    http://buddyzm.eu/index.php/en/nauki-kjabdzie-tengi-rinpoczego-online/708-historia-kagju-mynlam

    hobbista.pl/wiedza/Budda__708

    • Te informacje są bardzo różne w różnych źródłach. Gdzieniegdzie jest podawany jako siódmy, a nie drugi. Gdzieniegdzie mówi się, ze były ich już setki i nie wymienia się ani dat ani imion.
      To jest to samo co w chrześcijaństwie – mnożenie bytów ponad potrzebę, a raczej z potrzeby wynikającej z Pośrednictwa. Charakterystyczne jest że nikt nigdzie i nigdy nie napisze – NIE WIEMY, NIE WIEM – ilu było ilu będzie. Oni zawsze wszystko wiedzą i ogłaszają z pewnością, z całą pewnością.

      Mechanizm zastosowany w buddyzmie jest taki sam jak w chrześcijaństwie, tylko że w chrześcijaństwie księża mówią o grzechu, a w buddyzmie mnisi i mistrzowie mówią o „błędzie i niezrozumieniu”:
      „….
      Gdybyśmy nie grzeszyli to księża zasilili grono bezrobotnych

      Grzech to taki sam towar/produkt, jak narkotyki/prostytucja/bieda

      Grzechu nie ma to sztuczne wytworzony towar/produkt, który ma nas wpędzić w poczucie winy – po to by cała rzesza kapłanów rozgrzeszając nas – miała świetną pracę/nieograniczone przywileje i mogła stawiać się w roli Boga za pieniądze najbiedniejszych.

      Bóg ustanowił tylko jedno prawo – Prawo siewcy – co zasiejesz to zbierzesz – innego prawa nie ma.

      Boskie prawo opiera się na – przyczynie i skutku a nie bezkarnym grzeszeniu/odpuszczaniu grzechów.

      A więc ten, kto sieje perz a zbiera pszenicę musi ją ukraść – innej możliwości nie ma

      – i każdy, kto nam wmawia, że jest inaczej jest malwersantem żerującym na naszej naiwności/braku zdrowego rozsądku.
      Wpajając naszym dzieciom prawa bezkarnego grzeszenia/odpuszczania grzechów bez ich konsekwencji czy dając publiczne przyzwolenie na bezprawie i łamanie zasad moralnych, sprawiamy, że w przyszłości/dalszej konsekwencji kręcimy bat na naszych najbliższych i samych siebie
      –przymykając oczy na sprzedajne sądy/pedofilie/malwersacje/etc. elit/hierarchów nie możemy mieć pretensji jeżeli ktoś pobije/zamorduje/zgwałci naszych najbliższych mas samych – bo jesteśmy współwinni przestępstw/zbrodni, które zawdzięczamy prywacie i krótkowzroczności….”
      B.W.

      To doskonałe syntetyczne ujęcie ma zastosowanie także do buddyzmu z jego ideą „cierpienia” i „pomocnej dłoni, która cię z cierpienia wyzwala”. W tym tekście powyżej, wymienione zostały dwa Prawa Wiary Przyrodzonej, czyli Prawa Naprawdę Działające, które warto dla swego dobra i osobistego powodzenia rozpoznać:

      Bóg ustanowił tylko jedno prawo – Prawo siewcy – co zasiejesz to zbierzesz – innego prawa nie ma.

      Boskie prawo opiera się na – przyczynie i skutku a nie bezkarnym grzeszeniu/odpuszczaniu grzechów.

      A więc ten, kto sieje perz a zbiera pszenicę musi ją ukraść – innej możliwości nie ma

      Ja dorzuciłbym inne zasadnicze Prawo Człowieka i Każdej Istoty: Życie jest Przyjemnością, Żyj przyjemnie nie szkodząc sobie i innym Istotom.

      To naprawdę jest dla Wiary Przyrodzonej Słowiańskiej bez znaczenia ilu było królów i buddów oraz jak się który nazywał. Tego typu mitologiczne fakty nie mają żadnej wagi filozoficznej. Ilu było władców, ilu było buddów? Możemy próbować zanurzyć się w przeszłość i coś odtworzyć. Ktoś może odtworzyć i zinterpretować inaczej jeśli potrafi przeprowadzić proces logiczny. „Ktoś” może wierzyć we 2wszystko co wymyśli bez potrzeby zastosowania logiki i oparcia się o źródła.

