[Archiwum 2011]: Pogańskie rytuały w Gruzji i święte miejsca w Dolinie Jori: Mariamoba – 28 sierpnia

przedruk z Gruzja24.pl


Mistrz ceremoni – chewisberi zarzyna ofiarną owcę używając rytualnego chandżali (ros. kindżał) podczas święta „mariamoba” w 2007 r., fot. Dorota ChomiakKażdego roku 28 sierpnia Gruzini obchodzą wielkie święto – “mariamoba”. Mowa o największym dniu maryjnym w ciągu roku. To dzień Wniebowzięcia N.M.P, czyli odpowiednik polskiej “Matki Boskiej Zielnej”. Brzmi zwyczajnie, choć to tylko pozory…

Sposób świętowania i  w ogóle obrzędowość społeczności góralskich, w mało uczęszczanych zakamarkach regionu Pszawetia, budzi niesmak a nawet potępienie gruzińskich duchownych. Po lekturze tego artykułu samodzielnie oceń ile ma to wspólnego z chrześcijaństwem.

Zanim przejdę do szczegółów podam ważną informację. Trzy regiony – Pszawetia, Chewsuretia i Tuszetia najdłużej opierały się religii Chrystusowej. Jak wiadomo Gruzja już w 327 r. przyjęła chrześcijaństwo, czyli wcześniej niż Rzym (jako drugie państwo na Świecie, po Armenii). Jednak dopiero w XVII w. chrześcijaństwo stało się powszechnym wyznaniem w tych regionach. Potrzeba było na to aż 1200 lat! Właśnie do Pszawetii i sąsiednich górskich krain ciągnęli pogańscy Gruzini z nizin. Właśnie tam jeszcze mogli żyć zgodnie z “wiarą ojców”. Ceną za przywiązanie do tradycji były ciężkie warunki górskiej egzystencji.

Miejsca święte, niezwykłe i tajemnicze

W Pszawetii nie ma wielu kościołów. Te które istnieją są w większości w ruinie. Na północ od miasteczka Tianetii życie religijne toczy się wokół tzw. świętych miejsc. Co to takiego? Czasem kaplica z ikoną lub krzyżem, ale najczęściej stos kamieni, źródło lub drzewo z dzwonem bądź też tajemnicze  ruiny przyozdobione porożem jelenia. Charakterystyczne są kamieniste “ołtarzyki” pośrodku takich miejsc. Zawsze można tam zastać pieniądze (również banknoty i naczynia do picia wina (chanci – rogi, piala – ceramiczna miseczka).

Najbardziej niezwykłe są święte miejsca położone na zboczach głębokich jarów i wysoko w górze rzeki Jori. Dostać się do nich można jedynie konno lub pieszo. Trzeba mieć dużo szczęścia by spotkać człowieka w tak odludnych zakamarkach. Przez większą część dnia panuje tam półmrok tworzony przez cień pobliskich szczytów i rozłożystych drzew. W powietrzu czuje się wszechobecną wilgoć a drzewa i skały pokryte są grubym dywanem nienaturalnie wybujałych mchów i porostów. Atmosfera w sam raz dla miłośników Miasteczka Twin Peaks.


Święte miejsce w dolinie Jori. Jedno z tych bardziej niezwykłych, fot. K. Dąbrowski

Święty krąg i ołtarzyk, fot. K. Dąbrowski

Święte miejsca często są zwieńczone porożem. Niekiedy dość imponującym, fot. K. Dąbrowski.

Ile jest świętych miejsc? Tylko w górnym odcinku doliny rzeki Jori (powyżej miasta Tianeti) będzie ich pewnie ze sto jak nie lepiej. Święte miejsca występują również w innych regionach Gruzji, ale największe zagęszczenie przypada na trzy najpóźniej schrystianizowane regiony.

.

Mariamoba, czyli chrześcijańskie święto w rycie pogańskim

Najważniejszym świętym miejscem powyżej miasteczka Tianeti jest “Laszari”, położone ok. 5 km za wioską Artani. To właśnie tam koncentrują się obchody mariamoba. W celebracji udział biorą nie tylko dzisiejsi mieszkańcy wsi, których “opiekunami” są duchy ze świętych miejsc. Z samego Tbilisi przyjeżdżają tabuny rozmaitych krewnych oraz potomkowie mieszkańców kilku wiosek, z których sowieci przymusowo wysiedlili ludność w latach 50-tych XX w. na tereny łatwiejsze do kontroli niż górskie odludzia.

