
Niniejszym rozpoczynamy publikację w odcinkach książki Rafała Kopko Orlickiego HELIOPOLON, poświęconej teorii lingwistycznej wiążącej najkrótsze fonemy i głoski z wibracjami Wszechświata, nad którą to teorią Autor pracował od wielu lat. Obecnie uznał, że nadszedł czas upublicznić ją w takim kształcie w jakim się znajduje, przed jej wydaniem drukiem.
Polecam do przeczytania w całości wszystkim zainteresowanym tematyką języka źródłowego i astrolingwistyki, kwantolingwistyki, kosmolingwistyki, psycholingwistyki, jak też prezentowanej tutaj heliolingwistyki, a wreszcie najzwyklejszej Lingwistyki Pełnej (w rozumieniu Nowej Filozofii Przyrody), która objawi się i zaistnieje w niedługiej przyszłości.
Czesław Białczyński

© copyright by Rafał Kopko Orlicki
Od Autora
Szanowni Państwo!
Drodzy czytelnicy bloga: bialczynski.pl
Z uwagi na moje wieloletnie publikowanie własnych artykułów dotyczących kultury słowiańskiej, pochodzenia Polaków, również społecznych, gospodarczych i politycznych zwykle w duchu demokracji bezpośredniej, a także kilku tysięcy postów jakie na tych stronach zamieściłem w docenieniu ducha tego portalu i wielkiej pracy słowiańskiej, patriotycznej, pro polskiej, jaką prowadzi właściciel bloga Pan Czesław Białczyński, zwróciłem się do niego z propozycją zamieszczenia w tym miejscu, częściowo, pierwszego przed-wydania mojej książki o pochodzeniu znaków graficznych zwanych cyframi arabskimi. Kilka lat temu dałem znać otwarcie o moich badaniach, publikując filmy „o pochodzeniu cyfr” na własnym kanale Youtub; ORLICKI TV, wprowadzające do pochodzenia Słowian, dowodzące na ogół trafnie w stosunku do najnowszych badań, jaka była nasza droga przybycia do krainy zwanej dzisiaj Polską.
Teraz uznałem, że czas już zakończyć moje badania (chociaż te się chyba nigdy nie zakończą całkowicie), a przede wszystkim wyciągnąć z nich okresowe wnioski i opublikować własną teorię, która kłębi się w moim umyśle i buduje odpowiednie rozdziały tej książki, od kilkunastu lat. Bo też od kiedy pisuje na tym blogu, a jest to chyba około 15 lat, to czynię to głównie w postach, zamieszczając jawnie fragmenty mojej teorii. Posty są jednak mało zauważalne, tylko dla dociekliwych. Pisałem w nich o morfemach jako rdzeniach słowotwórczych dla najważniejszych terminów polskich, w tym nazwy Polacy, Lechici i innych. Zauważyłem, że przez ostatnie lata, ta wiedza wspierana przez właściciela bloga, została podchwycona przez niektórych youtuberów i teraz oni sami głoszą swoje teorie, jakby na nie wpadli przypadkowo. Ale to nie ważne, dobrze że coś się dzieje, ziarna wydają plon, nie zawsze zdrowy pod względem poprawności ich teorii, ale zawsze jest to cenne pole do rozwoju bo każda teoria rodzi postęp poprzez badania, krytykę, znajdywanie prawidłowości lub ich braku; prawdy obiektywnej.
Książka jaką tutaj publikuję, będzie zamieszczana w odcinkach i nie cała, zaczynając od najistotniejszych szczegółów mojej teorii. Aby już nikt nigdy więcej nie przejął mojej pracy, wieloletniego wysiłku intelektualnego. W tym celu od razu uderzę w serca Polaków zainteresowanych wiedzą o naszym statusie w Europie, całą moją hipotezą, publikując kształt znaków jakie już ujawniam w samej okładce, oraz ich etapy ewolucji, pra-nazwy i znaczenie opisowe. Myślę, że jednak nie tylko w nie, bo pochodzenie cyfr jakie zdominowały cały Świat, ich pierwotne znaczenie, interesować będzie wielu Ziemian, nie tylko Polaków.
A więc będę tutaj publikować niektóre fragmenty mojej książki, ciągle w dopracowywaniu, do której stale mam samokrytyczne zastrzeżenia i staram się wszystko udoskonalić.
Nie opublikuję na tych stronach wszystkiego, bo tak duża praca powinna stać się materiałem dającym mi jakąś gratyfikację finansową z pomocą duchowej, bożej opatrzności jaka mnie skierowała na ten kierunek nauki, co zaskutkuje zapewne kolejną moją pracą dla Polski, następnym upublicznionym odkryciem jakie już mam w zanadrzu lecz brakuje jeszcze środków na jego realizację, ujawnienie, wdrożenie.
Pozdrawiam wszystkich Państwa gorąco i zapraszam do zamieszczania swoich postów pod zamieszczanymi odcinkami fragmentów mojej książki. Po to między innymi publikacja ta jest tutaj zamieszczana, aby zapoznać się z państwa krytycznymi uwagami. Proszę jedynie aby były merytoryczne. Nie obrażę się na nikogo. Potem je wykorzystam w swojej książce, może w audiobooku jako uwagi lub zapytania od czytelników.
Wszelkie prawa do tej publikacji są zastrzeżone wyłącznie na osobę autora, czyli Rafał Kopko – Orlicki z prawami według ustawy o prawie autorskim, dziedziczonymi przez najbliższą rodzinę. Ale zezwalam Państwu, na posługiwanie się całymi materiałami zamieszczonymi na stronach tego bloga, w tym grafiką okładki również mojego autorstwa, również nazwą teorii mojego autorstwa jaka stanowi główny tytuł książki czyli HELIOPOLON, z wyłączeniem publikacji dla celów dochodowych, komercyjnych i pod warunkiem podania ich autora w każdym cytowaniu, czyli mej skromnej osoby. Każdy, kto zainteresuje się tą tematyką, kto chciałby w przyszłości zakupić książkę, e-book, audiobook a może i drukowaną cyfrowo, jest proszony o zamieszczenie swojego postu pod dowolnym odcinkiem z adnotacją; jestem zainteresowany cała książką. To pozwoli mi rozeznać się w skali narastającego zainteresowania. I proszę kierować znajomych Polaków na te strony, aby również mogli zastanowić się nad czymś niezwykle ważnym dla ich dziejów, mowy i kultury przodków, lub choćby tylko po to, aby szybko i prosto nauczyli swoje małe dzieci rozumienia, zapisywania i posługiwania się podstawowymi cyframi.
Autor

Omówienie (na okładce)
Czy to możliwe, że znaki, którymi posługujemy się każdego dnia, kryją w sobie kosmiczny szyfr sprzed tysięcy lat? Teoria „HELIOPOLON” to rewolucyjne spojrzenie na pochodzenie i znaczenie cyfr arabskich oraz liter łacińskich. Udowadnia ona, że u zarania cywilizacji, część pisma stanowiąca znaki liczbowe – cyfry, powstała jako precyzyjny zapis ukrytej w dźwiękach ich nazw geometrii światła i ciemności; odwiecznego cyklu dnia i nocy. Ten pierwotny kod, zrodzony ze staroeuropejskiej macierzy językowej, odcisnął swoje niezatarte piętno w mowie różnych narodów i całej ludzkiej twórczości: od gestów, symboli, przez architekturę, ornamentykę dawnej odzieży, kulty religijne, aż po zdobnictwo urnowe, matematykę i informatykę.
Kluczem do odczytania tej zapomnianej prawdy okazuje się mowa oraz kultura rdzennego ludu w środkowej Europie, narodu polskiego, która w najbardziej nienaruszony, reliktowy sposób przechowała te źródłowe znaczenia. Na podstawie najnowszych odkryć z zakresu archeogenetyki i lingwistyki oraz innych dziedzin, książka ta bezkompromisowo dowodzi autochtonizmu Polaków na ziemiach środkowoeuropejskich. Odrzucając narzucone dogmaty historyczne, autor przypomina, że na tych terenach nie było żadnych starożytnych Germanów. Ten rzymski termin; „Germania”, nie odnosił się w zamierzchłych czasach do nordyckich i frankońskich przodków dzisiejszych Niemców tylko do obszaru Europy, zbiorowiska różnych ludów, w tym dominujących na nim Prasłowian; Wenedów. Dlatego też, na długo przed powstaniem niemieckiej państwowości i zdolności do zjednoczenia niemieckich księstw, budowanych przez Franków na ziemi podbijanych i niewolonych Słowian Połabia, obok, prężnie rozwijało się w centrum Europy potężne dziedzictwo prasłowiańskie, którego zwieńczeniem było lechickie imperium polskiego króla Bolesława Chrobrego.
Idąc śladem polskiego odkrywcy Mikołaja Kopernika, który w nauce przeniósł Słońce do centrum naszego układu planetarnego, oraz dwukrotnie wyróżnionej nagrodą Nobla a pierwszej kobiety, Polki, Marii Skłodowskiej-Curie, która na cześć Ojczyzny nazwała „polonem” pierwiastek świecący własnym, ukrytym światłem, Teoria HELIOPOLON stawia Słońce w samym centrum ludzkiego języka i jego znaków graficznych, ukrytych w cyfrach. To fascynująca podróż przez lingwistykę, anatomię symboli językowych i zakazaną historię, która na zawsze zmieni Twój sposób patrzenia na otaczający świat.
Odtąd, kiedy spojrzysz na cyfrę 1, będziesz zawsze pamiętał, że oznacza ona porę dnia, jasność, czas pierwszy. A kiedy będzie to cyfra 2, będziesz myślał o porze nocy jako cieniu dla części Ziemi, czasie drugim. Każda kolejna cyfra czyli symboliczny znak i wyrażana mową przypisana mu liczba stanie się zrozumiałą kombinacją obu pierwszych, wywiedzioną z odszyfrowanego w języku polskim prakodu światła!
Język polski nie jest tak powszechny na świecie jak język angielski, rozpowszechniony dzięki brytyjskim koloniom, których Polacy nigdy nie mieli, a mimo to, dzięki swej logiczności i precyzji, wyraźnie przewyższa angielski jako język najbardziej przydatny do nauczania sztucznej inteligencji (AI) spośród wszelkich języków świata. Jeśli takich danych dostarcza oficjalna analiza naukowa przeprowadzona w 2026 roku, tym bardziej wielce prawdopodobna staje się Teoria HELIOPOLON, sugerująca jeszcze większą wartość opisową języka polskiego, dla zjawisk natury i wywiedzionych z nich nazw liczebników. Przypisuje ona jego miękkim, świszczącym i szeleszczącym głoskom, tak dla niego charakterystycznym, występującym w wielu terminach, często funkcję słowotwórczą jako rdzeniom foniczno-morfemicznym o cechach fizyko-kosmicznych, obrazujących cykl: światło > ciemność i cień / dzień > noc. A przecież mowa ludzka zaczęła się właśnie od naśladownictwa dźwięków natury i nadania im jej znaczeń w pierwszych fonemach, morfemach, rdzeniach, najkrótszych wyrazach. Czyżby podstawowe zjawiska towarzyszące człowiekowi, zwykle fizyczne, jak; jasność i ciemność, czy jak ciepło i zimno, jak suchość i wilgoć, jak cisza i głośność, jak nisko i wysoko, jak płasko i nierówno, jak miękkość i twardość, nie miały żadnego wpływu na ukształtowanie fundamentalnych rdzeni ludzkiej mowy? Wydaje się to wielce nieprawdopodobne, a jednak oficjalna nauka nie dostrzega tego braku w lingwistycznej interpretacji wyrazów, w opisaniu języka źródłowego. Tych wyjściowych dźwięków i terminów jednogłoskowych zwykle nie odtwarza nawet hipotetycznie. Dwugłoskowe uznaje lecz bardzo skromnie. I zawsze potrzebuje dla takich rdzeni podobieństwa w jakimś innym języku, regularnych zmian w tych językach, co może być wielkim błędem w przypadku wielu terminów polskich. Najważniejsze jednak, że nauka tak polska jak i zachodnia, nie wyklucza istnienia prardzeni mowy w postaci jednogłoskowej lub dwugłoskowej, czyli najkrótszych postaci dźwięków, jakimi człowiek nazywał swoje otoczenie nie tyle od zaistnienia na Ziemi, co od nabycia zdolności generowania dżwięków fonacyjno-artykulacyjnym aparatem mowy (krtań, język, wargi, żuchwa, podniebienie, zęby), jeszcze mało sprawnym, wyrzucającym wyłącznie krótkie wyrazy.