      Nauka to też system wierzeń, weryfikowanych w jakimś zakresie. Tam gdzie nie ma łańcucha dowodów logicznych, tam gdzie koncepcja się załamuje i staje wewnętrznie sprzeczna, tam gdzie jest oparta wyłącznie na gdybaniu, albo na OBJAWIENIU (jak w wypadku tychże 1000 buddów – bo dlaczego nie 100 000? Albo jak w wypadku Opowieści Biblijnych czy Nowego Testamentu chrześcijan) ja widzę nieudaną, chybioną konstrukcję, dziurawą koncepcję, albo wymysł wyssany z palca. Kto chce może w to wierzyć. Kto chce żyć w niewoli niech pozostanie niewolnikiem pośredników.

      Zwróćmy uwagę że dotyczy to wszystkiego – weryfikujemy Jezusa jako postać historyczną, jako zastępczy symbol Słońca, Syna Światła Świata, Boga Kiru Jassnego-Jesiennego, albo jak Bogowiepolscy.net widzimy w Jessie Najwyższego boga, bo tak zrekonstruowaliśmy przeszłość ze strzępów stosując logikę. Ale to tylko nazwa, którą różnie rozumiemy a nie system filozoficzny, który jest jeden i ten sam. Nazwa Najwyższego w Hinduizmie inna, gdzie indziej inna – ale pojęcie to samo. Siła Sprawcza.

      Istotne naprawdę jest: Po co to wszystko? Dla siebie, dla JA, dla puszenia się, dla mądrzenia się, dla zlikwidowania osobistego problemu, osobistego cierpienia, wyzwolenia się z nie chcianej sytuacji. Czy dla wygodnego życia jako pośrednik-pasożyt, czy dla utrzymywania systemu Pan-Niewolnik i posiadania władzy, czy dla innych egoistycznych, albo antyspołecznych celów. Dla własnej doskonałości – jak w klasztorach katolickich czy buddyjskich.

      Czy dla dobrego bytowania TERAZ i dalszego istnienia w PRZYSZŁOŚCI wszystkich Istot Żywych i całej Planety Ziemia?

      Dla mnie sens ma tylko to ostatnie.

      Jeżeli ktoś się chce od kogoś czegoś nauczyć (jak Germanie od Słowian), ale nie po to by żyć przyjemnie nie szkodząc sobie i innym, lecz po to by (jak Germanie, Żydzi, Post-Rzym, Post Judeo-Rzym) szkodzić innym i czynić z nich niewolników, i manipulować dla własnych korzyści, dla własnego EGO – to otrzyma zgodnie z Prawami Natury prędzej czy później taką zapłatę jaki uczynił posiew. Nie ma tutaj żadnych rozgrzeszeń i możliwości „wybiegu” przez kłamstwo wobec Praw Przyrody.

  20. Czytając „Zprowokowanego” każdy dojdzie do wniosku, że Słowianie to ludność napływowa i łupieżcza. A skoro po wypowiedziach innych osób widać, że wszystko co dobre powstało na ziemiach sowriemiennej Polszy, to warto uznać, że my Polacy to potomkowie Wandalów, Nordyków, Celtów, Bałtów, a w ostatnim okresie dopiero Słowian. Wilk syty i owca cała. I ku prawdzie będziemy bliżej. Z niecierpliwością czekam na wasze miny, gdy okaże się, że po zbadaniu reprezentatywnej grupy ludności Polski, oraz po badaniach wykopaliskowych okaże się, że R1a jest mało a I oraz R1b całkiem sporo.

    • Nic takiego okazać się nie może. To przesądzone już teraz. Genetyka jest bezlitosna i ścisła w matematycznym znaczeniu tego słowa. Przekreśla wszelkie spekulacje o teraz i o przeszłości. Kto nie uznaje jej wyników staje się wyznawcą nienaukowej „wiary”, nie ma tym samym szans dotrzeć no naukowej prawdy.