Już kilka dni wcześniej zaczynają się przygotowania. Celebranci własnoręcznie robią modlitewne świece, wykupują zwierzęta na ofiarę oraz szykują się duchowo. Spora grupa ludzi udaje się w wigilie święta w pobliże oznaczonego miejsca składania ofiary i tam spędza noc.

W skupieniu, od świtu całe rodziny udają się pod ołtarz i tam spotyka mistrza ceremonii, zwanego “chewisberi”. Chewisberi to inaczej “starzec z doliny”. Opiekun i przewodnik duchowy miejscowych. Nie jest to żaden duchowny kościoła gruzińskiego. Taką funkcję piastuje człowiek powszechnie szanowany, mający dobry kontakt z patronami i powołanie. Zazwyczaj ludzie wybierają go sami. Obecny chewisberi z tych stron opowiadał mi, że w latach sześćdziesiątych skończył ekonomię i stosunki międzynarodowe w Tbilisi, ale coś nie pozwalało mu zostać w mieście. Poczuł powołanie i wrócił w rodzinne strony, by pośredniczyć między swoimi krajanami a Świętymi Duchami.

Górale proszą chewisberego o złożenie w ich imieniu ofiary ze zwierzęcia (głównie jagnięcia) oraz poświęcenie ciasta kada oraz napojów (wino, samogon – żipitauri). W czasie tych rytuałów osoby składające ofiary Maryji i świętym duchom wsłuchują się w przepowiednie chewisberego a także zwierzają się mu ze spraw ważnych dla siebie.

Z ołtarza ofiarne zwierzęta trafiają na… stół. Przyrządza się szaszłyki i gulasz. Generalnie tego dnia wokół Laszari trwa jeden wielki “piknik”. Ludzie cieszą się z okazji do spotkania bliskich i znajomych, których rzadko widują. W tle modłów słychać radosne śpiewy.

.

Góralska duchowość

Sądziłem, że całe to świętowanie jest dziś jedynie świętem rodzinnym okraszonym starymi, pogańskimi rytuałami. Chyba jest inaczej. Podczas “oficjalnej części” panowała niezwykle podniosła atmosfera. Ludzie starali się niczym nie urazić swoich nadprzyrodzonych opiekunów. W rozmowach wielu przyznało, że czasem odczuwa bliskość tych duchów i wierzy we wróżby chewisberego. Co ciekawe, równocześnie uważają siebie za chrześcijan. Niektórzy mieszkańcy tej doliny twierdzą, że miewają wizje. Uczestniczą na jawie w wydarzeniach, których nauka nie potrafi wytłumaczyć…

A może nie odbiega to tak daleko od naszych praktyk religijnych? W końcu Boże Narodzenie obchodzimy symbolicznie w okresie dawnego święta ku czci słońca i wstawiamy choinkę zapożyczoną z germańskiej mitologii, na Wielkanoc święcimy płody rolne i jajko – pogański symbol życia, zaś na zielone świątki niektórzy jeszcze umajają swoje domy zielonymi gałązkami.

Ważne. Pokazuje jak nieuchronnie i bez przerwy chrześcijaństwo wyradza się w pogaństwo, które jest wiarą przyrodzoną, tj. naturalną – Wiarą Przyrody – religią starszą, która dała ludziom wzory świąt i obrzędów, zgodne z ich wewnętrznym rytmem biologicznym i psychologicznymi ścieżkami naturalnymi umysłu, a także zgodne z rytmem zewnętrznym – rytmem Przyrody. Bez udziwnionej ideologii grzechu pierworodnego, przyrodzonej winy, odkupienia, bez aktów spowiedzi katorżnictwa w celu zamazania ludzkiej natury.

 

Dlatego, że to rytuał czysto pogański zamieszczamy go w dziale poganie gdzie indziej – bo to prawdziwi poganie a nie żadni chrześcijanie choć tak o sobie myślą.

Czy nazwa Doliny Jori też nie ma czegoś wspólnego z prasłowiaństwem? – Brzmi jak Jare Gody i Jori Svente.