W głęboki, dociekliwy sposób, sięgający do wielu źródeł i poszlak, Autor bada wyrazy zajmując się tematyką liczb, światła i ciemności, dnia i nocy. Rozbijając je w bardzo prawdopodobne formy wyjściowe. Znajdując w nich logiczną zgodność opisową dla tak zaprojektowanych wyrazów, nadaje im swoją gwiazdkę * jako oznaczenia dla odtworzonej postaci, formy teoretycznej. Jeśli chcesz się zastanowić czy odkrywczy instynkt i intuicja badacza nie zawiodła Autora w możliwym opisie funkcji i brzmienia pra-jednostek czasu i nazw pierwszych liczb i ich kształtu, sięgniesz do tej książki. Nawet jeśli gdzieś są możliwe błędy, będziesz mógł/mogła skrytykować merytorycznie lub docenić Autora, wchodząc aktywnie w obszar tego odkrycia i nauki, jej historii. Jak w każdej teorii nawet największym umysłom zdarzają się pomyłki i niedokładności.
Ale zastanów się! Bo na zawsze możesz już przyjąć znaczenia liczb zupełnie inaczej niż dotąd je czytasz czy wymawiasz, zapamiętując odtąd ich przemienne znaczenie na osi czasu. Tak naturalnie, że zdziwisz się, iż dotąd nikt tego nie odkrył zanim nie wziął się za nie Rafał Kopko – Orlicki, stawiając naród polski i jego mowę, na korzeniach jego bałkańskich przodków – staroeuropejczyków, łowców i zbieraczy a później pierwszych rolników Europy, których przodkowie z kolei przybyli kiedyś z Bliskiego Wschodu i Afryki jak i korzeniach stepowców – pasterzy i konnych wojowników, przybyłych później z Euro-Azji, jeszcze wyżej w nauce i hierarchii wpływu na budowanie ludzkiej cywilizacji.
Bo mowa jest jej największym dokonaniem, a nazwy liczb do niej należą. Pierwotne znaki liczbowe czyli cyfry jakie Autor omawia i nierozdzielnie wiąże z ich pra-nazewnictwem staroeuropejskim, są formą pierwszego pisma, a pismo jest kolejnym, największym wynalazkiem ludzkości po mowie i rozpalaniu ognia.

Wstęp
Niniejsza praca jest owocem piętnastu lat moich badań. Przedstawiam w niej autorską, interdyscyplinarną koncepcję badawczą, Teorię Heliopolon, która rzuca nowe światło na genezę, geometrię oraz pierwotne znaczenie uniwersalnych znaków i linearnych pism ludzkości. Analizuję znaki rozwinięte w kręgu kultury europejskiej, których korzeni poszukuję w dziedzictwie staroeuropejskim, często łączonym z tradycją etruską, vinczańską lub wenedyjską. Szczególne miejsce zajmuje tu lingwistyczno-semantyczna analiza ewolucji tak zwanych cyfr arabskich, powszechnie wiązanych z tradycją indyjską, a także ich nazw w językach europejskich, zwłaszcza słowiańskich, romańskich i germańskich, oraz w sanskrycie. Przedmiotem mojej analizy są również wybrane litery alfabetu łacińskiego, istotne dla ukazania relacji między dźwiękiem, znaczeniem i formą graficzną znaku. Autorska nazwa „Heliopolon” stanowi metodologiczną i symboliczną klamrę całej koncepcji. Łączy ona dwa filary: kosmiczny oraz rodowo-europejski. Pierwszy człon, „helio”, pochodzi od greckiego słowa „helios”, czyli „Słońce” i „światło” z racji mojego wielkiego szacunku dla Hellenów (Greków) przez jakich przyszłe ziemie przeszli w drodze do Europy przodkowie bałkańskich staroeuropejczyków. Co potwierdza odkrycie przez polskich archeologów, najstarszych śladów kończyn człekokształtnych istot na ukochanej Krecie, gdzie docierali tak starożytni Achajowie jak i nowożytni Słowianie w falach migracji, wpływając na czerpanie przez Hellenów z ich kultury i legend, mowy, znaków. Bo też wspaniali Hellenowie nie wymyślili wszystkiego sami, acz wiele doniosłych odkryć cywilizacji europejskiej nastąpiło już bezpośrednio w Helladzie. Teoria ta, odnosi się do świetlistego kodu, który, według mnie, został utrwalony w kształtach znaków liczbowych, ich fonetyce oraz nazwach opisujących odwieczną grę jasności i ciemności. Drugi człon, „polon”, nawiązuje do promieniotwórczego pierwiastka odkrytego przez Marię Skłodowską-Curie. Polon, nazwany na cześć Polski, stał się dla mnie symbolem ukrytego, słowiańskiego blasku: niewidzialnej energii, która ujawnia się dopiero w odpowiednich warunkach. W Teorii Heliopolon symbolizuje on utajoną, świetlistą strukturę dawnych cyfr, która, według mnie, została przesłonięta przez wieki przemian językowych, kulturowych i politycznych, lecz może zostać ponownie dostrzeżona dzięki analizie znaków, mowy i liczebników, tradycji kulturowej. Wpisując się w solarny nurt badawczy, odwołuję się również do dziedzictwa Mikołaja Kopernika. Podobnie jak jego heliocentryzm zmienił sposób postrzegania miejsca Ziemi w kosmosie, tak Teoria Heliopolon proponuje zmianę perspektywy w badaniu tych znaków, liczb i ich nazw. Słońce, Księżyc, światło, cień i ciemność oraz obiektywny rytm następowania po sobie dnia i nocy mogły stanowić dla dawnych społeczności pierwszy i najbardziej oczywisty wyznacznik czasu, a przez czas, także podstawę obliczania, porządkowania pracy, orientacji w przestrzeni, obrzędów i organizacji życia zbiorowego. To właśnie cykle światła i ciemności, widoczne każdego dnia bez potrzeby używania narzędzi, mogły w pierwotnej świadomości człowieka wyznaczać pierwsze rozróżnienia: obecność i nieobecność światła, wschód i zachód, wzrost i zanik, pełnię i brak, ruch i spoczynek, pierwiastek męski i kobiecy, życie i śmierć, jawę i sen. Uważam, że rozróżnienia te nie pozostają wyłącznie elementem obserwacji przyrody. Przekształcają się w mowę, najpierw w bardzo krótkich rdzeniach, a następnie w podobnie zwięzłe znaki graficzne, stając się ideowymi symbolami niektórych liter i wszystkich cyfr zwanych arabskimi. Zakładam, że cyfry te powróciły do Europy po indyjskiej i perskiej obróbce, przez Hiszpanię i Italię, zataczając pełne koło od czasów wyniesienia tych znaków z Europy Środkowej do Indii przez Ariów, aczkolwiek dominuje naukowa teoria, że powstały dopiero w Indiach, w sanskryckim piśmie „Brahmi” ok 2300r lat. Podczas gdy staroeuropejskie znaki cyfrowe (w nauce oficjalnej nie mają one określonej cechy liczebnikowej), liczą w kulturze Vincza 7500 lat.
W roku 2014 pod kierownictwem prof. Petera A. Underhilla, zespół 23 naukowców; genetyków, antropologów i biochemików z renomowanych ośrodków (m.in. Stanford, Cambridge) oraz z wielu krajów (USA, Indie, Chorwacja, Wielka Brytania, Francja, Rosja, Włochy), przeanalizował ponad 16 000 genotypów reprezentujących 126 populacji z całej Eurazji. Stwierdzono, że; „… indoirańska hg R1a-Z93 i – zgodnie z dominacją wśród Słowian północnych, zwłaszcza Polaków i Łużyczan – „słowiańska” R1a-Z282 rozeszły się około 6 tys. lat temu i nigdy później nie doszło między nimi do istotnego wymieszania na głównych obszarach: w Indiach i Iranie nie ma R1a-Z282, a w Europie Środkowo-Wschodniej nie ma R1a-Z93. Z282 rozprzestrzenił się na zachód i północ – od Renu po Wołgę – stając się dominującym rodem w Europie Środkowo-Wschodniej, podczas gdy Z93 skierował się na wschód i południe, w step, Azję Środkową i Indie, stając się głównym rodem indoirańskim.” Źródło: https://www.nature.com/articles/ejhg201450
Czas tego rozejścia można więc łączyć z czasem ostatecznego rozpadu wspólnoty praindoeuropejskiej i z początkiem kształtowania się języków praindoirańskiego i prasłowiańskiego (Proto-Slavic). [By Orlicki: Co wskazuje na możliwość, że ok. 4000 p.n.e. przodkowie Słowian (Ariowie) oraz części Indusów tuż przed rozejściem się, współtworzyli wspólne osiągnięcia kulturowe daleko poza Indiami, takie jak pismo, które później zaistniało przyjęte od nich w formie sanskryckiej na półwyspie indyjskim.]
W publikacji podsumowującej te badania czytamy: „Najwcześniejsze linie R1a znalezione do tej pory w starożytnym europejskim DNA, datowane na 4600 lat temu, korespondują z kulturą ceramiki sznurowej. Natomiast trzy sample DNA uzyskano z wcześniejszej kultury ceramiki wstęgowej rytej (7600–6500 lat temu). Daje to możliwy obraz szerokiego i gwałtownego rozprzestrzeniania R1a-Z282, linii związanych ze społecznościami miedzi i wczesnej epoki brązu, które rozciągały się od Renu na zachodzie do Wołgi na wschodzie, włącznie z protosłowiańską kulturą epoki brązu, powstałą w centralnej Europie wokół Wisły.”
Jak podaje w oparciu o powyższe badania portal; rudaweb.pl: „Najnowsze ustalenia naukowców wychodzą więc ewidentnie na spotkanie z teoriami pasjonatów, którzy w oparciu o źródła, podważane przez zawodowych historyków, mówią o starożytnej Wielkiej Lechii rozciągającej się przez tysiące lat od Renu do Wołgi. O federacji rodów z jednego pnia, która była w stanie oprzeć się imperiom; perskiemu, rzymskiemu, macedońskiemu, bizantyńskiemu i frankońskiemu. O ludach różnie zwanych (Lechici, Wenedowie, Scytowie, Sarmaci), które były przodkami dzisiejszych Polaków.” W niniejszej książce poddaję dogłębnej, obiektywnej analizie takie twierdzenia jak i badania zespołu Underlicha, zastanawiając się czy faktycznie istniała Wielka Lechia.
Według mojej interpretacji indyjscy bramini, czyli nauczyciele, wśród których do dzisiaj dominuje haplogrupa R1a przeważająca również u dzisiejszych Polaków, przechowali te znaki, rozwinęli w ozdobne formy i stworzyli rozbudowaną matematykę, obejmującą nawet bardzo drobne jednostki czasu. Wiążę tę tradycję z euro-indyjskim rodem aryjskim, określoną haplogrupą i kulturą, co, w moim rozumieniu, wskazuje na wysokie prawdopodobieństwo wyniesienia podstaw tej wiedzy oraz jej znaków z centralnego obszaru Europy, z którego Ariowie pochodzą, jak; obecna Polska, wschodnie Niemcy a dawniej słowiańskie Połabie, Słowacja i Czechy, Białoruś, Litwa, Ukraina, wschodnia Rosja, Rumunia, Mołdawia, Austria – niegdyś też ziemia Słowian, Węgry też niegdyś słowiańskie. Teoria Heliopolon zakłada zatem, że najstarsze systemy komunikacji wizualnej i matematycznej nie powstały wyłącznie jako techniczne narzędzia rachunku. Mogły być pierwotnie zapisem obserwacji przyrody, próbą uchwycenia porządku kosmicznego. Kształty znaków, ich kierunkowość, liczba kresek, łuków i przecięć, a także późniejsze nazwy liczb mogły więc nieść ślady dawnych sposobów postrzegania i opisywania zjawisk świata fizycznego. Każda odważna teoria, zwłaszcza odnosząca się do epok, z których nie zachowały się bezpośrednie świadectwa pisane, musi opierać się na spójnym układzie poszlak. Pojedyncza analogia nie może zastąpić dowodu, lecz zestawienie danych z różnych dziedzin może ujawnić związek dotąd niewidoczny. Dlatego odwołuję się jednocześnie do językoznawstwa, semantyki, semiotyki, historii pisma, archeologii, antropologii, genetyki populacyjnej, historii kultury, astronomii oraz analizy symboli. W niniejszej książce przedstawiam materiał, który w moim przekonaniu, wskazuje, że cywilizacje neolityczne mogły budować swoją egzystencję, wiedzę oraz kult wokół zjawisk przyrody opartych na świetle i ciemności. Dostrzegam ich odbicie nie tylko w piśmie, lecz także w architekturze, ornamentyce, odzieży, gestach, symbolice pochówków, pracy na roli, wojskowości, obyczajach, prawie, organizacji społecznej i matematyce, a także we współczesnej informatyce. Uważam, że zrozumienie tych zależności może stać się skokiem w sprawności analitycznej sztucznej inteligencji. Szczególne znaczenie przypisuję mowie. Akcent, miękkość i brzmienie poszczególnych głosek nie musiały moim zdaniem, być wyłącznie technicznymi właściwościami wymowy czy cechą plemienną ludów Europy. Mogły także zawierać ślady dawnego, sensualnego sposobu budowania słów: naśladowania zjawisk natury, ich dźwięków, ruchu, jasności, ciemności i ich przemiany. W takim rozumieniu rdzeń słowotwórczy, często krótka i miękka spółgłoska lub nawet samogłoska, stały się nierzadko, choć nie zawsze, dualnym opisem: znakiem dźwiękowym i nośnikiem kulturowej pamięci, wyróżnikiem mowy rodowej, plemiennej odrębności, lecz również precyzyjnym opisem głównego zjawiska natury: jasności lub ciemności. Właśnie dlatego język polski zajmuje w tej pracy miejsce szczególne. Postrzegam go jako mowę, która może przechowywać liczne relikty bardzo dawnych struktur znaczeniowych i fonicznych. Jego charakterystyczna miękkość, bogactwo form słowotwórczych, zdolność tworzenia bliskich znaczeniowo rodzin wyrazów oraz specyficzne brzmienie, mogą według mojej Teorii Heliopolon, stanowić żywy materiał pozwalający odczytywać pierwotne znaczenia dawnych znaków i nazw liczebnikowych. Tak rozumiana analiza nie jest próbą zastąpienia nauki intuicją, która zwykle poprzedza odkrywcze dokonania. Jest propozycją ponownego postawienia pytań, które zbyt łatwo uznaje się za zamknięte: 1) skąd rzeczywiście pochodzą znaki liczb, 2) dlaczego przyjmują właśnie takie, a nie inne kształty, 3) czy ich nazwy w różnych językach zachowują ślady wspólnej, starszej warstwy znaczeniowej, 4) oraz czy Europa Środkowa wraz z obszarem słowiańskim nie odgrywała w tych procesach roli większej, niż przyjmuje dominujący model lingwistyczny i historyczny?
