
Jerzy Przybył – Jaryło
© Czesław Białczyński & Jerzy Przybył
Z Księgi Tanów: TAN TRZECI WIELKI – JARE GODY, ŚWIĘTO ŚWIĄT, ŚWIĘTO WIOSNY – TAN WIELKIEJ NOCY NOWEGO GODU, UKRES-KRES OSTARY, DZIKI-DZIWY GON WIOSNY – TAN DEWAŃSKIEJ WIELKIEJ WIOSENNEJ GONITWY NA NIEBIOSACH, WIOSENNA BITWA NIEBIESKA, UWICIE JAREGO OGNIA – WIJ JARY, WIJARA

Jerzy Przybył -Rok Słowiański: Jaryło-Jaruna
A kiedy wszystko już było gotowe, do bani poszli. Każde z ręcznikiem obrzędowym własnym, pięknie w boskie pismo wyszywanym, opisanym boskimi wzorami i ślaczkami. Babka żar z owinu wyjęła i w pirć jeszcze dorzuciła, żeby bania mocniej się nagrzała. Potem całą rodziną, wenikami się wzajem obili, a zabawa przy tym była przednia, jak przy igrach w śnieżki. Jak kto kogo za mocno zaciął, to inni go zaraz dopadali i mu to zwracali z nawiązką, do czerwoności, do krwi. Bazie i koszki, co z weników odpadły, pozbierała Dobrynia co do jednej do miseczki.
Wszechwołod polał rozgrzane kamienie żywą wodą. Parą gorącą ciała wypocili. Na koniec każdy do zimnej wody żywej w poidle u studni wskakiwał. Ręcznikami dzieci natarli i siebie wzajem, po czym pięknie je naciągnęli, naprostowali i rozwiesili do suszenia.
Teraz można było w odświętne ubrania się ustroić, włosy zapleść, czapę istyjską uroczystą na głowę włożyć i ruszyć do sioła, do Okołu-Obwaru, pod Drzewo Zapisu, pod Ogniszsze, pod Dom Boski, pod Chram-Kącinę, gdzie Podobieństwo Marzanny, Nyji i Kolady całą zimę trzymano we wnętrzu kaplicy kącinnej – w Pokuciu-Pokojcu. Tejże kąciny gontami krytej, co obok radnicy Rady Starców jest posadowiona i obok wiecownika ludowego – pospólnej Gospody Biesiadnej, naprzeciwko wójtownika-sądownika Sądu Starowiekowego.
A że najdalej od środka wsi Wszechwołodycze mieli gospodarstwo, to kiedy przybyli, tam na miejscu byli już wszyscy mieszkańcy, kto żyw. Bieśnik Stojan grube bale dokładał do Ogniszcza opodal Drzewa Zapisu umiejscowionego, do żaru, wśród którego juże od wczora smalił się Badnyjak – Stary Ogień-Kłoda – jako pal pośrodku ogniszcza wbity, palwan święty. Buchnął Ogień żwawo, chram i inne domy malowane w ogniach zabłysły. Bodnyjak-Badnyjak, ogniem wysokim otoczony, mocno przysmalać się zaczął i poddymiać ze słomianego brodziska.
Żywe Koło stworzyli, za ręce się wzajemnie splatając, a bieśnik wszedł do Domu Bożego, do chramu, do kąciny. Ogień przygasł szybko, kiej się słoma wypaliła.
Cienie długie a ruchome po ścianach budowli powstały. Pochylili głowy, kiedy Śmierciucha – podobieństwo Trzech Bogiń Ciemnych: Marzanny, Nyji i Kolady-Kostruba – ustrojona w suknie i wisiory, w naszyjniki, ze dźwierzy chramu się wyłoniła. Pochylili głowy, bo i onże bieśnik się odmienił. Nie było już Stojana, była straszna maszkara w słomiane boty i portki odziana, w plecioną z łachmanów kurtę
zakutana, z twarzą w koziej masce, z rogami ostrymi nad olbrzymim ofutrzonym łbem. Jakby urósł tam w chrominie, w gontynie, wielki jak góra się zdawał, a jego prawica Karzące Bacisko dzierżyła.