    • Ale tu nikt nie zaprzecza, że Słowianie uczestniczyli w wyprawach łupieżczych. Stwierdzamy tylko fakt, że my Polacy i inni Słowianie pochodzą z jednej linii genealogicznej do której należeli Ariowie, Scytowie, Sarmaci, Wandale, itd… Ludy/Plemiona te miały podstawowy wpływ na kulturę, naukę, wierzenia naszej cywilizacji na północnej półkuli planety Ziemia. Nauka „Zachodnia” swoimi „badaniami” do końca XX w. stwierdzała jednoznacznie, że cała kolebka naszej cywilizacji mieściła się w 4 miejscach: basen Morza Śródziemnego, międzyrzecze Eufatu i Tygrysa, Półwysep Indyjski i Chiny. Zachód zawłaszczył sobie osiągnięcia cywilizacji Morza Śródziemnego a nam Słowianom nie wolno było się dołączyć do tych osiągnięć. Nastąpił przełom mimo woli nauki „zachodu” tzw. odprysk pewnego programu badawczego który został utworzony po koniec lat 70 XX w. Program ten miał na celu zbadanie wędrówek ludzi badając pewien wycinek kodu genetycznego. Na ten program wydano setki milionów dolarów i osiągnięto cel: odtworzono wędrówkę plemion/ludzi. Równolegle nowoczesne technologie usprawniły badania archeologiczne które skuteczniej odnajdują tajemnice przeszłości. Od ostatnich paru lat po skojarzeniu odkryć na terenie centralnej Azji, Uralu, Centralnej i Wschodniej Europy z pewnym kodem genetycznym naukowcy stwierdzają, że była jeszcze piąte miejsce kolebki cywilizacji, mało tego ta kolebka dała „życie” innym centrach cywilizacji wymienionych wyżej. Ta piąta kolebka to życie, ciężka praca i heroiczna walka naszych pradziadów nazwanych dzisiaj Prasłowianami. Kto dzisiaj się z tym nie zgadza to jest ignorantem albo głupcem.

      • To nie sa ignoranci i glupcy. Oni wiedza co falszowali, falszuja i za wszelka cena beda to chcieli nadal robic. To zaklamani do szpiku kosci nienawistni psychopaci, z krwia milionow Slowian i innych Ludzi na ich rekach. To corki i synowie mordercow, manipulatorow i zdrajcow, wychowani na ludobojczej ideologii i za wszelka cene musza trzymac linie i nie doposcic, zeby ta wiedza sie rozpowszechnila, bo wtedy ich budowany od stuleci barbarzynski mit peknie jak banka mydlana. To sie stanie pewnego dnia, nieuchronnie, bo Natura jest po naszej stronie.

        Chce dozyc tego pieknego dnia, gdy to sie stanie i moc z duma powiedziec moim Potomkom: „Zrobilem wszystko co moglem, zeby ten dzien nadszedl! Niescie Wiedze nastepnym pokoleniom i badzcie dumni i szczesliwi!”
        Im Nas Swiadomych tego o czym napisales, bedzie wiecej, tym ten dzien szybciej nadejdzie!
        Tylko od Nas samych zalezy, jak szybko to sie stanie, bo ze to sie stanie, nikt z nas nie moze miec zadnych watpliwosci!

        SLAWA! SLAWA! SLAWA!

    • Vandalorum,

      nie czytasz mnie, tylko teksty innych autorow, ktore zamieszczam i zawsze podaje linki do zrodel.
      Dziwne, ze ja i inni wyciagaja z tych samych danych, zupelnie przeciwstawne wnioski. Uprawiacie i jak widac wyznajecie dialektyke marksistowska. Wyglada na to, ze dla ciebie jak i dla sceptykow i spokojnych wszystko jest na odwrot. Dla was na sile biale zawsze bedzie czarne i nikt wam nie powie, ze biale jest biale a czarne jest czarne, ze zacytuje jedynego z was, prawdziwego Polaka. Czy i ty stales tam, gdzie stalo zomo? A moze byles jeszcze za mlody, zeby sobie z nimi hasac i robisz to teraz? Tak sobie rekompensujesz jakies swoje kompleksy?