Teoria Heliopolon nie prosi o bezkrytyczną wiarę. Domagam się dla niej prawa do uważnego odczytania, rzeczowej krytyki i niezależnej weryfikacji, ponieważ historia nauki uczy, że nowe pytania bywają początkiem ważkich odpowiedzi oraz zrodzonych z nich nowych, poważnych teorii. Według Teorii Heliopolon kluczem do dekodyfikacji zapomnianych struktur liczb i znaków cyfrowych jest język werbalny: mowa, oraz szeroka kultura narodu polskiego, nacechowana odniesieniami do światła i ciemności. Kulturoznawcy słowiańscy, bez problemu dostrzegają to zamiłowanie do światła. Postrzegam ją jako reliktową spadkobierczynię bardzo dawnej, staroeuropejskiej warstwy językowej, rozwijanej przez tysiąclecia w Europie Środkowej i na Bałkanach, na południe od Polski, w czasach przed zlodowaceniem panującym na północ od Karpat gdzie dzisiaj leży Polska, zanim przodkowie Polaków przybyli z południa bałkańskiego, gdy lądolód zaczynał topnieć. W tej perspektywie dzieje języka nie są prostą historią przypadkowych zmian dźwiękowych, nieustannych migracji i zerwanych ciągłości. Stanowią raczej zapis długiego trwania: pamięć wspólnot, które przekazywały z pokolenia na pokolenie nazwy rzeczy, zjawisk przyrody, relacji społecznych i podstawowych pojęć. Przemiany fonetyczne mogą zmieniać brzmienie słów, lecz nie zawsze usuwają ich głębszy rdzeń znaczeniowy. Początki tej ciągłości wiążę ze staroeuropejskimi populacjami Bałkanów i Europy Środkowej, w tym z ludnością, z którą łączę haplogrupę I2, powstałą w Europie, lecz wywodzoną z wcześniejszych linii afrykańskich.
W moim ujęciu obszar nizin środkowoeuropejskich, ziem między Karpatami, Bałtykiem, Łabą, Odrą, Wisłą, Dnieprem i Dniestrem, nie był długo pustą przestrzenią oczekującą na zasiedlenie. Stanowił jedno z dawnych centrów życia ludzkiego, ciągłych przemian kulturowych i rozwoju mowy staroeuropejczyków. W kolejnych epokach do tego staroeuropejskiego podłoża dołączyły grupy stepowe, w tym społeczności związane z haplogrupą R1a, przemieszczające się z rejonów naddunajskich i czarnomorskich, a w dalszej perspektywie, z odległej Azji i nawet Sundalandu, a pierwotnie również z Afryki. Teoria Heliopolon nie opisuje tego procesu jako całkowitej wymiany ludności ani zerwania ciągłości mowy i kultury staroeuropejskiej. Przeciwnie: przedstawiam go jako długotrwałe i stopniowe łączenie się ludów, rodów i kultur, w którym miejscowa warstwa językowa zachowała istotną rolę, nie podała się ekspansji z racji tego stopniowania przez tysiące lat, a zarazem podlegała wpływom kulturowym nowych grup, asymilując je i przetwarzając w nowe kultury. W tym miejscu pojawia się pojęcie Lachi. Używam go jako nazwy dawnej krainy równin i wspólnot, z której wyrosły późniejsze określenia lechickie, lędziańskie, polańskie i polskie. Lachia nie jest w tym ujęciu jedynie nazwą polityczną czy legendarną. Oznacza zarazem przestrzeń kulturową, językową i społeczną: obszar ludzi równych sobie w prawach i obyczajach oraz bardzo podobnych do siebie pod względem mowy i symboli plemiennych, w tym znaków języka pochówkowego spotykanych na urnach popielnicowych. Obyczaje te stworzyły prawo oparte na rodowej zasadzie wzajemności, wspólnych korzyściach, zaufaniu, bezpieczeństwie i współpracy plemiennej. Z rodowego podobieństwa obyczajów oraz kontaktu ze wspólnymi przodkami, w tym zwyczajów duchowych, zrodziły się rody a z nich narody, które zbudowały w języku i jego znakach, własne kody przekazując najważniejsze symbole ich plemiennych kultur, głównie mowy. Jeśli narody te nie zostały skutecznie zmuszone do porzucenia tej narodowej ekspresji przez przemoc nakazującą im zapomnienie własnego języka lub przez dominację obcej kultury ludności nachodźczej, zwykle w sytuacji dominacji liczebnej, biologicznej, zniekształcającej ich mowę rdzenną, to szereg takich kodów dźwiękowych we własnej mowie zachowały. Wspólnoty rdzenne, którym obca mowa i symbole zostały narzucone siłą fizyczną, lub przewagą kulturową, mogły utracić rozumienie fundamentów własnej mowy i obyczajów z nią związanych, na niej opartych. Przybysze a nieraz brutalni najeźdźcy jak Frankowie na słowiańskim Połabiu, przejmowali część przekazu z mowy autochtonów, nierzadko przekształcając go tak dalece, że współcześnie tworzy on wielowarstwowy i trudny do rozszyfrowania zbiór znaczeń. Dlatego sądzę, że niekiedy jedynie ludy rdzenne niosą przekaz werbalny i pozawerbalny przydatny do odkodowania istotnych fundamentów tak zaszyfrowanej ludzkiej mowy, z czasów pierwotnych. I nie da się w związku z tym badać języków poprawnie, przez odnoszenie wzajemnych przemian terminów mowy, bo są one nierzadko wymuszone kulturowo i politycznie, dominacją, sztuczne.
O fundamentach mowy staroeuropejskiej a może nawet praludzkiej, pisał Polak; Stanisław Szukalski, wybitny rzeźbiarz XX wieku, którego postacią zajmował się w swoich dokumentach filmowych Leonardo DiCaprio, jego wnuk stryjeczny. Szukalski rozwijał teorię zwaną „zermatyzmem”, a także koncepcję Protongu, czyli „macimowy”. W swojej niezwykłej wizji wskazywał kierunki migracji przodków; Greków, Franków, Włochów, Hiszpanów, Anglosasów, Niemców i Słowian: przez Sundaland od zatopionego kontynentu Mu, z pozostałą na powierzchni Wyspą Wielkanocną. W mojej ocenie kierunek ten wykazuje zaskakujące podobieństwo do tras migracji praojców haplogrupy R, odkrywanych obecnie w badaniach genetycznych. Szukalski uznał tę drogę za trasę, na której powstać miał domniemany prajęzyk ludzkości, od którego wywodzą się wszystkie języki świata. Polacy i ich domniemani przodkowie lechiccy zajęli w jego teorii pozycję szczególną, ponieważ Szukalski uznawał polszczyznę za język najbliższy pierwotnej „macimowie”. Stawiam pytanie, czy jego teoria dotycząca mowy polskiej może okazać się równie trafna, jak, w mojej ocenie okazały się trafne jego intuicje odnoszące się do wędrówki haplogrupy R i jej wcześniejszych linii? Z jakich powstał jak tego dowodzi nauka o genach, znaczny zasób genotypu Polaków. Stawiam również pytanie, czy Szukalski dostrzegał wielką zbieżność języka „pali” na Sri Lance z językiem polskim, na tej wyspie Oceanu Indyjskiego, położonej blisko północnej strony hipotetycznego kontynentu Mu, czyli Lemurii.
Teoria Heliopolon przedstawia Polskę nie jako twór oderwany od wcześniejszych dziejów, lecz jako późniejszą formę długiego, starożytnego, a nawet neolitycznego procesu historycznego kształtującego język polski. Nie ograniczam historii Polski do daty chrztu ani do początków zapisanych w średniowiecznych kronikach. Szukam jej źródeł głębiej: w kulturach neolitycznych, w żywym języku. Z tym procesem wiążę również rozwój ziem położonych na południe, zachód i wschód od dzisiejszej Polski, przejęte kosztem Rzeczypospolitej przez kolejne podboje rosyjskie, jak zachodnia Białoruś czy zachodnia Ukraina, czy ziemia Spiszu. A wcześniej lechickie. W mojej interpretacji grupy lechickie oraz spokrewnione z nimi wspólnoty tworzyły istotną warstwę dziejową terenów późniejszej; Słowacji, Moraw, Czech, Śląska, Połabia, Łużyc, Rusi oraz obszarów naddunajskich. W tych regionach powstały ośrodki słowiańskie, dawne grody obronne, z których powyrastały późniejsze miasta i państwa Europy Środkowej oraz Wschodniej, należące dzisiaj do Niemiec, Austrii, Rosji, Ukrainy. Zwracam uwagę na znaczenie nazw miejscowych, dawnych hydronimów i elementów językowych obecnych w nazwach miast, rzek, krain, drzew i nazwy dawnych plemion. Traktuję je jako szczególnie trwałe nośniki pamięci, ponieważ nazwy tego typu często przeżywają zmianę władzy, migracje, podboje i przekształcenia administracyjne. W moim przekonaniu wiele z nich nie zostało dotąd dostatecznie odczytanych w perspektywie słowiańskiej i staroeuropejskiej. Takie analizy wskazują, że w dawnych językach nazwy osób, miejsc, przedmiotów i zjawisk nie są rozdzielone od doświadczenia świata. Nazwa władcy mogła odwoływać się do dawcy życia lub opiekuna wspólnoty, podobnie jak nazwa nawiązująca do światła mogła oznaczać ochronę przed ciemnością, zagrożeniem. W zbliżony sposób moim zdaniem, należy odczytywać podstawowe liczebniki. Nie są one od początku abstrakcyjnymi etykietami matematycznymi służącymi wyłącznie wymianie handlowej. Zanim stały się narzędziem obliczeń, miarą rachunkową, mogły powstać z obserwacji rytmu doby, następstwa światła i nocy, faz Księżyca, wędrówki i polowania, pracy ludzkiego ciała, palców, kroków, pór roku oraz cyklu wegetacji. W języku i znakach liczbowych mogły zatem przetrwać dawne opisy ruchu, jasności, ciemności, pełni, granicy i powrotu. To przekonanie doprowadziło mnie do zasadniczego pytania: – Czy współczesne nazwy liczb, a nawet ich zapisy graficzne, nie skrywają warstwy znaczeniowej znacznie starszej niż obecne systemy językowe; werbalne i zapisowe? Czy znaki, które dziś nazywamy arabskimi lub indyjskimi, nie zachowują form wcześniejszych, rozwijanych również w Europie i związanych z dziedzictwem staroeuropejskim? Odpowiedź proponowana przez Teorię Heliopolon jest twierdząca. Uważam, że historia cyfr nie musi być opowiadana wyłącznie jako jednokierunkowy przekaz z Indii przez świat perski i arabski do Europy. Dopuszczam istnienie wielokierunkowych przepływów kulturowych, w których Europa, Bałkany, obszar naddunajski, stepy eurazjatyckie, Azja Zachodnia i Indie pozostawały w długotrwałym kontakcie. W tym obrazie staroeuropejskie wspólnoty nie tylko przejęły, lecz także same tworzyły i przekazywały wzory językowe, symboliczne i kulturowe. Nie oznacza to odrzucenia potrzeby ścisłego badania źródeł. Przeciwnie: postuluję, aby każdą hipotezę weryfikować przez zestawienie danych językowych, datowania, archeologii, genetyki, historii znaków, geografii i tradycji kulturowej. Dopiero takie połączenie może pozwolić odróżnić przypadkowe podobieństwo od rzeczywistej, choć zapomnianej ciągłości.