Z wnętrza chramu zaraz za nim Orszak Śmierciuchy wyszedł, a straszny był! Trzech żerców w strojach i maskach zwierzęcych. Dwóch na podobieństwo Tura i Byka urobionych, z wołowymi głowami, z kręconymi rogami byczymi, jeden na biało – Białym Turem oro Turoniem lub Turoczykiem albo Traczem zwany, drugi zaś na czarno jako Czarny Byk odzian. Trzeci z Ptasią Głową – ni to orlą, ni kaczą, ni bocianią, dziwą, ze skrzydłami zaś u ramion urastającymi, na złoto suto ustrojony. Niosą Święte Oradło – ziemskie przedstawienie żelaznozębego Oroborosa – Węża
Czasu Czasów.
Trzy wiedźmy szpetne, na podobieństwo Chorzycy, Zmory i Nyji, za nimi wózek ciągną. Wózek dwukołowy, podobieństwami boskimi zasiędziony, jako żywe ci one w drewnie odrobione, malowane barwnymi maściami. Jaruna w Zielonej Sukni tam siedzi, Jarowit Szczerozłoty na koniku i Dażbóg (Darzbóg), a wszyscy w otoczeniu polatujących swoich ptasich braci – sokołów, Denga-Raduga-Wedra, Bożebóg-Radogost z ptakiem na ramieniu, Swaróg i inni.
Morowa Królowa Śniegu, Śmiercionośna Pani Nyja, Lodowa Władyca Kolada – Trójzima w jednej osobie – w ogniu mieniła się. Napierśnicami i łańcuchami drogocennymi Śmierciucha owa błyszczała, a grzechotką, co ją w ręku dzierżyła i obręczami, i kolczykami żelaznymi, stukała w rytm. Od korali czarnych się lśniła. Jako żywa wyglądała.
– Swadźbę Bogów Kiru teraz my uczynim – powiada bieśnik. – Co sobie bowiem Bogi w roku zeszłym przysięgali w Zimowych Zarękowinach i tamtym Weselu, tego w nowym dotrzymać muszą.
A że podobieństwa Jaruny i Jaryły w postaci Wikłarza nie mamy, bo go dopiero ukręcać trzeciego dnia świętowania Wiosny będziem, zatem ze Śmierciuchą, co Kostruba-Koladę wyobraża, Swadźba podobieństw Jaruny i Jaryły ze Świętego Wozu Gwiazdowego teraz nastąpi.
Pódźcie hań! – zwraca się do wiedźm, co Chorzycę, Nyję i Zmorę udają, do siebie władczym gestem je woła, a baciskiem pograża. – Ze czcią podobieństwa owe z Wozu Świętego Gwiazdowego wyjmcie! By bóstwa się na lud sielański cały nie pogniewały!
Jak rzekł, tak one uczyniły i Jaryłę Szczerozłotego oraz Jarunę Zielonosukienną z nabożeństwem obok Śmierciuchy po lewicy i prawicy u ogniszcza posadowiły.
Bieśnik od jednej, tej najważniejszej, za Nyję przebranej, pas obrzędowy otrzymał, a sam swój własny zdjął. Jednym pasem Jarunę ze Śmierciuchą za dłoń związał, drugim pasem Jaryłę ze Śmierciuchą złączył i tak węzeł małżeński uczynił. Potem ono Małżeństwo Boże ogniem, wodą, mlekiem z miodem, piwem i winem, solą, ziarnem i dymami okrzcił, szeptuńskie zaklęcia na szczęśliwą oną Swadźbę Bożą zarzucił i tym sposobem pożenił w obrzędzie Zimę z Wiosną.
– Boskie przyrzeczenia swadźbą wypełnione! – zakrzyknął i z baciska strzelił. Na te jego słowa skrzypki i wijary gędźbę znowu wszczęły, a za nimi basy i bębny. Ludziska w tan ruszyli, w ręce klaskali i obracali się, śpiewy swadziebno-weselne w niebo wznieśli. Na koniec, znów baciskiem strzeliwszy, wszystką tę radosną zabawę bieśnik urwał.
– Pódźta za mną, oranty! – rzucił do orszaku, a sam węzły małżeńskie z dłoni bóstwom zdjął. Wiedźmie oddał jej pas, a swój własny wokół siebie okręcił. Jarunę Zielonosukienną i Jaryłę Szczerozłotego na powrót do Wozu Świętego wniesiono.