CB

James George Frazer „Złota gałąź” – cytat o świętach chrześcijańskich

Gdy zastanowimy się, jak często Kościół umiejętnie potrafił zasiać ziarna nowej wiary na starej pogańskiej glebie, możemy założyć, że uroczystości wielkanocne związane ze śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa oparte były na podobnych obrządkach ku czci zmarłego i powracającego do życia Adonisa, które, jak wolno nam przypuszczać z przytoczonych uprzednio dowodów, obchodzone były w Syrii o tej samej porze roku. Typ pogrążonej w żałobie bogini z umierającym w jej ramionach kochankiem przypomina i mógł być wzorem dla motywu pięty w sztuce chrześcijańskiej, dla postaci Najświętszej Panny z martwym ciałem jej boskiego Syna, której najwspanial­szym przykładem jest rzeźba Michała Anioła w bazylice Św. Piotra. Ta szlachetna grupa, w której straszliwy ból matki kontrastuje w tak cudowny sposób ze spokojem śmierci u jej Syna, jest jedną z najwspanialszych kompo­zycji w marmurze. Starożytna sztuka grecka przekazała nam niewiele równie pięknych arcydzieł i ani jednego tak bardzo wzruszającego. W związku z tym warto przypomnieć powszechnie znane stwierdzenie św. Hieronima. Opowiada on, że w Betlejem miejsce, w którym zgodnie z tradycją narodził się Chrystus, ocienione było gajem jeszcze starszego syryjskiego boga Adonisa i że w tym miejscu, gdzie zapłakało Dziecię Jezus, opłakiwano kochanka Wenus. Chociaż nie mówi on tego wyraźnie, wydaje się, iż Hieronim uważał, że poganie zasadzili gaj Adonisa już po urodzeniu Chrystusa, by zbezcześcić święte miejsce. Mógł się mylić. Jeśli Adonis istotnie był, jak dowodziłem, duchem zboża, trudno o bardziej odpowiednik dla niego miejsce zamieszkania aniżeli Betlejem (Dom Chleba) i być może czczono go w tym Domu Chleba na długo przed narodzeniem się Tego, który powiedział: „Ja jestem chlebem życia.” Jeśli nawet przyjmiemy hipotezę, że Adonis znalazł się po Chrystusie, a nie przed Nim, w Betlejem, wybór tej smutnej postaci dla oderwania chrześcijan od ich Boga musimy uważać za niezwykle trafny, jeśli przypomnimy sobie podobieństwo obrządków ku czci śmierci i zmartwych­wstania obu. Jedną z najwcześniejszych siedzib kultu nowego Boga była Antiochia i tu, jak widzieliśmy, śmierć starego boga obchodzono co roku bardzo uroczyście. Okoliczności towarzyszące wjazdowi cesarza Juliana w czasie święta Adonisa pozwolą, być może, ustalić datę tej uroczystości. Gdy cesarz zbliżał się do miasta, przyjęto go modlitwami, jak gdyby był bogiem, i zdziwiły go głosy tłumu wołającego, że gwiazda zbawienia zaświtała na wschodzie. Był to niewątpliwie jedynie okolicznościowy komplement służal­czego wschodniego tłumu dla rzymskiego imperatora. Ale jest również rzeczą możliwą, że regularne wschodzenie jasnej gwiazdy stanowiło sygnał do rozpoczęcia święta, i tak się mogło złożyć, że gwiazda pojawiła się nad horyzontem właśnie w chwili przyjazdu cesarza. Przypadek taki musiałby pobudzić wyobraźnię przesądnego i podnieconego tłumu, który w związku z tym powitał wielkiego człowieka jako bóstwo zapowiedziane przez znak na niebie. Być możfe zresztą, że cesarz pomylił okrzyki skierowane do gwiazdy i przyjął je jako powitanie. Otóż Astarte, boska kochanka Adonisa, identyfi­kowana była z planetą Wenus, a jej przemiana z gwiazdy porannej w wieczor­ną śledzona była uważnie przez babilońskich astronomów, wróżących z jej pojawiania się i znikania. Możemy więc z tego wyciągnąć wniosek, że święto Adonisa zbiegało się z pojawieniem się Wenus jako gwiazdy porannej lub wieczornej. Ale gwiazda, którą powitali mieszkańcy Antiochii, ukazała się na wschodzie, jeśli więc była to Wenus, to jedynie jako gwiazda poranna. W Afaka w Syrii, gdzie znajdowała się słynna świątynia Astarte, sygnałem do rozpoczęcia uroczystości było pojawienie się meteoru spadającego w niektóre dni jak gwiazda ze szczytu góry Liban do rzeki Adonis. Uważano, że tym meteorem jest Astarte, a jej lot powietrzny mógł być tłumaczony jako zstąpienie zakochanej bogini w ramiona kochanka. W podobny sposób w Antiochii i innych miastach pojawienie się gwiazdy porannej w dniu święta mogło być witane jako przybycie bogini miłości, która zjawiła się, by obudzić swego zmarłego kochanka spoczywającego na ziemskim łożu. Jeśli więc l.;ik było, możemy przypuścić, że ta właśnie gwiazda poranna prowadziła Mędr­ców Wschodu do Betlejem, do owego uświęconego miejsca, które słyszało, jak twierdzi św. Hieronim, płacz Dziecięcia Jezus i lament nad Adonisem.