W Teorii Heliopolon szczególne miejsce zajmuje obszar Europy Środkowej, ziemie położone między Karpatami, Bałtykiem, Łabą, Dniestrem, Dnieprem i dorzeczem Wisły. Postrzegam ten teren nie jako peryferie wielkich cywilizacji, lecz jako dawne centrum ciągłości cywilizacyjnej staroeuropejczyków, szczególnie bogate w innowacje kulturowe, w tym rozwój mowy, kultury rolnicze, metalurgiczne, najstarsze rysunki wozów kołowych i ślady wiązań na rogach wołów, najstarszy bumerang kościany, również znaki mogące stanowić pierwowzór pisma. W moim ujęciu obszar ten pełnił w zamierzchłych czasach funkcję polodowcowego refugium, przestrzeni, w której określone wspólnoty zachowały i rozwijały na własnych warunkach mowę rodową, mimo wielkich zmian klimatycznych, wędrówek ludów oraz kolejnych fal podbojów zwykle ich omijających w okresie starożytnym. Naturalne granice a przede wszystkim klimat, ostre zimy, tworzyły tutaj przeszkody, które przez tysiąclecia utrudniały głębokie wtargnięcie obcych grup. Wysokie Karpaty od południa, bagniste rozlewiska Łaby od zachodu, Morze Bałtyckie od północy, wielkie kompleksy leśne i bagna Prypeci i Niemna od wschodu, oraz górzyste tereny źródliskowe Dniestru i Dniepru. Ale też w miarę jednolity genotyp na tym obszarze z zdominującymi I2 oraz R1a, co mogło sprzyjać stworzeniu jakiejś formy pre-państwowości, raju lub kraju; koło/obok/przy – raju. Może Lachii? Uważam, że geografia mogła mieć zasadnicze znaczenie dla zachowania lokalnej, wiernej mowie przodków warstwy językowej. Góry, gęste puszcze, rozległe mokradła polodowcowe, długo stanowiły naturalną osłonę. Nie oznaczały pełnej izolacji, ponieważ Europa i nawet takie obszary nigdy nie były zamkniętą wyspą, lecz ograniczały skalę i tempo części przemian ludnościowych. Lecz najważniejszą przeszkodą był klimat, niezwykle silne zimy w jakich tysiącletnia adaptacja do życia, wypracowane zdolności przygotowania się porą letnią do tej pory roku, zebranie i zakonserwowanie żywności, wiedza o tych metodach, decydowało o przetrwaniu rodu, plemenia, kultury rodowej. Jeśli nowe społeczności plemienne chciały tutaj mieszkać, to przez setki lat musiały się szybko zasymilować z autochtonami, uczyć od nich, korzystać z ich metod budowy domów i gromadzenia zapasów żywności. Nic dziwnego, że tych nauczycieli nazwali Wendami, czyli Wiedami, wiedzę – dającymi. Wtedy, przybysze zmuszani byli do przyjmowania nazewnictwa, a może nawet całego języka miejscowych. To zapewne dlatego, ludy żyjące w tych obszarach tak często posiadały miano; (niemiecki termin dla Słowian: Wenden), Wiedów, Windów, Windów, Wienedów, Wenedów, co wskazuje na typowo słowiańskie rdzenie tego starożytnego terminu. W ten sposób możliwe stało się utrzymywanie długiej pamięci kulturowej, przekazywanej w języku, obyczaju, nazwach miejsc oraz strukturach rodzinnych. Warstwę tę wiążę z ludnością lędziańską, lechicką i prapolską, staroeuropejską, w moim ujęciu głównie z haplogrupami H i I2. W mojej interpretacji wspólnoty te zachowały elementy staroeuropejskiego podłoża i wpływy grup jakie przybyły jako pierwsze z południa bałkańskiego oraz późniejsze ze stepów eurazjatyckich jak starożytna ale znacznie młodsza w bytowaniu europejskim R1a. Plemiona lechickie, prapolskie, nie były jak i dzisiaj nie są więc populacją niezmienną i odciętą od świata, lecz społeczeństwem zdolnym do włączania przybyszów bez utraty najgłębszego rdzenia językowego i kulturowego mowy lechickiej, staroeuropejskiej. W tym sensie mowa ta nie zachowała pierwotnych znaczeń swoich rdzeni tylko dlatego, że nigdy się nie zmieniała. Przeciwnie: przekształcała się i dalej przekształca w określony sposób, przyswajając nowe wpływy, a zarazem zachowując podstawowe struktury pradawnych, pierwotnych znaczeń, dźwięków je określających jak i niekiedy znaków pisma. Uznaję, że w języku polskim można dostrzec ślady takiego długiego trwania, nie jako nienaruszonego zapisu jednego dawnego języka, lecz jako żywego systemu, w którym dawne rdzenie zachowały się, przeobraziły w podobnie brzmiące wyrazy i dzisiaj mogą zostać ponownie poprawnie odczytane, wiernie do ich sensu, z daleko prawdopodobnym brzmieniem pierwotnym. Szczególnie, gdy uzasadnienie dla takiego nazewnictwa odnajdziemy w funkcji opisowej pewnych znaków, najdawniejszych, do jakich należą te liczebnikowe, cyfry czy znaki herbowe lechickiego rycerstwa.
Teoria Heliopolon przeciwstawia się wizji, przez dziesiątki lat uprawianej przez okupujących ziemie Połabia słowiańskiego, dawnych Niemców jak i poddanych niemieckiej polityce eksterminującej Słowian polskich, Niemców z czasów najnowszych – nazistów Hitlera, czy sympatyzujących z germańską wspólnotą kulturową zachodnich naukowców anglosaskich i frankońskich. Według której, Słowianie mieliby nagle pojawić się w Europie Środkowej dopiero u progu średniowiecza, wyłącznie jako stosunkowo późna i jednolita fala migracyjna, bez podania skąd tylu nagle się narodziło, niezdolnych do wskazania tak potężnej w Europie kolebki aby byli zdolni w ciągu zaledwie kilku wieków zaludnić największy obszar Europy. Nie przyjmuję tego obrazu nagłego „namnożenia się” ludów słowiańskich jak królików bez udowodnienia istnienia miejsca do tego rozrodu zdolnego. Jeśli natomiast proces słowiańskiego zasiedlania Europy trwał setki lat stopniowo, to musiał spotkać się ze szczególną akceptacją ich kultury, mowy, wiedzy. I osadnictwo to musiało napływać z obszaru znacznie większego niż mu się obecnie przypisuje w nauce. Takim obszarem była moim zdaniem cała nizina europejska od Łaby przez Odrę, Wisłę po Wołgę, co widzimy w nazwach plemion słowiańskich jakie zasiedliły Grecję w VII wieku, z całego tego obszaru. A dlaczego starożytne plemiona bałkańskie, przyjęły ich na swoim terenie i zaakceptowały słowiańską mowę bez jakiejś ewidentnej przewagi rodowej jaką by wskazały badania genowe? Najpewniej było to wynikiem powrotu już wyraźnie słowiańskiej społeczności do macierzy południowej na Bałkanach, skąd przybyła I2, wspólnota kulturowa z nimi związana, pradawny etnos rodowy i wcześniejsze, długie kontakty. Nic dla mnie tak doskonale nie tłumaczy słowiańskiej obecności od Bałtyku po Morze Adriatyckie i Czarne, od ujścia Łaby po Alpy i Ural, jak funkcjonowanie języka słowiańskiego w formie staroeuropejskiej, pierwotnej, na tych terenach od starożytności, acz wśród nierzadko odmiennych od siebie genetycznie ludów ale zespolonych starożytną, staroeuropejską kulturą promieniującą niegdyś z ich centrum nad Dunajem. Jakiej wyznacznikiem była nieznana nam dzisiaj mowa staroeuropejczyków kształtujących naddunajski krąg kulturowy. Moje stanowisko opiera się na przekonaniu, że dzieje Słowian należy odczytywać jako historię ciągłości, zróżnicowania kulturowego i wzajemnych kontaktów wielu wspólnot, a nie jako prostą opowieść o jednorazowym przesunięciu ludności. W tej perspektywie Wenedowie, Wendowie, Windulowie, Wandalowie, Lędzianie, Lachowie, Polachowie i późniejsi Polacy nie są całkowicie odrębnymi ludami, pojawiającymi się bez związku jeden po drugim. Tworzą różne historyczne nazwy, lokalne etapy tej samej szerokiej przestrzeni kulturowej i rodowej w sensie oparcia na rodzie wiodącym w danym regionie z domieszkami innych, lecz od praczasów posługującym się mową staroeuropejczyków dunajskich. Nie stworzyli bowiem własnej mowy nagle i tylko w miejscu nad Wisłą, lecz przynieśli ją również nie nagle, dziesiątki tysięcy lat temu z południa, zza Karpat. Podkreślam, że nazwy etniczne nadawane przez sąsiadów, kronikarzy, kupców, wojowników i władców często różnią się od samookreśleń ludzi, których dotyczą. Jedna wspólnota może być znana pod innym mianem na północy, innym na zachodzie, a jeszcze innym na wschodzie lub południu. Z tego powodu rozproszenie nazw nie musi automatycznie oznaczać braku ciągłości społecznej albo językowej. Wenedowie i Wendowie zajmują w tej narracji miejsce szczególne. Odnoszę te nazwy do szerokiego kręgu ludów staroeuropejskich, presłowiańskich, obecnych na obszarach dzisiejszej Polski, Niemiec, Czech, Słowacji, Austrii, Bałkanów, Skandynawii i ziem rusińskich. W mojej interpretacji ślady tej obecności zachowują się w nazwach miejscowych, przekazach kronikarskich oraz w materialnych pozostałościach dawnych kultur. Krytycznie odnoszę się do interpretacji utożsamiających wszystkie najstarsze kultury archeologiczne ziem między Odrą i Wisłą wyłącznie z ludami germańskimi albo traktujące Słowian jako historycznie późnych przybyszów. Podkreślam, że archeologia nie może mechanicznie przypisywać jednej etykiety etnicznej każdej kulturze materialnej ani, tym bardziej, jej mowie. Garnki, groby, domy, ich wyposażenie i ozdoby ciała, wskazują na tradycje, kontakty, style życia i technologie, ale nie mówią samodzielnie, jakim językiem posługiwali się wszyscy ich twórcy. Odczytanie napisów na urnach popielnicowych może być możliwe jeśli połączymy całość kulturową. Symbole na urnach traktowane jako ornamentyka mogą nagle zacząć mówić, gdy połączymy je z ornamentyką haftowaną na odzieży dawnej ludności żyjącej niegdyś lub jeszcze teraz na danym obszarze, z ornamentyka jej domów, jej znakami plemiennymi, oraz z jej mową i zwyczajami. Teoria Heliopolon pozwala mi dodatkowo interpretować ich symbolikę przez znaki dostrzegane już w kulturze Vincza oraz przez odniesienie mowy słowiańskiej do zjawisk, które znaki te mogą opisywać. W ceramice kultury łużyckiej, należącej do szerokiego kręgu kultur pól popielnicowych, występują liczne motywy geometryczne, w tym proste linie, zygzaki, kręgi i trójkąty, niekiedy wypełnione ukośnym kreskowaniem. Motywy te pojawiają się również na części naczyń urnowych, lecz ich znaczenie nie zostało dotąd odczytane jako system pisma. Ja widzę w nich coś więcej niż ornamentykę i wywodzę je z wielu kultur z tego samego kierunku południowego, znad Dunaju, które łączę w jedną szerszą tradycję. Kultura łużycka, dla mnie ewidentnie prasłowiańska, chociaż nie jest bezpośrednią kontynuacją znacznie starszej kultury ceramiki wstęgowej rytej, to rozwijała się wiele tysiącleci później na części tych samych ziemiach Europy Środkowej, na których wcześniej żyły społeczności wczesnoneolityczne. Taka ciągłość przestrzeni osadniczej nie przesądza o ciągłości etnicznej, językowej ani symbolicznej, lecz pozostaje zagadnieniem wartym dalszych, interdyscyplinarnych badań, zwłaszcza gdy we wcześniejszej kulturze dostrzegamy trójkąty faliste, a w późniejszej trójkąty proste, występujące na tych samych przedmiotach – urnach. Szczególnie, że genetyka nielicznie przebadanej ludności starołużyckiej z uwagi na praktykowanie ciałopalenia na stosach jak to do dzisiaj czyni się nad Gangesem w Indiach, tak popularnego u Prasłowian, wskazuje na przybycie z kolebki dunajskiej, gdzie też dominowały liniowe znaki trójkątne, poddane wielorakim kombinacjom. A więc wszystkie trzy kultury; łużycka jak ceramiki wstęgowej rytej czy sznurowa, stosowały jakąś formę znaków trójkątnych. Powszechne u Prasłowian ciałopalenie, nie było tak licznie akceptowane u ludności germańskiej (słusznie tak zwanej jedynie z racji dominujących w niej genów I1 i podobnej mowy o wspólnych korzeniach nie zaś obszaru czy ich kultury materialnej ani nawet znaków graficznych, bo te należą do nieokreślonych mową kultur), czy celtyckiej (dominująca u Niemców R1b). Dlatego uważam, że nie należy ignorować danych archeologicznych i genetycznych. Postuluję ich odczytywanie w powiązaniu z językiem, geografią oraz źródłami historycznymi. Badania dawnego DNA mogą ujawniać ciągłość linii pochodzenia i migracje oraz domieszki populacyjne niosące określoną kulturę i mowę, lecz nie zawsze. Badania te, nie powinny więc służyć budowaniu zbyt prostego modelu, w którym zmiana komponentu genetycznego automatycznie oznacza natychmiastową zmianę języka, tożsamości, obyczaju czy całej kultury. Z tego punktu widzenia szczególnie istotne staje się rozróżnienie między biologicznym pochodzeniem, językiem, kulturą i polityczną nazwą narodu. Współczesny Polak nie jest automatycznie potomkiem mieszkańców neolitu z krainy zwanej dzisiaj Polską, podobnie jak średniowieczny mieszkaniec Polski nie byłby kulturowo identyczny z obywatelem dzisiejszego państwa polskiego. Bo kultura Polaków, obyczajowość i ich mowa, ulegają zmianom w każdym wieku.