Teraz bieśnik, wszedłszy z orszakiem między Koło a Ogień, mowę pożegnalną, uroczystą, dla Śmierciuchy rozpoczął. Co zdanie kończył, krzykami i zawodzeniem wiedźmy i żercy mu wtórowali. Płomienie tańczyły, cień na twarz Śmierciuchy kładł się. Zdało się, że oczami do Korowodu mryga, złe spojrzenie śle. Odwracano od niej wzrok, nie żeby strach, ale na wszelki wypadek. Strzeżonego Pon Bóżek, Bożyczek, Bożebog-Radogost strzeże.
Skowronkowie robótni, poranni,
ktoże was w gnieździech przeląkł?
Czyli biele lica Marzanny
nad Wilnijną bielą-topielą?
O świtaniu, za siwą wodą,
Świst a Poświst w chmurzywie hula.
Dwaj wichrowie Marzannę wiodą,
mgli się bielą śmiertelna koszula.
Dokądże ją, dokąd wiedziecie?
Przecz jej włosy mgławe, rozwiane?
Ej, wichrowie, jako wichr trzeci,
wiodę z wami białą Marzannę!
Zaśpiewajcie, ptacy niebiescy,
dziś ostatnich śpiewań mi potrza.
O, wichrowie, weźcie mnie, weźcie!
Bieli. Śmierci. Marzanno – najsłodsza.
Długo orował i zawodził bieśnik, Marzanny, Nyji i Kolady pieśń powtarzając, co raz to imię każdej z nich w zwrotki wkładając, a do niego rymy przydając właściwe, niby to strasznie tej Trójcy Świętej żałował. Aż wreszcie dał znak i grajkowie na gęślach, skuduczach, wijarkach-fujarkach, na trąbitach, gędźbę świętą grać poczęli. Koło Żywe w ruch poszło. Najpierw z wolna, potem skoczniej w rytm bębenków, tarki, grzechotek i bębna. W TanNieTan Gacka puścili się.
Bieśnik raz po raz przypadał z dźwięczącą łańcuchami i naszyjnikami Śmierciuchą do kręcących się w kole, żeby kogoś złapać albo Baciskiem Śmierciuszym usiec. Koło rozpędzało się, ale też łamało i rozrywało na wszystkie strony. Ludziska i dzieciaki przed Śmierciuchą uciekały, nikt nie chciał być Biczyskiem Śmiertelnym tknięty. Coraz szybciej kręcili się, usiłując znów Koło złączyć.
A kiej się wreszcie bieśnik gonieniem ich ze Śmierciuchą umęczył i na Ziemię Matkę jak martwy padł, udało się wir kręgły na nowo uczynić. Teraz jednak w drugą stronę, z lewa na prawo owo wirowanie poszło. Wirowali, aż brakowało im tchu, ale prędko bieśnik dał znak, aby ów TanNieTan Gacka skończyć. Przy Ogniszczu ze Śmierciuchą stanął, bat wysoko uniósł i z niego strzelił jak się patrzy. Granie ustało niczym śmigiem uciął!
Korowód uczynili. Na czele bieśnik Stojan ze Śmierciuchą, za nim żercy z oradłem Oroborem-Urbsem. Ci Turzy, Wołowi, ciągną, ten Ptasi pcha. Razem z wiedźmami, tych siedmioro Orantów Orszak tworzy, a za nimi grajkowie, a dalej lud boży, młódź, sielanie. Jilmorowie, Ilimieniowie, Jilirowie, Borusowie-Brusowie, Boreje, Borowiacy.
Obchód ze śpiewem i graniem dzwonków, bębnów, ze skuduczami, gęślami, trąbitami, ze strzelaniem z batów, w maskach szeptuńskich i wiedźmińskich, i w zwierzęcych, w strojach dziwych, sutych, ale też dla ludu z ziem Gromady Boranów i Istów przystojących, przez sioło poszedł. A na czele Korowodu, tuż za Orszakiem, niesie rozśpiewana młódź sielańska pomniejsze, acz wyniosłe, Śmierciuchy grubaśne, okazałe. Roztańcowana skacze, w dłonie klaszcze, raduje się. Dzwonki dzwonią.
– Śmierć, Nyję, Zimę, Marzannę-Moranę topić będziem!
– Bociany i inne ptaki wiosenne się zlecą i Jaja pod baczeniem pilnym Gwieździstej Łabędzicy w gniazdach swoich owiją! Jaja ku czci owego Świętego Jajokładzenia jeść będziem!