[…]W każdym razie nie ulega wątpliwości, że religia Mitry była poważnym rywalem chrześcijaństwa łącząc uroczysty rytuał z dążeniem do czystości moralnej i nadzieją na nieśmiertelność. Przez pewien nawet czas wynik walki między dwiema religiami pozostawał w zawieszeniu. Pouczającą pozostałością tej długiej walki jest nasze święto Bożego Narodze­nia, które Kościół, jak się zdaje, zapożyczył bezpośrednio u swego pogańskie­go rywala. W kalendarzu juliańskim dzień 25 grudnia uważany był za zimowe przesilenie i dzień narodzin słońca, ponieważ od tej zwrotnej daty dzień staje się dłuższy, a słońce nabiera coraz większej siły. Niezwykłe było święto boskich narodzin w tej postaci, w jakiej obchodzono je w Syrii i Egipcie. Celebranci udawali się do wewnętrznych kaplic, z których wypadali o półno­cy z głośnymi okrzykami: „Dziewica powiła! Światło przybywa!” Egipcjanie przedstawiali nawet nowo narodzone słońce w postaci niemowlęcia, które w dniu jego urodzin, w zimowe przesilenie, pokazywali wiernym. Nie ulega wątpliwości, że dziewica, która poczęła syna i wydała go na świat 25 grudnia, była wielką wschodnią boginią, zwaną przez Semitów niebiańską dziewicą lub po prostu niebiańską boginią. W krajach semickich była ona jedną z odmian Astarte. Otóż wyznawcy boga Mitry identyfikowali go ze słońcem czy też, jak je zwali, Niezwyciężonym Słońcem. Stąd też jego dzień urodzenia przypadał również dwudziestego piątego grudnia. Ewangelie nie wspominaj ą o dniu narodzenia Chrystusa i zgodnie z tym starożytny Kościół święta takiego nie obchodził. Z czasem jednak egipscy chrześcijanie zaczęli uważać szósty stycznia za dzień Bożego Narodzenia i zwyczaj upamiętnienia narodzin Zbawiciela w tym dniu rozpowszechniał się stopniowo, aż w czwartym wieku przyjął się na całym Wschodzie. Ale pod koniec wieku trzeciego i na początku czwartego Kościół zachodni, który nigdy nie uznawał szóstego stycznia za dzień Bożego Narodzenia, przyjął datę dwudziestego piątego grudnia jako prawdziwą, a z czasem decyzję tę uznał również Kościół wschodni. W Antiochii zmianę tę wprowadzono dopiero około roku 375.