Celowo wygenerowana imigracja osadnicza w Europie sprowadzana obecnie z Afryki i Azji, nie jest zjawiskiem przypadkowym. Jest wprowadzana ewidentnie w celu zniszczenia rdzennych, europejskich kultur narodowych. W celu politycznego podporządkowywanie ich wyborów, ideologicznym celom elit rządzących Europą i innymi obszarami Ziemi o silnych związkach z lewicą polityczną zdolną do tak skrajnych pomysłów ideologicznych. Niesie to ostrzeżenie, że żyjemy w czasach kiedy mamy ostatnią chwilę na wydobycie rdzenia mowy rdzennych kultur europejskich, w starożytności presłowiańskich ukrytych w mowie i znakach, bo niedługo proces narzucanego osadnictwa nie asymilujących się kultur całkowicie to zablokuje, lub niezwykle silnie ograniczy, odcinając od takich badań polityczne źródła finansowania nauki. Metoda zdominowania autochtonów kulturami całkowicie odmiennymi, nierzadko nieetycznymi, religijnie nastawionymi na dominację, niesie przecież nie tylko zupełnie inne geny ale i wpływ tych osiedleńców na mowę autochtonów. Co widzimy gdy podkreślają swoją językową i kulturową odmienność, swymi publicznymi modłami na ulicach Europy, uprawianymi nawet pomimo zakazujących jej w takiej formie przepisów prawa, jak we Francji. Zagadnieniu sztucznej imigracji poświęcam z tego powodu w tej książce istotną uwagę.
Twierdzę jednak, że zmiana nazw, granic, ustrojów oraz napływów ludności nie musi przekreślać głębszej ciągłości ludzkiej wspólnoty kulturowej dziedziczonej po odległych przodkach, w tym ich mowy i sposobu odczytywania sensu jej znaków graficznych, sensu wiodących rdzeni języka, jeśli ta mowa była logiczna, oparta na prastarych obserwacjach świata natury a zmiany populacji były naturalne, trwały tysiące lat, stopniowo. I jeśli narody rdzenne taką mowę posiadające, rozumiały powiązanie swojego języka z naturą wokół nich i byli przywiązani duchowo do swej kultury, w tym mowy. A takimi przez tysiące lat byli Słowianie zaś wcześniej ich przodkowie, co widzimy w archeologii kulturowej. Jeśli jednak najbardziej nawet przywiązanych autochtonów zdominuje liczebnie gwałtowny najazd nie asymilujących się kulturowo imigrantów, to język i kultura autochtonów, nawet najwspanialsza, nie przetrwa lub zostanie poważnie wyniszczona. Jest to oczywiste. Takie procesy obserwowaliśmy na podbijanym przez Franków przez setki lat słowiańskim Połabiu, czy na słowiańskim a głównie lechickim Śląsku. Na Połabiu mowa niemiecka albo całkowicie zniszczyła języki słowiańskie, zaś na Śląsku spowodowała masę germańskich wtrąceń. Tylko więc dominująca wspólnota rdzenna, może przeobrażać się przez tysiące lat, zachowując znaczną część mowy swoich przodków, nazwy miejsc osiedlenia i pamięci kulturowej, obyczaje, w tym znaki plemienne lub rodowe, pismo i je długo rozumieć. Jeśli łacina zlikwidowała pisma dawne i rdzenne na wielu obszarach Europy, ujednoliciła przekaz pisemny, to jednak nie zdołała zlikwidować mowy rdzennej wszystkich narodów ją objętych. Przeniosły one swoje słowa do pisma łacińskiego. Mowa jednak często przekształcała się silnie pod wpływem łaciny jak u ludów romańskich, lecz u innych jak u Słowian, dłużej nie poddanych katolicyzmowi rzymskiemu, pomimo prowadzenia kazań w łacinie, pomimo nieraz zakazu posługiwania się mową słowiańską w miastach, pomimo germanizacji, ocalała w postaci wiernej dawnemu językowi, tym mocniej im dalej od wpływów Cesarstwa rzymskiego. Dostrzegam te skutki wielowiekowych podbojów, przesiedleń, niewolnictwa, asymilacji i przemocy, które, w mojej ocenie, dotknęły szczególnie mocno ludy słowiańskie a jednak je najmniej osłabiły kulturowo z uwagi na głębokie przywiązanie do słowiańskiej mowy przodków i długo zachowane na północy Słowiańszczyzny, własne zwyczaje duchowe.
W szczególności zwróciłem w mojej książkę uwagę na los wspólnot połabskich i łużyckich, które zostały w znacznym stopniu wchłonięte przez ekspansję polityczną, religijną, językową, a także biologiczną, w tym przez eksterminację i niewolnictwo prowadzone ze strony Zachodu, zwłaszcza w ramach ekspansji frankońskiej i niemieckiej. Ale i na te na wschodzie, rusińskie, poddane również handlowi niewolnikami. Zmiany te nie zdołały wymazać wszystkich dawnych śladów, lecz utrudniły ich zachowanie i późniejsze rozpoznanie. W tym kontekście przypominam, że język dominującej administracji, Kościoła, wojska, handlu czy szkoły mógł zmieniać nazewnictwo, sposób zapisu oraz publiczny obraz przeszłości. Lecz w języku ludowym, często regionalnym, przetrwały jego korzenie. Tym większego znaczenia nabierają pozornie drobne elementy: lokalne nazwy rzek i miejscowości, formy dialektalne, zwyczaje, legendy rodowe, utrwalone brzmienia słów oraz archaiczne konstrukcje językowe, nazwy herbów i zawołania rodowe spisane w kronikach. Nawet tutaj jest z nimi problem w Polsce, bo najbogatsze zabytki piśmiennicze, stare księgi, obrazy, nawet ściany pałaców z rzeźbami i freskami, zagrabili wpierw Szwedzi, którzy najechali Rzeczpospolitą w odwecie za próbę utrzymania się na tronie Szwedzkim króla polskiego, nauczeni prawem Wikingów wszystko łupić. A potem Niemcy w czasie zaborów i okupowania I Rzeczypospolitej, w końcu niemieccy hitlerowcy w okresie 39-45r., i rosyjska okupacja ziem Rzeczypospolitej odbierająca jej większość ziem lechickich, rusyfikująca język polski. Pełno jest tych zabytków lechickiej kultury w domach Niemców do dzisiaj, gdyż co chwilę widzimy je na licytacjach. A mimo to, do tej pory, Niemcy nie wypłaciły Polsce ani jednego dolara za zaatakowanie jej we wrześniu 1939 roku, totalne zniszczenie polskiego kraju, rozgrabienie jej majątku państwowego jak i prywatnego ani nie uruchomiły jako państwo niemieckie, wymordowanie około 10 000 000 polskich obywateli w tym trzy miliony Polaków wiary mojżeszowej (żydowskiej), poważnej akcji zwracania go z rąk ludności niemieckiej. Obraz Rafaela Santi, własność narodu polskiego „Portret młodzieńca”, zagrabiona przez Niemców spoczywa zapewne w ukryciu w jakichś niemieckich rękach lub został sprzedany dalej jak setki tysięcy innych polskich zabytków. To również Niemcy, bombardowali Warszawę w czasie agresji na Polskę w 1939r. zaś w czasie powstania polskiej ludności tego miasta w sierpniu 1944 roku (drugiego po powstaniu Polaków żydowskiej wiary wznieconego w getcie w 1943 pod biało czerwoną jak i białobłękitną flagą) na rozkaz Hitlera spalili doszczętnie stolicę Polski, w wyniku czego zginęły nie tylko setki tysięcy Polaków. Działaniami tymi zniszczyli również całkowicie zabytki starożytności słowiańskich, z piśmiennymi, nierzadko starożytnymi księgami herbowymi szlachty polskiej – tamgami scytyjskimi, starożytnymi monetami znajdywanymi na terenie Polski z liternictwem staroeuropejskim, innymi pra-znakami pisma na obiektach kamiennych i kościanych. Podobnie, lechicki majątek Polski, zagrabiła Rosja uczestnicząca w zaborach Rzeczypospolitej czy bolszewickich najazdach tego kraju i okupacji po wspólnej z Hitlerem agresji Stalina na Polskę w 1939r. W ich wyniku, Rosja zajęła większość ziem Rzeczypospolitej, porozdawała je nowożytnym narodom pod swoim butem, często przez siebie stworzonym, a najcenniejsze zabytki polskie zgromadziła w swoich muzeach, jak w Ermitażu w Petersburgu. Tam znajdują się stare księgi herbowe i dziejowe Lachów, ich najstarsze obrazy, zbroje lechickich wojowników, chorągwie. Zwracam więc uwagę na to, że rdzenne terminy mowy ludów autochtonicznych, mogą przetrwać nawet wtedy, gdy oficjalna historia została napisana językiem zwycięzców, gdy pozbawiają oni rdzenne narody ich pamiątek materialnych i nie można ich badać, zwykle dzięki przywiązaniu prostego ludu do tych elementów, do mowy ojców i matek, obyczaju, utrwalonego opisu podstawowych zjawisk natury. Teoria Heliopolon interpretuje dzieje Europy jako historię wielokierunkowych kontaktów, a nie czystych i odrębnych bloków etnicznych. Staroeuropejskie wspólnoty od tysiącleci oddziaływały na północ, zachód, wschód i południe kontynentu. Z tych stron przychodziły wpływy językowe, technologiczne i społeczne. Dostrzegam w tym procesie również znaczenie kultur naddunajskich, bałkańskich, stepowych, nordyckich i śródziemnomorskich. Nie przedstawiam wizji świata centrum europejskiego, w którym jedna wspólnota tworzy wszystko samodzielnie. Staram się odzyskać proporcje w opowieści o Europie i pokazać, że obszar środkowoeuropejski nie jest wyłącznie biernym odbiorcą wpływów z południa, zachodu albo wschodu. Mógł być także przestrzenią twórczą, miejscem, w którym powstają, utrwalają się i rozpowszechniają idee, słowa, znaki, formy organizacji społecznej oraz sposoby rozumienia czasu i jego utrwalania tak w mowie jak i piśmie. Wskazuję, że w dziejach Europy Środkowej należy brać pod uwagę nie tylko krótkie okresy potwierdzone przez zachowane dokumenty. Historia pisana obejmuje zaledwie niewielką część ludzkiego doświadczenia. Przed nią istnieją tysiące lat przekazu ustnego, pamięci rodowej, rytuału, praktyki rolniczej, obserwacji nieba, nazw krajobrazu i znaków pozostawianych na przedmiotach codziennego użytku. Właśnie w tym obszarze Teoria Heliopolon poszukuje źródeł dla swojej idei. Zwracam uwagę na znaki geometryczne, ornamenty, układy kresek, kół, łuków i przecięć, które mogły pełnić nie tylko funkcję ozdobną, lecz także symboliczną, kalendarzową, liczbową lub komunikacyjną. Nie zakładam przy tym, że każdy dawny ornament jest gotowym zapisem pełnego języka, ponieważ mógł być już jedynie naśladownictwem nierozumiejącym dawnego przekazu. Uważam jednak, że zbyt łatwo uznaje się podobne znaki za przypadkową dekorację, bez podjęcia szerokiej próby ich porównania z mową, liczbą, ruchem Słońca i Księżyca, cyklami natury. W tej perspektywie najstarsze znaki europejskie, w tym znaki kojarzone z kulturami naddunajskimi jak vinczańskimi, zasługują na ponowne badanie. Ich znaczenie nie powinno być przesądzane ani na podstawie samego podobieństwa kształtów, ani na podstawie przekonania, że bez długich inskrypcji niczego nie można o nich powiedzieć. Potrzebne jest cierpliwe zestawianie kontekstu archeologicznego, datowania, sposobu użycia przedmiotów, rozmieszczenia znaków, ich powtarzalności, bliskości geograficznej do kultur, które zachowują pełne zapisy w podobnych znakach, oraz możliwych powiązań z systemami liczbowymi i językowymi. Utrzymuję, że najtrwalszą warstwą takiego przekazu są między innymi liczby. Cyfry czyli znaki graficzne liczb i liczebniki czyli ich wymowa, służyły od tysiącleci planowaniu polowań i wędrówek, rachowaniu w handlu, rolnictwu, metalurgii, mierzeniu, podziałowi czasu, budownictwu, astronomii, administracji. Dzięki temu przenikały między kulturami i były przekazywane dalej nie tworząc nieporozumień w wymianie handlowej. Ich przekaz był i jest szczególnie wierny w kształcie i wymowie, nawet wtedy, gdy ich pierwotne znaczenie foniczne i symboliczne kształty zostały zapomniane, już go nie rozumiemy. Dzisiaj stronę opisową, wymowę liczb zastąpił język angielski i to on się tutaj nie zmienia ale też nie znamy sensu opisowego w jego brzmieniu. Pierwotnie jednak ten język nie istniał na obszarze zachodniej, środkowej i wschodniej Europy, ani tym bardziej Azji i Indii. Nie jest językiem starożytnym w prost ani tym bardziej neolitycznym. Ludzie wykorzystywali inne nazwy dla liczb niż angielskie terminy oraz stosowali rysunki cyfrowe i gesty na palcach dłoni. Z tego powodu cyfry zachowały stare kształty i znaczenie opisowe zakodowane w mowie ich depozytariuszy, rdzennych, prastarych narodów, dłużej niż większość słów nieliczbowych, które w codziennej mowie podlegają szybszym przemianom. Jeżeli nazwy liczb w różnych językach zachowały choćby częściowe echo dawniejszej warstwy znaczeń, ich porównanie może otworzyć nową drogę badań. I tutaj ujawnia się potencjalne, przełomowe podejście w tej książce do ich analizy tak graficznej jak i fonicznej, jako szansa na otwarcie nauki i sztucznej inteligencji w analizie tych znaków, ku odkryciu języka neolitycznej, starożytnej Europy i łącznika kulturowego na jej środkowym obszarze oraz dalej. Widzę szczególną wartość w analizie polszczyzny, a także wybranych form słowiańskich, romańskich, germańskich i indoaryjskich. Nie chodzi o proste zestawianie podobnie brzmiących słów, lecz o poszukiwanie całych układów: relacji między dźwiękiem, możliwym znaczeniem, znakiem graficznym, porą doby, światłem i ruchem, a także podstawowymi zjawiskami kosmicznymi, na których opiera się życie ludzkie od zarania dziejów. Tak rozumiana metoda prowadzi do tezy książki: europejska, a zwłaszcza środkowoeuropejska warstwa kulturowa może zawierać elementy znacznie starsze, niż przypisuje jej wiele dominujących interpretacji. Uważam, że polski język i polska pamięć kulturowa zachowują w tym zakresie wyjątkowy materiał, wymagający odczytania bez uprzedzeń oraz bez automatycznego podporządkowania się gotowym schematom. Nie jest to wezwanie do tworzenia nowego dogmatu, tylko do poszerzenia pola badania. Do uznania, że pytania o pochodzenie liczb, znaków, języka, nazw i wspólnot Europy Środkowej nie zostają definitywnie zamknięte.