Gospodzin Ptahogłowy – z brodą do ziemi, w czapie do nieba, w kożuszysku baranim – oradło, co Złote Radło Boskie naśladowało, zębem w ziemię wbił. Tak poszli wkoło Okołu. Dookoła orszak bieży, wokół Sioła krąg Oradło-Orobor wyoruje, bruzdę głęboką zębiskami swemi wycina. Dwa Byki – Turzy i Wołowy – ciągną, a Ptak Oradło pcha.
Co chwilę stawali, szeptuni czar w bruzdę rzucali, przed Zduszami i Bogunami Ciemnymi chronili tym sioło na cały rok. I tak cztery razy poszli: trzy razy cięgiem, ku czci Trójgłowych Bogów, a potem – po krótkich modłach – czwarty raz, aby Świętowita obraz do czterech jego Twarzy Boskich dopełnić i dla Kirów, by były kirunki cztery.
„Nie ma cię, nie ma cię, nie ma cię,
nie przyjdziesz, nie wrócisz,
nie istniejesz,
nie ziścisz się!”
A kiedy ostatnim pchnięciem lemiesza Czwarty Krąg wokół Okołu zamknięto, wielka wrzawa radosna powstała. Oto Gród Stary, Starogród, Słowień, oto sioła dookolne bezpiecznymi się stały przed Zduszami złymi, przed urokami, przed najazdem wrażym. Wszy Jilmercy i Borowcy obronieni są!
Bieśnik znów na czele staje ze Śmierciuchą, za sobą ustawia chłopców i dziewczyny ze Śmierciuszkami Małemi, nowy Orszak tworzy, całemu Korowodowi ku rzece bieżyć każe. Teraz Orszak nad rzekę ruszył, Śmierciuchę topić, Nyję z nurtem ciemnym ku Zaświatom puścić, Koladę-Ostarę Staruchę z ziemi borańskiej przegnać, Marzannę hen do Morza spławić.
Tak to od Starogrodu Marzannę puścili Wołchowem głębokim o wodach ciemnych, Wołchowem, co do Jeziora Ładogi wpada, Wołchowem, co wody swoje z dostojeństwem toczy aż do Nawskiej Rzeki, co do Błotyckiej Zatoki się wpuszcza, która znów z morzem Wędzkim się zlewa i do Serbomazońskiego Okołonaszu bieży, a stamtąd w Siódme Morze i dalej – w Trzydziewiąte Morze Północne, w Nawię, na Welę, w Zaświaty wznosi się i zapada.
Wiele Śmierciuch tego dnia świętego, wszemi rzekami burowijskimi, istyjskimi, nadjilmieńskimi spłynęło: a to Kunją od Wielkich Łuków, Łowacią, Polą, Tsną, Mstą od Borowiczów czy Wiszerą.
I już od tej chwili przepiórki nad Jilmień, nad Wołchow wracać mogą, aby gniazdować i jaja składać, życie odradzać. To na cześć owego przylotu przepiórek jaja znakami się opisuje i strojami je stroi, a potem na grobkach i na ucztach je zjada.
Świnte wy Przepióry do nos przybywojcie
Jajiczka kraśniutkie we gniozdach składojcie
Przez wiosnę, przez latko z nami wy bywojcie
Po żęciu sierpniowym w Zaświat ulotojcie
Nocą, gwiazdami prowadzeni, zmęczeni Wszechwołodycze do gospodarstwa wrócili. Z miseczki glinianej budziami i koszkami się podzielili – każdy życie owo świeżo poczęte w usta wziął, z każdym na okręż zaplatając prawą rękę za prawą drugiego człeka. Z poszanowaniem najwyższym bazie i kotki, czyli Rząsę, w ciszy spożywali. Żywą wodą, miodem czwórniakiem – komu to dozwolone było (młodsi oskołą) – popili i spać poszli. Postny to był dzień a bogaty, zmęczeni szybko więc posnęli.
Tak się zakończył o północku ten dzień święta pierwszy, ten TanNieTan Gackowy, Dzień Świcieniowy, który lud później zwać począł Werbenicą. Wszystko po kolei, jak Jaruna-Jarowit przykazali.
Wiosna, Wiosna, Wiosna!
Zaczyna się Wiosna,
bo Śmierciucha precz
w Zaświaty poszła.
Wielkie to Wiosny, Jarowitowe Święto jest!

Jerzy Przybył- Księga Tanów: Topienie Marzanny