Czym kierowały się władze kościelne ustanawiając święto Bożego Narodze­nia? O motywach tej innowacji mówi z całą szczerością pewien pisarz syryjski, sam zresztą chrześcijanin. Powód, dla którego Ojcowie Kościoła przenieśli uroczystość z szóstego stycznia na dwudziestego piątego grudnia – opowiada – jest następujący: „Istniał wśród pogan zwyczaj święcenia tegoż samego dwudziestego piątego grudnia jako dnia narodzin słońca, kiedy to na znak święta palono światła. W tych uroczystościach i obrządkach brali również udział chrześcijanie. Gdy więc Doktorzy Kościoła stwierdzili, że chrześcijan pociąga ta uroczystość, naradzili się i postanowili, by tego dnia obchodzone było prawdziwe Boże Narodzenie, a szóstego stycznia święto Trzech Króli. W związku z tym zachował się zwyczaj palenia świateł aż do szóstego.” Na pogańskie pochodzenie Bożego Narodzenia niedwuznacznie wskazuje, a na- wet milcząco to przyznaje, Augustyn, gdy napomina swych braci chrześcijan, by nie obchodzili tego dnia jak poganie ku czci słońca, lecz ku czci tego, który słońce stworzył. W podobny sposób Leon Wielki potępiał zgubne wierzenie, że Boże Narodzenie obchodzone było uroczyście ze względu na narodziny nowego słońca, a nie z powodu narodzin Chrystusa.

Tak więc okazuje się, że Kościół chrześcijański obrał datę dwudziestego piątego grudnia dla obchodzenia urodzin swego Twórcy w celu odwrócenia nabożności pogan od słońca i przeniesienia jej na tego, który zwany był Słońcem Sprawiedliwości. Jeśli tak było istotnie, to całkiem możliwy staje się domysł, że podobnymi motywami kierowały się władze kościelne, dostosowu­jąc wielkanocne święto śmierci i zmartwychwstania Pana do uroczystości śmierci i zmartwychwstania innego azjatyckiego boga, która wypadała w tej samej porze roku. Obrządki wielkanocne przestrzegane nadal w Grecji, na Sycylii i w południowych Włoszech są pod pewnymi względami bardzo podobne do rytuału Adonisa i, jak już sugerowałem, Kościół, być może, świadomie dostosował nowe święto do pogańskiego poprzednika w celu zdobycia dusz dla Chrystusa. Nastąpiło to jednak raczej w greckiej aniżeli w łacińskiej części starożytnego świata, wydaje się bowiem, że kult Adonisa nie pozostawił głębszego śladu w Rzymie i na Zachodzie. Pewne jest, że kult ten nigdy nie wszedł w skład urzędowej religii rzymskiej. Miejsce, które mogłoby mu przypaść w uczuciach pospólstwa, zajęte już było przez podobny, chociaż bardziej barbarzyński kult Attisa i Wielkiej Matki. Otóż w Rzymie śmierć i zmartwychwstanie Attisa obchodzono oficjalnie dwudziestego czwartego i dwudziestego piątego marca, ten ostatni zaś dzień uważano za wiosenne zrównanie i dlatego za najbardziej odpowiednią datę wskrzeszenia boga roślinności nieżyjącego czy też śpiącego przez całą zimę. Zgodnie jednak ze starożytną i rozpowszechnioną tradycją Chrystus cierpiał na krzyżu dwudziestego piątego marca i wobec tego niektórzy chrześcijanie obchodzili ukrzyżowanie tego właśnie dnia niezależnie od fazy księżyca. Zwyczaj ten był z pewnością przestrzegany we Frygii, Kapadocji oraz Galii i mamy podstawy przypuszczać, że przez pewien czas również w Rzymie. Tak więc tradycja głosząca, że śmierć Chrystusa nastąpiła dwudziestego piątego marca, była dawna i głęboko zakorzeniona. Jest to tym ciekawsze, że względy astronomi­czne dowodzą, iż nie może ona mieć żadnych podstaw historycznych. Wypły­wa z tego, jak się zdaje, wniosek nieodparty, że męczeństwo Chrystusa zostało samowolnie odniesione do tej daty, by harmonizowało ze starszym świętem wiosennego zrównania. Tego zdania jest uczony historyk Kościoła monsignor Duchesne1, wskazujący na to, że śmierć Zbawiciela przypadała dzięki temu na dzień uchodzący w powszechnym mniemaniu za dzień stworzenia świata. Ale zmartwychwstanie Attisa łączącego w sobie postacie boskiego ojca i syna, było oficjalnie obchodzone w Rzymie tego samego dnia. Jeśli przypomnimy sobie, że dzień św. Jerzego w kwietniu zastąpił dawne pogańskie uroczystości Parilia, że dzień św. Jana Chrzciciela w czerwcu zajął miejsce pogańskiego święta letniego przesilenia i wody, że wniebowzięcie w sierpniu wyrugowało święto Diany, że Dzień Zaduszny w listopadzie jest kontynuacją starego pogańskiego święta umarłych i że nawet narodziny Chrystusa wyznaczono na zimowe przesilenie, ponieważ przypadał wtedy dzień urodzin słońca, wów­czas nie będzie bynajmniej przypuszczeniem pochopnym i nierozsądnym, jeśli założymy, że inne wielkie święto Kościoła chrześcijańskiego, Wielkanoc, mogło być w podobny sposób i z podobnych budujących przyczyn dostosowa­ne do święta frygijskiego boga Attisa, które przypadało w dzień wiosennego zrównania.