  21. „To wszystkie ludy Ziemi rozprzestrzeniły się po całym świecie, właśnie z Indii, a nie odwrotnie, jak to usiłują dowieść obecni pseudonaukowcy przeciwni wedyjskiej koncepcji pochodzebnia ludzkości z Indii.
    Najpóźniej opuściły Indie (Bharata) ludy indoeuropejskie, a spośród nich ludy słowiańskie, o dziwo z językiem polskim na czele. A na samym końcu Cyganie, będący zniekształconym reliktem dawnych dialektów Indii spokrewnionych z sanskrytem. Mnie osobiście zadziwia śmiała hipoteza wynikająca z pokrewieństwa języków indoeuropejskich ze starożytnym sanskrytem oraz jego odmianami, jest nadzwyczajne a nawet największe podobieństwo języka polskiego do na w pół wymarłej odmiany sanksrytu pali, używanego wyłącznie na Cejlonie. Zadziwiające, prawda?! ”
    http://forum.waisznawa.pl/viewtopic.php?f=7&t=2026

  22. Podważanie teorii o aryjskiej inwazji i ponowny przegląd staroindyjskiej historii:
    http://www.nama-hatta.pl/articles.php?article_id=409
    Bardzo mocne dowody wg naukowców indyjskich, fajnie by było porównać z badaniami i wnioskami dotyczących Ariów opracowanych przez naukowców słowiańskich i wyciągnąć wnioski (Na razie stawiam na to, że każdemu bliższa ciału koszula 😉 )

    • To teraz bardzo modne wśród Hindusów, ale nie dziwne, zwłaszcza że tak długo ich poniżano a są naprawdę wspaniałą i starą i tradycyjną, sxzanującą przeszłość kulturą. Fakty jednak przeczą ich teorii, nie da się zaprzeczyć wyjściu R1a1 znad Wisły w kierunku Iranu i Indii w II wędrówce ok 1800-1500 pne i dotarciu tam oraz ustanowieniu braminizmu.

  23. Moim marzeniem jest to aby kiedyś ktoś odkrył wielką jaskinię (np.: w Masywie Ślęży, Gór Sowich czy G, Świętokrzyskich) w której byłyby artefakty dajacy nie podważalny dowód, że tu żyli Ariowie o wysokim zaawansowaniu cywilizacyjnym. Oj co by wtedy się działo …. 😀

    • Moim tez, ale znajac zycie taka jaskinia znajduje sie w Watican City… nazywa sie skarbiec watykanski i jest pilnie strzezona, aby nic sie z niej nie wydostalo na swiatlo dzienne 🙂

      Slyszeliscie, ze jak kiedys robili wykopaliska w rzekomym grobowcu tzw sw. Piotra, bo chcieli znalezc kosci tzw. sw Piotra, to…dokopali sie do szkieletow… roznych ludzi i zwierzat, min. wielu mezczyzn, kobiet, swin i myszy! Czyli, ze gora znow udodzila mysz. Typowa watykanska zaklamana PUSTKA.

      http://pldocs.docdat.com/docs/index-4943.html

      „Federico Folconi Watykan za zamkniętymi drzwiami”

      Profesor Guarducci wyjaśniła w ten sposób definitywnie tajemnicę, którą od wieków zajmował się Watykan, ale też w nad wyraz przykry sposób naraziła się watykańskim władzom.

      Od wieków bowiem w Bazylice św. Jana w Watykanie przechowywano w srebrnej kapsule „czaszkę św. Piotra”, której miliony wiernych oddawały cześć. Raport końcowy Guarducci dowodził, że chodziło tu o fałszywą relikwię. Kiedy papież Paweł VI ogłosił, że odkryto szczątki św. Piotra, nie wspomniał w ogóle o tej czaszce. Nie wspomniał też nazwiska profesor Margherity Guarducci.

      • Z mojej strony była to prowokacja 😉 bo taka tejemnicza jaskinia istnieje nawt kiedyś widziałem w internecie filmik z wyprawy ale wszytko zalane wodą. Jaskinia ta leży u podnóży Krzyżowej Góry (Łysiec) ok. 300 m od klasztoru w kierunku masztu przekaźnikowego. Pochodzenie tej jaskini szybko było ustalone przez twórców tego filmu, że to rezerwuar zapasowej wody dla klasztoru. Tylko dla czego z tego się robi taką tajemnicę, na miejscu dwa lata temu byłem, zapyałem się o ten zbiornik żaden przewodnik nie potrafił odpowiedzieć a tamtejsi mieszkańcy(czyt. mnisi) – nic nie wiedzą…Boją się chyba, że ktoś trucizny wleje do tej wody 🙂

  24. Cyt:
    [Fakty jednak przeczą ich teorii, nie da się zaprzeczyć wyjściu R1a1 znad Wisły w kierunku Iranu i Indii w II wędrówce ok 1800-1500 pne i dotarciu tam oraz ustanowieniu braminizmu.]