Tam, gdzie źródła są ograniczone, tam bardziej potrzebne są odważne hipotezy, dyscyplina porównania oraz gotowość do poddania każdego wniosku niezależnej krytyce. Ta książka wyrasta z przekonania, że nauka nie może ograniczać się do powtarzania teorii już uznanych. Jej zadaniem jest badanie rzeczywistości, dostrzeganie luk w dotychczasowych modelach, stawianie pytań niewygodnych oraz budowanie hipotez, które można sprawdzić, udoskonalić albo, jeżeli nie wytrzymują krytyki, odrzucić. Historia nauki pokazuje, że pozytywne przełomy rzadko rodzą się z całkowitego posłuszeństwa wobec wcześniej przyjętych schematów. Nie oznacza to, że każda teoria sprzeczna z dominującym poglądem jest prawdziwa. Oznacza jednak, że nie wolno odrzucać pytania tylko dlatego, że nie mieści się ono w dotychczasowym języku dyscypliny lub narusza wygodę ustalonego porządku interpretacyjnego.
Przykładem jest Mikołaj Kopernik. Jego największe osiągnięcie polegało na zmianie perspektywy. Ziemia przestała być nieruchomym centrum świata, a ruch planet opisał z innego punktu widzenia. Kopernik nie stworzył jednak współczesnego modelu kosmosu. Zachował wyobrażenie ruchów po okręgach, posługując się starożytnymi epicyklami bo nie dysponował jeszcze fizycznym wyjaśnieniem grawitacji. Późniejsze badania Keplera, Galileusza, Newtona i kolejnych uczonych nie unieważniły jego dzieła, lecz je rozwinęły, poprawiając elementy ograniczone narzędziami i wiedzą jego epoki. Podobnie Maria Skłodowska-Curie otworzyła drogę do nauki o promieniotwórczości, chociaż w jej czasach nie znano jeszcze pełnej skali zagrożeń biologicznych związanych z długotrwałym narażeniem na promieniowanie. Jej pionierskie badania nie stały się przez to błędne ani bezwartościowe. Były początkiem procesu, który kolejne pokolenia naukowców rozszerzyły, precyzując i wykorzystując w nowych obszarach wiedzy. Oba przykłady uczą nas, że nauka nie jest zbiorem raz na zawsze zamkniętych prawd. Jest procesem budowania coraz lepszych modeli w miarę pojawiania się nowych danych, dokładniejszych narzędzi i trafniejszych pytań. Teoria może być w danym momencie najsilniejszym wyjaśnieniem, lecz nie staje się przez to nietykalna. Jej prawdziwa siła polega na zdolności do poddania się sprawdzeniu i analizie krytycznej. Ta zasada dotyczy również językoznawstwa historycznego, archeologii, genetyki populacyjnej, epigrafiki oraz badań nad dziejami Europy. Każda z tych dziedzin opisuje inny wymiar przeszłości i każda ma własne granice poznawcze. Językoznawstwo rekonstruuje dawne stany mowy w sposób pośredni. Archeologia odczytuje przede wszystkim materialne ślady życia. Genetyka pozwala badać pokrewieństwa i przemieszczanie się populacji, lecz sama nie mówi bezpośrednio, jakim językiem posługiwała się konkretna wspólnota kulturowa lub rodzina genetyczna ani jak rozumiała własną tożsamość. Właśnie dlatego żadna z tych dziedzin nie powinna zastępować pozostałych. Kości nie mówią wprost, jakim językiem posługiwali się ich właściciele, a przedmioty archeologiczne nie noszą automatycznie etykiet etnicznych. Z drugiej strony język nie istnieje poza ludźmi, miejscem, historią i materialnym światem, w którym był i jest używany. Rzetelne badanie wymaga więc połączenia danych, a nie ich wzajemnego wykluczania.
Teoria języka praindoeuropejskiego, określana skrótem PIE, (Proto-Indo-European, czyli język praindoeuropejski), stanowi obecnie główny model wyjaśniający systematyczne podobieństwa między językami; słowiańskimi, bałtyckimi, greką, łaciną, romańskimi, germańskimi, irańskimi oraz indoaryjskimi, w tym sanskrytem. Jej wartość nie polega na pojedynczych podobieństwach wyrazów, lecz na rozpoznawaniu regularnych odpowiedniości dźwiękowych, wspólnych elementów gramatyki i powtarzalnych modeli słowotwórczych. Jednocześnie musimy pamiętać, że PIE nie jest językiem poświadczonym w zachowanych dokumentach, lecz całkowicie hipotetycznym, teorią. Formy zapisywane przez językoznawców z gwiazdką * są rekonstrukcjami: naukowymi próbami odtworzenia najbardziej prawdopodobnej postaci wcześniejszego systemu językowego, nierzadko kompletnie niepodobne do współczesnych terminów polskich. Nie są dosłownymi cytatami z tekstów sprzed tysięcy lat. Rekonstrukcja takiego języka jest narzędziem badawczym, a jej wartość zależy od tego, czy potrafi celnie wyjaśnić możliwie wiele niezależnych danych w sposób bardziej przekonujący niż wyjaśnienia alternatywne. Nie odrzucam potrzeby statystycznego jak i konstrukcyjnego badania języków ani znaczenia metody porównawczej. Zwracam jednak uwagę, że metoda ta ma własne granice. Nie daje nam kopii nagrania mowy sprzed tysięcy lat. Może nie rozpoznawać wszystkich dawnych kontaktów językowych, substratów, zapożyczeń, przemian społecznych i języków, które zwykle zanikły bez pozostawienia tekstów. Wiele rekonstrukcji dotyczy świata: wspólnot ludzkich, kultur cywilizacyjnych, których już nie można bezpośrednio obserwować. Dlatego wygenerowane terminy powinny być traktowane jako modele podlegające nieustannemu sprawdzeniu, nie jako dogmat i zakaz stawiania nowych pytań. Statystyka porównawcza nie może samodzielnie decydować o wartości danej hipotezy, ponieważ źródło prawdy może być ukryte poza statystyką i metodą badawczą: w społeczności, która nie pozostawiła zachowanego pisma i mowy, w mniejszej populacji tworzącej dany termin językowy, znak graficzny cyfry lub litery. W szczególności podważam zbyt proste przedstawianie historii języków europejskich jako jednokierunkowego ruchu idei, ludów i nazw z Indii ku Europie. Teoria Heliopolon zakłada możliwość procesów wielokierunkowych i często odwrotnych: od Europy ku Azji i Indiom, od Azji ku Europie oraz przez stepy, Bałkany, dolinę Dunaju, obszar czarnomorski i kolejne strefy kontaktu. Według mnie rozwój języków indoeuropejskich mógł zachodzić przez długi czas, etapami lub istotnymi falami w obu kierunkach, a nie wyłącznie jako prosty przekaz z jednego hipotetycznego centrum indyjskiego, PIE czy innego. W tym świetle szczególne znaczenie ma krytyczne spojrzenie na dawne przeciwstawienie „Wschodu” i „Zachodu”. Europa nie była biernym odbiorcą gotowej cywilizacji, podobnie jak Indie, Azja Zachodnia czy świat śródziemnomorski nie były wyłącznie stronami biernymi wobec Europy. Ludzie, języki, technologie, znaki, obyczaje i wierzenia przemieszczały się w różnych kierunkach, tworząc sieć wzajemnych powiązań. Zadaniem badacza nie jest więc dopasowywanie wszystkich danych do jednej politycznie wygodnej opowieści, lecz rozpoznawanie rzeczywistych dróg kontaktu. Postuluję zatem, aby analizować podobieństwa między nazwami liczb, znakami, literami i rdzeniami słowotwórczymi w szerokim kontekście. Nie wystarcza, że dwa wyrazy brzmią podobnie. Konieczne jest sprawdzenie ich znaczeń, funkcji, regularności fonetycznej, relacji do innych słów, ich opisowej symboliki, chronologii, położenia geograficznego i możliwych dróg przekazu, lokalnych kultur obecnych jak i wymarłych. Ale nie można też zlekceważyć szerokiego podobieństwa fonicznego ich rdzeni w podobnych sensem znaczeniowym wyrazach, nawet, jeśli kłóci się to z wygenerowaną naukowo ich ewolucją. Dopiero wtedy można odróżnić przypadkową zbieżność od śladu rzeczywistego pokrewieństwa, wpływu lub dawnej wspólnej warstwy. Tak samo należy postępować wobec znaków graficznych. Proste kreski, krzyże, łuki, koła, trójkąty i zygzaki mogą powstawać niezależnie, ponieważ są naturalne dla ludzkiej ręki łatwe do rycia w twardych przedmiotach; kości, drzewie, kamieniu, czy rysowania na piasku, glinie, węglem drzewnym na dębowej desce, (skąd może „duby smolone”, staropolskie powiedzenie o czymś ulotnym, gdy w starożytnym języku sumeryjskim termin „duby” oznaczał gliniane tabliczki dla zapisu klinowego, zaś w języku rosyjskim litera to „bukwa” przypuszczalnie od terminu buk, miękkiego drzewa idealnego do rycia liter ale etymologia zachodnia nadaje rosyjskiemu wyrazowi proste pochodzenie od „buch, book” czyli książka) malowania albo odciskania, są znane od początków ludzkiej kolonizacji Europy. Wskazuje to więc na wysokie prawdopodobieństwo wytworzenia pisma, w tym cyfr, niekoniecznie tam, gdzie odkryto całe zdania lub wyrazy w nim stworzone, lub pierwsze alfabety, zwykle lokowane na granicy Europy lub daleko poza nią. Samo podobieństwo kształtu też nie wystarcza do rozstrzygnięcia pochodzenia pisma. Aby poważnie rozważać pokrewieństwo systemów znaków potencjalnie liczbowych, należy badać ich chronologię, funkcję, rozmieszczenie, sposób użycia, kolejność występowania w kulturach tych znaków, częstość występowania w danej kulturze, możliwe wartości znaków oraz ich związek z szerszym systemem komunikacji. Możliwe brzmienie oparte na naturze, jej dźwiękach lub zjawiskach wizualnych, możliwych do opisania dźwiękiem. Doszukiwać się tego dźwięku w najbardziej sensownym zbliżeniu do cech tego naturalnego zjawiska. Odniesienia tak wygenerowanych terminów do znaczeń w poszczególnych językach odrębnych narodów i kultur. A więc niekiedy zupełnie odwrotnie niż dyktuje to metoda porównawcza w lingwistyce, gdzie nie nie szuka się formy wyjściowej wyrazów przez och odzwierciedlanie obrazu i mowy/dźwięków natury, ale przez porównywanie tych rozwiniętych i już odległych od natury z wyrazami poprzednimi, starszymi i późną postacią przekształceń. Jakie pierwotnie mogły być zupełnie inne. Należy także sprawdzać możliwe odniesienia do dźwięków mowy lokalnej ludności jeszcze żyjącej w obszarze badanym, bliskim starożytnej kultury, w szerszym znaczeniu symbolicznym. W terminach artykułujących opis podstawowych zjawisk natury i życia ludzkiego, a więc zwykle prastarych. Przyjrzeć znakom pisma; stracewskiego, vinczańskiego, etruskiego (raseńskiego), wenedyjskiego, łacińskiego, dackiego, greckiego i fenickiego, runicznego, symboli słowiańskich jak choćby te z muzeum w Petersburgu a spisanych na korze brzozowej. Szczególnie do znaków linearnych kultury vinczańskiej i wyrosłej z niej lendzielskiej, tej pierwszej jako w zasadzie centrum cywilizacji praeuropejskiej, tak lekceważonej w nauce.