Zbieżności świąt chrześcijańskich z pogańskimi są zbyt liczne i bliskie, by mogły być czystym przypadkiem. Świadczą one o kompromisie, na który Kościół musiał pójść w godzinie swego zwycięstwa wobec swych pokonanych, ale wciąż jeszcze niebezpiecznych rywali. Nieugięty protestantyzm prymi­tywnych misjonarzy, żarliwie potępiających pogaństwo, został zastąpiony giętką polityką, wygodną tolerancją, wyrozumiałością mądrych władz koś­cielnych pojmujących, że chrześcijaństwo może podbić świat jedynie rozluź­niając zbyt sztywne zasady swego Twórcy, rozszerzając troszeczkę wąską furtkę prowadzącą do zbawienia.

Georg Frazer, Złota gałąź

Dolina rzeki Jori

z kaukaz.pl

Pomiędzy Kachetią i Kartlią rozciąga się górzysta kraina zwana Pszawetią. Właściwie to składają się na nią górne partie dolin rzek Jori i Pszaweckiej Aragwi, które rozdziela malownicze pasmo Gór Kartlijskich (1800 – 3200 m n.p.m.).

W dolinach ciągną się łańcuchy wiosek zamieszkanych przez Pszawów, którzy trudnią się głównie rolnictwem a do dziś kultywują pradawne obyczaje, które wyrastają z pogańskiej przeszłości. Pod koniec sierpnia miejscowi oraz ich krewni świętują laszaroba. W tym wyjątkowym dniu wszyscy udają się do laszari, czyli świętych miejsc u stóp trzytysięcznych gór. Tam, zgodnie z odwiecznymi zasadami, składane są ofiary z owiec i odprawiane specjalne modły, którym przewodzi chewisberi, tj. starzec-kapłan.

Pszawetia jest doskonałym azylem od męczących upałów, które w letnich miesiącach dokuczają w miastach. Stoki tutejszych gór do połowy obrastają lasy liściaste a powyżej królują trawiaste hale miejscami upstrzone skałkami. Na zalesionych, ciemnozielonych zboczach wystają gdzieniegdzie jasne baszty strażnicze lub stare kościółki. Seria kilku obronnych wież ciągnie się m.in. od miasteczka Tianeti do wioski Zemo Artani. Ciekawy przykład architektury sakralnej stanowią dwa dobrze zachowane kościółki z XIII w. stojące na skale nad rzeki Jori w miejscowości Żebota (3 km od Tianeti). Niemal w każdej wsi można spotkać ruiny świątyń, twierdz lub przynajmniej baszt. Jedna z najciekawszych kulturowo i widokowo tras wiedzie z Tianeti przez Żebote i Artani do Chargali – rodzinnej miejscowości znanego w Gruzji poety Waży Pszawelego.

Jak wiadomo jedną ze sfer kultury są kulinaria a oryginalnych dań i napojów w Pszaweti nie brakuje. Do kolacji miejscowi zwykli popijać żypitauri, czyli wódkę z górskich owoców i ziół. Lokalną tradycję wzbogaca dambali chaczo, tj. ser długo dojrzewający w… glinianych naczyniach zakopanych w ziemi. Odznacza się on niepowtarzalnym smakiem, ale i aromatem, który odstręcza niektórych turystów a niekiedy i samych Gruzinów. Będąc w Pszawetii należy też koniecznie skosztować jagnięcych szaszłyków.

Podziel się!
Ten wpis został opublikowany w Wiara Przyrodzona. Dodaj odnośnik do ulubionych.