    Takich dowodów nie ma, by takie sie pojawiły trzeba znać rozmieszczenie R1a z czasów przed jej rozdzieleniem się na podgrupy. Logika podpowiada, że musi to być teren w środku pomiędzy nimi,

    Natomiast bliskość językowa tak odległych grup ludności świadczy o tym, że kiedyś stanowili oni jednośc językową oraz o tym, że ta pierwotna podgrupa była w radykalny sposób odrębna od innych.
    Przy czym uwzględniajać np. zasięg sznurowców i uznajac, że ci sznurowcy należeli do indosłowiańskiej grupy językowej rozległość ta jeszcze bardziej się zwiększa.
    http://vpx.pl/i/2013/04/12/F1_large.jpg

    Uznanie sznurowców za członków tej grupy jezykowej jest wśród allo zwalczane, ewentualnie celowo przekierowywane na fałszywe tory, natomiast nie ma innego wyjścia, jak zaliczyć sznurowców do tej grupy. Najprawdopodbniej kulturę grobów jamowych również nalezy do niej dołączyć. Można zauwazyć jak ten pas szeroki na tysiące kilometrów łączy się z innymi kulturami w azji.

    Czyli tym czymś po środku jest kultura andronowska..

    Pozostaje tylko ustalić chronologię, czy aby nie jest tak, jak to sobie mniemam, że migracja, czyli uskutecznione i trwałe rozejście się nastąpiło przed wybuchem kultury andronowskiej.

    Jeśłi tak, wówczas wcale nie musi to oznaczać, że tym centrum migracyjnym jest ta kultura, a jedynie, że może być, albo znajduje sie ona najbliżej tego centrum. Trzeba czekać na badania archeologicznego DNA.
    I wbrew pozorom niczego nie zmienia fakt, gdyby okazało się, że r1a nie stanowiło tam 100%, a na przykład 90%… ani to, że część z tych r1a zmieniła na przestrzeni tysięcy lat język na inny itd itd

    • Robert said, on 12 Kwiecień 2013 at 9:24

      Cyt:
      [Fakty jednak przeczą ich teorii, nie da się zaprzeczyć wyjściu R1a1 znad Wisły w kierunku Iranu i Indii w II wędrówce ok 1800-1500 pne i dotarciu tam oraz ustanowieniu braminizmu.]

      „Takich dowodów nie ma, by takie sie pojawiły trzeba znać rozmieszczenie R1a z czasów przed jej rozdzieleniem się na podgrupy. Logika podpowiada, że musi to być teren w środku pomiędzy nimi,”

      Dalej piszesz rozsadnie, ale i tak widzisz tylko to, co chcesz zobaczyc… „Dowodow nie ma”… itd… czyli ilosc R1a i pochodnych odmian, ktora jest znana wsrod roznych ludow to nie dowod… Kopalnego DNA rowniez nie ma… Eulau masz na swojej mapce… Scytyjskie R1a1a tez jest ci nie znane…. a pokrywa sie ze sznurowcami z twojej wlasnej mapki… ech…

      Niewierny Tomaszu, sam wlozyles palce do tej rany, publikujac twoja mapke, ale i tak „nie widzisz” na to, czemu przeczysz zadnych dowodow… hehehe, niezle pokretne…
      Ja widze, ze dla ciebie wszystko jest ok, ale nic nie moze to byc „polskie”…tj. nie moze sie wywodzic z terenow dzisiejszej Polski (i nie tylko)… dobrze, ze chociaz nie proponujesz i nie forsujesz allo-rasistowskiego klamstwa. Piateczka.


Warning: Undefined variable $required_text in /home/bialczynski/public_html/wp-content/themes/confit-child/comments.php on line 69

Dodaj komentarz

Zaloguj się lub zarejestruj aby komentować bez podpisywania i oczekiwania na moderację (od drugiego komentarza).

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.