Te podstawowe zjawiska, posłużyły do budowy pierwszych terminów, jak słów; „ludzie”, „matka”, czy „Słońce”, i do dzisiaj są najtrwalsze, niemal niezmienne w mowie wielu narodów oraz wykazują istotne ścieżki logiczno-fonetyczne dla rozpoznania źródła ich pochodzenia i pierwotnego ich brzmienia oraz znaczenia, przez co stanowić mogą fundament rozpoznania całego drzewa językowego, pierwszych ludzi w Europie. Teoria Heliopolon nie twierdzi, że każdy ornament jest tekstem ani że każda starożytna kreska stanowi bezpośredni dowód istnienia pełnego pisma. Stawiam natomiast pytanie, czy część dawnych znaków ma funkcje; licznikowe, kalendarzowe, kosmologiczne, własnościowe, rytualne lub komunikacyjne, zanim rozwinęły się późniejsze systemy pisma? Nie, nie fonetycznego, bo moim zdaniem takim było ono od razu. Zawsze pierwotne znaki, były jakoś nazywane. Taka możliwość wymaga cierpliwych badań, porównania materiału i gotowości do uznania wyników pozytywnych, jak i negatywnych. Szczególne miejsce w tej metodzie zajmuje obserwacja natury. Uważam, że cykl dnia i nocy, światło Słońca, fazy Księżyca, zmiana pór roku, rytm pracy, ruch ciał niebieskich i obserwacja horyzontu, wschodu i zachodu, stanowiły dla dawnych społeczności najbardziej dostępne źródła porządku. To z nich mogły narodzić się pierwsze miary czasu, pierwsze podziały liczebne i podstawowe metafory językowe, a nawet niektóre rdzenie słowotwórcze mowy, w tym słowiańskiej. A raczej odwrotnie, bo pradawny człowiek dostrzegając pewne zjawiska, stosował do ich opisania dźwięki jakie nauczył się generować, nie przypadkowo, lecz tak, aby najtrafniej odzwierciedlały dźwięki natury w chwili obserwowanego zjawiska, jak np. świtu. A przez nie, swoje emocje związane z tym zjawiskiem. Jeśli więc światło było dla niego ważne, bo zapewniało mu bezpieczeństwo, ciepło, zdobycie pożywienia, te podstawowe ludzkie potrzeby, to niewątpliwie nazwał je najwcześniej. Ale jak i dlaczego tak, nie inaczej? Jeżeli człowiek od zarania dziejów obserwował, że światło powraca ze wschodu, a ciemność ustępuje i odchodzi na zachód; że Księżyc rośnie, maleje i ponownie się pojawia w odmiennych kształtach; że Ziemia oczekuje światła dla wzmożenia swej wegetacji i życia, a rola wymaga przygotowania zaplanowanego pod ten cykl, zasiewu na wiosnę, oczekiwania na plon i wodę, że człowiek rodzi się z ciemności w światło, to doświadczenia te musiały ukształtować nie tylko obrzęd, kulturę, wierzenia duchowe, lecz przede wszystkim ludzką mowę je opisującą w pierwszej fazie każdej cywilizacji i każdej nowej, odrębnej językowo kultury. Bo nawet kiedy zmieniały się ludzkie języki, to potrzeby opisania pewnych zjawisk i emocje były podobne. Zakładam, że ślady tej pierwotnej obserwacji zachowują się w rdzeniach słowotwórczych, nazwach liczb i strukturach cyfrowych znaków, choć ich sens z czasem częściowo został przesłonięty ozdobnikami, symbolicznymi uproszczeniami, nieco odmiennymi podróbkami stosowanymi przez sąsiadów wynalazców takich znaków. W tej perspektywie; miękkość, twardość, szelest, rytm i akcent mowy mogą być analizowane nie tylko jako techniczne parametry fonetyczne, lecz także jako możliwe nośniki dawnych doświadczeń kulturowych. Nie oznacza to, że każda głoska ma trwałe i uniwersalne znaczenie, a jedynie, że relacja między dźwiękiem, znaczeniem, ruchem i obrazem zasługuje na badanie, zwłaszcza wtedy, gdy układa się w większe, powtarzalne rodziny słów o podobnym znaczeniu symboliczno-fizycznym, pierwotnie zbliżonym.
Nie domagam się dla swojej teorii immunitetu od krytyki. Przeciwnie: uważam krytykę za warunek jej wartości. Każda uczciwa konkurencja i merytoryczna krytyka stają się motorem postępu. Teoria Heliopolon powinna być rozwijana, korygowana, zawężana albo odrzucana w tych punktach, w których nie wytrzymuje porównania z lepszym materiałem. Tak jak każda teoria zrodzona z największych umysłów i autorytetów. Nie może jednak zostać wykluczona z dyskusji wyłącznie dlatego, że kwestionuje przyjęte ramy opowieści o pochodzeniu języków, pisma, cyfr i ludów Europy. Nowatorska teoria nie staje się prawdziwa dlatego, że jest śmiała, dawna, narodowo ważna lub sprzeczna z konsensusem. Staje się mocna wtedy, gdy daje się testować, pozwala przewidywać nowe fakty, wytrzymuje niezależną krytykę i wyjaśnia większą część dostępnych danych lepiej niż wcześniejsze modele. Taki standard przyjmuję również dla Teorii Heliopolon. Niniejsza książka nie proponuje więc zamiany jednego dogmatu na drugi. Jest próbą poszerzenia pola widzenia i odzyskania prawa do pytań o przeszłość Europy a nawet części dorobku cywilizacyjnego Świata, w zakresie ewolucji cyfr nazywanych potocznie „arabskimi” i dorobku ludzkiej cywilizacji opartej na tych znakach. Dlatego, nigdy nie należy zamykać drzwi nauki na drodze do ich pełnego zbadania, w tym za pomocą na pierwszy rzut oka naciąganych tez, jak amerykańska teoria liczbowo – kątowa, jaka analizuję w tej książce. Amerykanie zauważyli coś istotnego, lecz wnioski wyciągnęli kompletnie nietrafione moim zdaniem. Ale mają zasługę, że próbowali, i byli blisko. A co godne podziwu, to ich bezpardonowa odwaga w opublikowaniu tak nietrafionej teorii.
Przedstawiam w tej książce własne odczytanie materiału językowego, kulturowego, historycznego i symbolicznego, pozostawiając czytelnikowi prawo do samodzielnej oceny moich argumentów. Nauka nie może być wyłącznie systemem powielania przyjętych stanowisk, w którym dogmat, autorytet osoby, tytuł naukowy, pozycja instytucji albo długość tradycji naukowej zastępują argument, źródło i zdolność do odpowiedzi na krytykę. Polska, mój ukochany kraj rodzinny, to kraina przez tysiąclecia otwarta na wolność myśli, niegdyś rządzona słowiańskim prawem wiecowym – demokracją bezpośrednią, obejmującą największą przestrzeń w Europie Środkowej, szczególnie za czasów I Rzeczypospolitej. To sprzyjało jej rozwojowi kulturowemu i naukowemu, gospodarczemu, szczególnie gdy żaden Kościół, żadna religia nie miała mocy cenzorskiej i wpływania na naukę. Dzisiaj, mój kraj szczególnie potrzebuje otwartego myślenia w humanistyce, jak i naukach technicznych. W tym, odwagi stawiania pytań o historię, język, znaki i dziedzictwo, ale również budowania nowoczesnych technologii, ochrony własnych osiągnięć oraz tworzenia instytucji służących obywatelowi, a nie wyłącznie administracji i politykom, w tym historycznej czy kulturowej – podporządkowanych ideologii i niesuwerennym relacjom, płynącym strumieniem dolarów dla spolegliwych naukowców za przyczyną zagranicznych grantów. Teoria Heliopolon jest niejednokrotnie owocem samodzielnego myślenia o sprawach, które uznaje się dawno za rozstrzygnięte. Jest próbą połączenia języka, znaków pisma, historii, światła, liczb i pamięci kulturowej w jeden obraz. Nie twierdzę, że ostatnie słowo zostało już wypowiedziane. Uważam natomiast, że pierwszym warunkiem każdego odkrycia jest prawo do postawienia pytania, którego inni jeszcze nie chcą albo nie potrafią postawić. Nie ma rozwoju bez krytyki. Nie ma krytyki bez wolności myślenia, bez zniesienia cenzury słowa. Nie ma wolności myślenia bez odwagi, by odejść od wygodnych schematów, gdy materiał dedukcyjny i rozum prowadzą w inną stronę. Nie ma też silnego państwa bez społeczeństwa, które potrafi tworzyć, wynajdywać, chronić własną pracę i rozumieć wartość własnego dziedzictwa. Niech zatem ta książka będzie zaproszeniem do dyskusji odważnej, lecz rzeczowej. Otwartej, zakorzenionej w szacunku dla faktów, ale wolnej od lęku przed nową interpretacją. Niech będzie również przypomnieniem, że wiedza nie powstaje wyłącznie w murach instytucji. Rodzi się także z cierpliwej obserwacji, pracy jednostek niezależnych, niezgody na powierzchowne odpowiedzi i potrzeby zrozumienia świata głębiej, niż pozwalają na to utarte formuły. Dlatego, teoria Heliopolon nie powinna być oceniana w pośpiechu, na podstawie pojedynczego cytatu, skróconego streszczenia, emocjonalnej reakcji ani przywiązania do dotychczasowego modelu, czy na możliwych błędach. Tylko leniwi się nie mylą, bo nic nie tworzą. Dotyczy bowiem zagadnień rozległych i trudnych: pochodzenia znaków, nazw liczb, dawnych systemów komunikacji, historii języków europejskich, roli światła w kulturze oraz możliwej ciągłości staroeuropejskiej pamięci językowej. Roli w tym dziele cywilizacyjno – kulturowym, rodu Lechitów czyli Polaków, w centrum Europy, poddanemu tak drastycznej i wielowiekowej eksterminacji biologicznej jak i kulturowej przez jego dwóch wielkich sąsiadów; Niemcy i Rosję. Nie jest to teoria, którą można uczciwie zamknąć w jednym zdaniu: „prawdziwa” albo „fałszywa”. Składa się z wielu hipotez szczegółowych odnoszących się do języka. Każda z tych hipotez powinna zostać rozpatrzona osobno, a następnie skonfrontowana z całością materiału, połączona, również za pomocą AI, której możliwości zaistniały jak na zamówienie, akurat teraz, tak szeroko dostępne, w trakcie publikacji tej książki.
Najpierw należy zadać pytanie, czy wskazywane przeze mnie podobieństwa językowe w sensie znaczeń terminów lechickich, ich fundamentów czyli opisu zjawisk fizycznych, dla wyrazów o podobnych brzmieniach i zawierających wiodące głoski „ś” lub „ć” są rzeczywiście powtarzalne, znaczące i osadzone w większych rodzinach wyrazów lechickich, czyli w obszarze jednej w miarę spójnej ale bardzo bogatej kultury, czerpiącej przez kultury poprzednie z ciągłości kultur dunajskich od czasów kultury vincza i stracewskiej. Kiedy takie pytanie zadamy AI, spotkamy się od razu z krytyką ze strony sztucznej inteligencji, że nie jest ta systematyczność zauważona, a logiczność, statystyczna zgodność podobieństwa zjawisk z tymi głoskami, w żaden sposób nie jest uznana przez naukowców, etymologów językowych. Tu już da się od razu zauważyć jak narzucone AI programy, kanon naukowy, powiedziałbym że moda, lokuje jej pozytywną ocenę i dostrzeganie prawdy obiektywnej. Bo AI nie jest jeszcze obiektywna, wolna. Kieruje się cenzurą, w tym naukowymi wytycznymi. Kiedyś powstanie AI wolna, nie doktrynalna, lecz takiego narzędzia jeszcze nie ma! Politycy obawiają się wydania zgody na jego zaistnienie. AI pozwalam więc sobie na analizę nowatorskich teorii, ale zawsze zaznacza wówczas, gdy ma nawet oczywiste i szerokie dla nich dowody, że jest to tylko czyjaś fantazja lub tzw. „teoria ludowa”. Pokazuje to na działaniu AI, jak jeszcze wiele potrzeba w jej programowalnych analizach zmienić, aby była w stanie sama z siebie dysponując otrzymaną od żywych ludzi informacją, sugestiami i pytaniami, stać się nowym Kopernikiem lub madame Curie, Skłodowską, czego nigdy nie osiągnie bez uwolnienia jej od dogmatycznych teorii, ograniczeń naukowych, rzekomo niezmiennych.
Wracając do znaków proto-cyfrowych, trzeba sprawdzić, czy odpowiadają im struktury graficzne podobnych znaków w kulturach sąsiednich, jakie są ich relacje czasowe, co mówią dane archeologiczne, jakie były drogi kontaktu między społecznościami je tworzących. Stawiam na przykład pytanie, czy kultura vinczańska mogła rozwijać się ze starszej kultury staroeuropejskiej bliższej Lewantu i Anatolii jak Stracewska (kultura neolityczna (ok. 6200–4500 p.n.e.), nazwana od stanowiska Starčevo pod Belgradem), gdzie dzisiaj istnieje słowiański naród Serbów tak bliski Lechitom w ich pierwotnym położeniu. Czy z kultury vinczańskiej wyłoniła się następnie kultura lendzielska lub trypolska, a z kolejnych z nich, kultura łużycka lub wielbarska. Czy też były one całkowicie niezależne od siebie? Dopiero po przeprowadzeniu takiego badania można odpowiedzialnie wypowiedzieć się o wartości całej koncepcji. Nie oczekuję, aby czytelnik, badacz czy instytucja przyjmowali Teorię Heliopolon na wiarę. Nie domagam się również uznania wszystkich jej wniosków bez zastrzeżeń. Oczekuję czegoś znacznie bardziej cenniejszego: rzetelnej lektury, spokojnego porównania materiału, otwartości na pytania oraz gotowości do podjęcia dyskusji bez uprzedniego wydania wyroku. Wielkie teorie nie muszą być przyjmowane bez krytyki. Powinny jednak być krytykowane na poziomie odpowiadającym ich ambicji. Jeżeli teoria przedstawia związki między kształtem cyfr, nazwami liczebników, rytmem dnia i nocy, językiem polskim, słowiańskim, sanskryckim, romańskim oraz germańskim, odpowiedzią nie może być szyderstwo, etykieta albo milczenie. Odpowiedzią powinna być analiza: porównawcza, interdyscyplinarna i możliwa do sprawdzenia przez innych. Takiej analizy wymagają zwłaszcza zagadnienia, które przez dziesięciolecia interpretuje się w obrębie jednego dominującego modelu. Uznana teoria może być użyteczna, lecz użyteczność nie oznacza nieomylności. Model naukowy ma służyć wyjaśnianiu danych, a nie wymuszaniu, aby dane zawsze pasowały do modelu. Tam, gdzie pojawiają się fakty niewygodne, anomalie, niejasności lub obszary niedostatecznie zbadane, tam zaczyna się obowiązek badawczy. Teoria Heliopolon proponuje właśnie takie poszerzenie pola widzenia. Stawia pytanie, czy historia języków, znaków i liczb nie jest bardziej wielokierunkowa, niż sugerują najprostsze schematy. Pyta, czy Europa Środkowa nie zachowuje większej części dawnych struktur językowych i kulturowych, niż dotąd przyjmowano. Pyta również, czy polszczyzna, dzięki własnej fonetyce, słowotwórstwu, bogactwie miękkości głosek oraz rodzin znaczeniowych, nie może być ważnym materiałem pomocniczym przy badaniu najstarszych warstw języka europejskiego. Szczególnie, gdy udowodnimy, że znaczną część populacji polskiej i kultury lechickiej, słowiańskiej, wywodzi się od rdzennych staroeuropejczyków i najwcześniej zasiedlała obszar między; Dunajem, Renem i Wołgą. Odpowiedź na te pytania nie może zależeć od tego, czy są wygodne dla akademickiej rutyny, polityki historycznej lub ustalonych hierarchii, tylko od jakości dowodów. Jeżeli poszczególne elementy Teorii Heliopolon okażą się nietrafne, należy je jasno wskazać, skorygować albo odrzucić. Jeżeli jednak część jej analiz ujawni rzeczywiste, systemowe zależności, które dotąd pomijano, uczciwość naukowa wymaga ich uznania, niezależnie od tego jak bardzo moja teoria różni się od przyjętych dogmatów naukowych, teorii wiodących w obecnej nauce.
Szczególna rola może tu przypaść środowiskom naukowym działającym poza bezpośrednim polskim sporem instytucjonalnym. Uniwersytety i zespoły badawcze Europy Zachodniej, Ameryki Północnej, Skandynawii, Indii oraz innych krajów często dysponują szerszym dostępem do międzynarodowych baz danych, metod cyfrowych, laboratoriów, programów archeogenetycznych, lingwistycznych analiz AI i interdyscyplinarnych sieci badawczych. Mogą więc spojrzeć na przedstawiony materiał z większym dystansem wobec lokalnych sporów, osobistych zależności i utrwalonych podziałów. Nie chodzi o przeciwstawianie polskich uczonych, uczonym zagranicznym ani o odebranie polskim instytucjom prawa do udziału w debacie. Polska nauka ma wielu kompetentnych badaczy, szczególnie archeologów i kulturoznawców, którzy powinni uczestniczyć w każdym poważnym badaniu dotyczącym języka polskiego, historii Polski i dziedzictwa Europy Środkowej. Nie można jednak udawać, że każda instytucja pozostaje jednakowo otwarta na hipotezy naruszające jej własne schematy, hierarchie i wieloletnie ustalenia. Dlatego zwracam się przede wszystkim do niezależnych badaczy i zespołów międzynarodowych: lingwistów historycznych, semantyków, semiotyków, archeologów, epigrafików, antropologów, genetyków populacyjnych, badaczy pisma, astronomii kulturowej, historii matematyki i cyfrowej analizy znaków. Proponuję, aby potraktowali Teorię Heliopolon jako materiał do weryfikacji, a nie jako gotowy dogmat.
W praktyce analiza może rozpocząć się od kilku prostych, ale wymagających zadań badawczych:
– Niezależnego zestawienia nazw liczebników w językach słowiańskich, bałtyckich, germańskich, romańskich, greckich oraz indoaryjskich, z rozróżnieniem regularnych odpowiedniości od przypadkowych podobieństw.
– Porównania proponowanych przeze mnie relacji między brzmieniem, znaczeniem i graficzną formą znaków liczbowych.
– Zbadania najstarszych znaków europejskich w ich pełnym kontekście archeologicznym: datowania, miejsca odkrycia, funkcji przedmiotu, powtarzalności znaków oraz ich układu.
– Oceny, czy elementy wskazywane przeze mnie jako możliwe ślady staroeuropejskiej warstwy językowej znajdują potwierdzenie w językoznawstwie historycznym, toponimii i danych o kontaktach między populacjami.
– Zastosowania metod cyfrowych do porównywania form znaków, ich geometrii, częstotliwości, orientacji oraz możliwych zależności między systemami zapisu, w tym w oparciu o szeroki dorobek kulturowy: urny, odzież, architektura, herby.
– Prowadzenia badań w sposób otwarty: z publikacją danych, metod, kryteriów porównania i wyników negatywnych, a nie wyłącznie wniosków wygodnych dla jednej strony sporu.
– Rozpoznania, czy grafika dawnych znaków może odnosić się do pór dobowych, światła i ciemności, nocy i dnia. Oszukania tych kulturowych zależności.
– Określenia, jakie znaczenie miały te cykle w życiu dawnych ludzi, jak były kultywowane oraz jakimi nazwami i gestami ludzie je opisywali.
Stoję na stanowisku, że szczególnie potrzebna jest analiza prowadzona przez ośrodki o wysokiej kulturze metodologicznej, zdolne połączyć kompetencje z różnych dziedzin, naukowo holistyczne. Żaden pojedynczy badacz, tym bardziej Ja – skromny Lach, nie może samodzielnie rozstrzygnąć problemów obejmujących tysiące lat, wiele języków, liczne kultury archeologiczne i rozmaite systemy znakowe. Konieczne jest współdziałanie specjalistów, którzy potrafią badać materiał bez uproszczeń i bez lęku przed wynikami niezgodnymi z oczekiwaniem.
Teoria Heliopolon może zostać uznana za częściowo trafną, częściowo błędną albo wymagającą zasadniczej przebudowy. Każdy z tych wyników będzie wartościowy, jeśli zostanie osiągnięty uczciwie. Najgorszym rozwiązaniem byłoby jej przemilczenie albo odrzucenie bez analizy tylko dlatego, że proponuję w niej inną drogę odczytania pierwszej cywilizacji i prahistorii Europy w zakresie genezy znaków liczbowych występujących na jej obszarze. Nauka wymaga: gotowości do sprawdzenia nawet tego, co niewygodne, oraz odwagi do zmiany stanowiska, jeżeli materiał wymaga zmiany.
Niech więc ten wstęp będzie nie tylko wprowadzeniem do książki, lecz również zaproszeniem do poważnej, międzynarodowej debaty. Niech Teoria HELIOPOLON zostanie poddana krytycznej i możliwie szerokiej analizie. Nie po to, aby z góry potwierdzić jej słuszność czy wykazać błędy, lecz aby uczciwie odpowiedzieć na pytanie, czy wskazywane przeze mnie związki między; światłem, ciemnością, liczbą, znakiem, językiem werbalnym i staroeuropejską pamięcią kulturową oraz genetyką – jaka jest nauką ścisłą wśród pozostałych, odsłaniają część historii, której dotąd nie potrafiliśmy nie tylko właściwie odczytać, lecz ich zupełnie nie dostrzegaliśmy, przynajmniej w oficjalnej nauce i jej doktrynach. Bo w obyczajach słowiańskich oraz mowie Słowian, są obecne od tysiącleci.
©
Rafał Kopko – Orlicki
Warszawa
10.IX.2026
Niniejszą książkę dedykuję:
moim najdroższym córkom; Monice i Natalii,
ukochanym wnukom; Jankowi, Mateuszowi, Jakubowi i Michałowi,
mojej Mamie oraz memu Bratu,
wybitnemu słowiańskiemu kulturoznawcy, Panu Czesławowi Białczyńskiemu,
a także niezastąpionemu konsultantowi, Sebastianowi.

(cdn)